Cierpienie ma sens. Udowodnił to ksiądz Kaczkowski

Dwa osobiste obrazy ostatniej Wielkiej Nocy. Oba związane ze śmiercią. Pierwszy przerażający, drugi radosny.

 

W Niedzielę Zmartwychwstania jechaliśmy samochodem na Mazury do rodziców. Czytaliśmy tekst, który pokazał nam najstarszy syn. O eutanazji. Tekst o filmie dokumentalnym, który pokazywał proces zabijania drugie człowieka w Holandii. Nie będę opisywał tego, to zrobił już dziennikarz magazynu „Press”. Jedna tylko refleksja, która towarzyszy mi od dłuższego czasu. Cierpienie ma sens. Jest częścią życia i nie możemy w imię „cywilizacji” zabijać drugie tylko dlatego, że jest chory. Tak wiem, za chwilę ktoś może powiedzieć, że pisząc te słowa pewnie nigdy nie cierpiałem. Cierpiałem czy nie, nie o tym chcę napisać. Gdyby przyjąć argumenty zwolenników eutanazji ksiądz Jan Kaczkowski nie powinien żyć już cztery lata temu. Po co? Przecież lekarze mogli mu oszczędzić cierpienia. A tak…

 

Kiedy w poniedziałek Wielkanocny Maja powiedziała mi o śmierci księdza Jana pomyślałem, że Bóg nie mógł wybrać lepszego momentu. A kiedy przeglądałem Facebooka i to wszystko co działo się w mediach społecznościowych, całe to dobro, które wylewało się dzięki Niemu, pomyślałem, że to cierpienie miało sens, a owoce nie tylko w poniedziałek, ale także przez ostatnie cztery lata są piękne. Ile dobrego się wydarzyło, wie każdy, kto w ostatnich dniach, tygodniach, miesiącach miał okazję spotkać się z księdzem Janem, posłuchać go czy chociaż przeczytać o jego niezwykłym życiu. Nie poddał się beznadziei cierpienia, ale żył na pełnej torpedzie. Żył pięknie i tym życiem zarażał innych. Jak wiele zrobił, powiedział, jak to przemieniało innych można by opowiadać długo. Dziś media pokazują życie księdza Jana.

 

I to jest jedno z moich doświadczeń śmierci Wielkiej Nocy. Pierwsza przerażająca, bezsensowna. Bo eutanazja jest straszna. Gdyby mój Tata odszedł, kiedy zaczął chorować pewnie nigdy nie padły by między nami słowa, na które czekaliśmy może nawet całe życie. Wyznanie miłości między nami. Jestem przekonany, że były one ważne nie tylko dla mnie, ale także dla Niego. Niosły ulgę, uwalniały go od strachu. Uruchomiły łzy, które popłynęły mu po policzkach, kiedy rozmawialiśmy ostatnich raz, „chwilę” przed Jego śmiercią.

 

Druga śmierć. Piękna. Bo odszedł człowiek Piękny, ksiądz Jan Kaczkowski. Drogi kapłanie dziękuję Ci za wspaniałe świadectwo Twojego życia. I powtórzę za księdzem Janem: „Zamiast ciągle na coś czekać zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”.

 

Marcin Dybuk

 

foto: Radio Gdańsk

Wsparcie w drodze do maratonu

Kolejne ciężkie treningi maratońskie za mną. Łatwo nie jest. Ale się nie skarżę. Jak mówią trenerzy, teraz musi poboleć, aby później bolało mniej. Mniej, bo o braku bólu w trakcie biegu maratońskiego nie ma mowy. Każdego dnia coś w strategii treningowej jest do poprawienia.

 

Do startu w 2 PZU Gdańsk Maraton – 15 maja 2016 roku – czasu coraz mniej, a po ciężkich środowych i niedzielnych treningach z ekipą Radka Dudycza nogi bolą. Tygodniowy kilometraż to ok 60 km. Wychodzi na to, że dwa razy w tygodniu biegam półmaraton. Tylko czasami brakuje dwóch trzech kilometrów do oczka. Największy problem mam z łydkami i stopami. Rolki pracują na maksa. Codziennie, dwa trzy razy. Duża do czwórek, pasm i łydek. Mała walczy ze stopami. Kulki wspomagają plecy. Jestem w szoku na jak wiele elementów podczas przygotowań trzeba zwrócić uwagę. Witamina C, D, magnez. Kawa odstawiona na bok. Jej miejsca zajęła Yerba. Jedzenie co trzy godziny, a do tego jeszcze trzeba patrzeć na to, co się „wrzuca na warsztat”. Alkohol, słodycze? Zapomnij, powtarzam sobie w duchu.

 

Regeneracja to chyba najtrudniejszy temat. Trzeba się wyspać. Ciężko położyć się do łóżka o odpowiedniej godzinie. Minimum siedem godzin. Profesor Wojtek Radkowski zawsze powtarzał, teraz huczy mi to w głowie, że sen jest jednym z najważniejszych elementów przygotowań. Niestety, najłatwiej skraca się właśnie ten element . Aż organizm mówi dość. Póki pali się żółte światło jest nie najgorzej. Czerwone oznacza, wymusza przerwę.

Rozciąganie to ważny element przygotowań do maratonu. Ale nie jedyny…

 

Chyba każdego dnia zastanawiam się nad kolejnym treningiem. Najlepszym scenariuszem na ten najbliższy, ale także na kolejne. Ustalanie strategii nie jest łatwe. Dużo się uczę. Jednym z elementów wprowadzonych w ostatnich dniach jest wizyta u fizjoterapeuty. Rehasport Clinic odkąd biegam, walczy z moimi dolegliwościami. Mateusz zna moje problemy i to dodatkowo pomaga. Rozluźnianie i jeszcze raz rozluźnianie. Niestety, wychodzą zaniedbania z ostatnich 20 lat. Jest co robić, a przy tych obciążeniach bez wsparcia fachowców jednak się nie da. Przynajmniej u mnie. Raz w tygodniu wizyta u fizjo, do startu już chyba obowiązkowa.

 

Dobra wiadomość z końca minionego tygodnia jest taka, że organizatorzy zdecydowali się zaprosić do udziału sztafety maratońskie. W pierwotnych planach w Gdańsku na królewskim dystansie miałem debiutować z Dawidem. On chciał w ten sposób uczcić 18 urodziny, które ma w maju. Ja 42, które obchodzę w czerwcu, a razem chcieliśmy uczcić 70 urodziny mamy, babci Joli. Niestety, okazało się, że zdrowie nie pozwala Dawidowi przebiec 42 kilometrów. Mógłby, ale w perspektywie straty zbyt duże. Nie ma sensu. Pozostało wsparcie w roli kibica.

 

Wsparcie przyjaciół, znajomych czy w końcu rodziny to może być podczas 2 PZU Gdańsk Maraton wsparcie bezcenne. Nawet jeśli na początku, jak na zdjęciu, tak to nie wygląda. Darek Lulewicz, Rafał Obłuski i Agata Masiulaniec…

 

Aż do piątku, kiedy gdański MOSiR poinformował o sztafetach. Pomysł? Rodzina wystawi sztafetę, która będzie wspierała mnie na trasie. Pobiegnie właśnie Dawid, Aldona i szwagier Marek. Kto jeszcze? Ze znalezieniem czwartej osoby nie będzie problemu tym bardziej, że najkrótszy odcinek podczas sztafety ma 7 kilometrów, a najdłuższy 15. Agata Masiulaniec, biegaczka, blogerka podczas jednej z rozmów zauważyła, że to prawie jak doping. Na szczęście prawie, a to robi różnicę, a dobre słowo w chwili kryzysu od najbliższych się przyda. Nie przebiegną za mnie ponad 42 kilometry. To muszę zrobić sam. Póki co, muszę wybiegać jeszcze ponad 500 kilometrów, aby przygotować się do 2 PZU Gdańsk Maraton. A co się wydarzy 15 maja 2016 roku? Niepewnych jest dużo. Zostało 61 dni…

 

Marcin Dybuk

 

Foto: Paweł Marcinko

„Biegacze 2016” w dobrych rękach

Życie potrafi zaskakiwać. Uwaga: pozytywnie. Takim wydarzeniem była nominacja na dziennikarza/blogera o tematyce biegowej. Po telefonie, który odebrałem od organizatorów poczułem jednak małe zażenowanie. Ale po kolei…

 

Przed tygodniem zadzwonił do mnie Arek Suska z połączonych sklepów Biegosfery i Sklepu Biegacza. Poinformował o nominacji do tytułu „Biegacz 2016” w kategorii dziennikarz/bloger. Ucieszyłem się! Zawsze to miłe, kiedy ktoś dostrzega Twoją pracę. Jeszcze bardziej się ucieszyłem, jak dowiedziałem się w jak zacnym gronie się znalazłem: Agaty Masiulaniec i Piotra Sucheni. I tutaj poczułem dyskomfort. Co ja robię w tym gronie? Agata prowadzi świetną stronę BiegowyŚwiat.pl, a Piotr bloga, na którym dzieli się m.in. ogromną wiedzą na temat biegania. Dyskomfort także dlatego, że na Magiel Rodzinny już dawno nie pisałem o bieganiu w miarę regularnie. Postanowiłem, że nominacja ta będzie dla mnie zachętą, mobilizacją to regularności. Oby się udało! No, ale wracajmy do wydarzenia.

 

W sobotę, 12 marca 2016 roku, kiedy zjawiliśmy się na uroczystości wręczenia nagród w Sklepie Biegacza w Gdańsku, okazało się, że nominowany zostałem dwukrotnie. Także w kategorii Organizator. A dokładnie nominowane zostało Radio Gdańsk za akcję „Pomorze Biega i Pomaga”. Nasza akcja trwa trzeci rok. Najpierw było „Pomorze Biega”. Po roku promowania aktywności doszliśmy do wniosku, że chcemy także, aby biegacze pomogli tym, którzy nie mają tyle szczęścia, co osoby zdrowe. W ciągu dwóch kolejnych lat udało nam się razem zebrać ponad 100 tysięcy złotych i pomóc 12 osobom. A już niebawem startuje kolejny sezon. Warto podkreślić, że obok Radia Gdańsk w tej kategorii nominowani zostali: Sport-Evo i Complexsports.

 

Igor Janik, Arek Suska i moja skromna osoba – Marcin Dybuk ze statuetką dla Radia Gdańsk

 

Trzecią kategorią „Biegacza 2016” był sportowiec roku. O zwycięstwo walczyli: Tomek Grycko, Andrzej Krzyszkowski i Przemysław Słowikowski.

 

I tak, kilka minut po godzinie 14 w sobotę, poznaliśmy laureatów. „Biegacz 2016” w kategorii sportowiec trafił do Przemysława Słowikowskiego. Mistrza Polski w biegu na 100 metrów. Warto wspomnieć, że zdobyte przez niego mistrzostwo było dużą sensacją. „21-letni zawodnik wygrał bieg na 100 metrów. W finale ustanowił nowy rekord życiowy, uzyskując czas 10,39. Poprzedni był gorszy o 0,06 s. Zaraz za metą Słowikowski nie dowierzał w sukces. Dotarło to do niego, kiedy na tablicy świetlnej pojawiły się wyniki. Zalał się wówczas łzami i utonął w objęciach siostry Anny, która również jest sprinterką.” – pisał 19 lipca 2015 roku Onet.sport/Eurosport. W sobotę informację o nagrodzie przyjął dużo spokojniej :).

 

Z uśmiechem informację o zwycięstwie przyjęła Agata Masiulaniec, która została uznana za najlepszego Dziennikarza/Blogera i to do niej trafił „Biegacz 2016”. W tym momencie muszę dodać, że jestem pełen podziwu, że organizatorzy plebiscytu – Sklep Biegacza, docenił osobę, która związana jest z konkurencją – Sklepem Biegowym. Duże słowa uznania za odwagę. A że Agata zasługuje na to wyróżnienie, to inna sprawa.

 

„Biegacz 2016” w kategorii Organizator trafił do Radia Gdańsk. Miło było reprezentować rozgłośnię i odebrać statuetkę z rąk Igora Janika, dwukrotnego reprezentanta Polski na Igrzyskach Olimpijskich.

 

Ich troje laureatów: Przemysław Słowikowski, Agata Masiulaniec i Marcin Dybuk, oczywiście od prawej 🙂

 
Cieszę się, że akcja „Pomorze Biega i Pomaga” została dostrzeżona. Cieszę się, że pomysł, który zrodził się w mojej głowie krótko po tym, jak rozpocząłem pracę w Radiu Gdańsk i zacząłem biegać, rozwija się. Dziękuję wszystkim biegaczom, którzy nas wspierają. Dziękuję redakcji rozgłośni oraz zespołowi marketingu i reklamy, którym mam zaszczyt kierować. Dziękuję także Krzyśkowi Piekło, który co roku narobi się jak mało kto przy akcji „Pomorze Biega i Pomaga”. To wyróżnienie dla nas wszystkich. Gratuluję!

 

Marcin Dybuk

Aktywuj się w maratonie. Pierwszy etap

Pierwszy miesiąc przygotowań do maratońskiego debiutu za mną. Duże straty. Ale jeśli idzie się na wojnę, trzeba się z nimi liczyć. Póki co czasami boli jak cholera, a ma być jeszcze gorzej. Ale ktoś już przede mną powiedział, że ciężko jest lekko żyć… Walczymy.

 

Pod koniec stycznia wystartował projekt „Aktywuj się w maratonie” gdańskiego MOSiR-u. Nie mogło być lepszej okazji, aby pod okiem doświadczonego trenera, Radka Dudycza, przygotować się do maratońskiego debiutu, który po korektach, planowałem w 2016 roku.
Dlaczego po korektach? Kiedy przed cztery laty zacząłem biegać, pochłonęło mnie to doszczętnie. Pierwsze biegi na 10 kilometrów z dużą nadwagą, a jednak z sukcesami. Osobistymi. Masa też zaczęła spadać. „To dlaczego za rok nie wystartować w maratonie” – pojawiła się myśl. I tak jak szybko się pojawiła, tak zgasła. Na szczęście. Dokładnie zgasiła ją kontuzja. A dlaczego na szczęście? Bo, dziś po trzech latach pracy m.in. z fizjoterapeutami, trenerami i samym sobą biegam bezpieczniej dla siebie. No, i już nie wariuję, co jest lepsze dla rodziny.

 


Rafał i ja od prawie samego początku biegania zawsze się o coś zakładamy. Tym razem tego nie zrobiliśmy,

 

ale jak widać, kolega prowokuje cały czas…

 

Tak, więc w 2016 roku planowałem debiut w maratonie. Pierwszy sprawdzian zaplanowałem w październiku 2015 roku podczas półmaratonu. Pod okiem Patryka Sawickiego, po solidnym – pięć startów – sezonie triathlonowym, przygotowałem się do debiutu na 21 km. 1:40:02 to lepiej niż planowałem. Ok, udało się. A teraz czas na loterię. Jak mnie wylosują w Berlinie, to znaczy, że mam wystartować na królewskim dystansie. Aldona zapisała mnie do loterii, w której startuje ponad 100 tysięcy ludzi, a miejsc jest „zaledwie” 40 tysięcy. 1 grudnia losowanie. Jestem wśród szczęśliwców. A wśród nich także Rafał Obłuski, który o rok przez triathlon, przesunął debiut maratoński. Czyli jedziemy razem. Kolega pierwszy start zaplanował jednak w maju w Gdańsku. Ja miałem to zrobić we wrześniu. Jednak w między czasie pojawił się pomysł, aby wystartować w Gdańsku z Dawidem. 19 maja najstarszy syn kończy 18 lat. Wspólnym biegiem mieliśmy uczcić jego 18, moje 42 urodziny w czerwcu i 70-te urodziny, które kończy moja mama dokładnie w dniu 2 PZU Gdańsk Maraton. Mało liczb? To jeszcze jedna. Dawid wyliczył, że w maju suma lat trójki moich dzieci to będzie… 42. Będąc pod urokiem cyferek rozpoczęliśmy 24 stycznia 2016 roku – 24, po odwróceniu daje nam 42 ha ha ha – przygotowania do debiutu.

 

Niestety, pierwsze treningi pokazały,

 

że lekko nie będzie.

 

O zgrozo, jaki człowiek jest naiwny. Wydawało mi się, że jak przebiegłem 21 km to z 42 nie powinno być problemów. To „tylko” dwa razy więcej. Ale jakie. Oczywiście wiem, że w innym tempie, po solidnych 16 tygodniach przygotowań pod okiem Dudycza i jego ekipy, ale jednak to jest zmiana ligi. Przynajmniej dla mnie. To jak w boskie zmiana wagi. Niby potrafi się boksować, a coś podczas walki nie gra. Po kilku treningach szczególnie niedzielnych i środowych nogi potrafią boleć. A bieganie 24 km w lesie, góra dół, dają w kość porządnie. I dobrze. W końcu 4 godziny w debiucie trzeba jakoś złamać.

 

Drugie niestety, to nici z planu biegu z Dawidem. Okazało się, że jego problemy z piszczelami i długie, mocne treningi mogą się dla niego źle skończyć. Nie ryzykujemy.

 

Dawid przygotowuje się solidnie do sezonu triathlonowego,

 

ja stawiam na dwa maratonu.

 

Trzecie, niestety to dziesięć dni, z ponad 30 dni, chorobowego. Przerwa w treningach nie jest dobra. Ale kolejny raz postanowiłem nie ryzykować. Lepiej nie przeginać, kiedy organizm mówi, że jest przemęczony czy przeziębiony. Pierwsze treningi po 10 dniowej przerwie to była masakra. Przejdzie, w końcu do czego jest roller. Potrafi boleć. Ale z drugiej strony ratuje nogi i wspomaga walkę z ewentualną kontuzją.

 

Warto podkreślić, że

 

każde to niestety, niesie za sobą także coś dobrego.

 

Czas pokaże lub potwierdzi jakie.

 

Najbardziej mi żal, że nie pobiegniemy tym razem z Dawidem. To jeszcze nie jego dystans. Chyba tylko raz w życiu pobiegnę maraton – mówił. – No chyba, że podczas Iron Mana. Ale to co innego. Najpierw będzie pływanie, później rower i dopiero bieg – dodawał. Za kilka lat pewnie tak.

 

I jeszcze jeden element przygotowań do maratonu, który mnie zaskoczył. 13 lutego pobiegłem w Biegu Urodzinowym w Gdyni. 10 kilometrów z okazji 90 urodzin jednego z moich ulubionych miast. Plan był prosty. Sprawdzić na co mnie stać na tym etapie. Niestety, piątek przed startem spędziłem w łóżku. W sobotę czułem się już przyzwoicie. Do Gdyni pojechaliśmy z Aldoną. Ona chciałem po dwóch miesiącach przerwy przebiec 10 kilometrów. Treningowo. Patrząc z perspektywy czasu

 

niezbyt to rozsądnie wyglądało.

 

Ona bez treningów, ja przeziębiony. Ale zrobiliśmy to. Aldona na mecie zameldowała się po niespełna godzinie. Super. Jej życiówka to 56 minut.

 

Ja ustawiłem się w strefie poniżej 45 minut. To był plan. Od początku szukałem zająca. Biegłem za dwoma dziewczynami, które przy tempie 4:30 na kilometr miały siły rozmawiać. Silne są – pomyślałem. Około 6 kilometra trochę zacząłem do nich tracić. O, czyżbym słabł? – pytałem siebie. Ale z pomocą przyszła ulubiona ulica Świętojańska i 800 metrowy podbieg. Niby nieznacznie, ale potrafi dać w kość. Mnie mobilizuje. Wyprzedziłem dziewczyny i biegłem w tempie 4:21. Na ostatnich kilometrach jeszcze przyspieszyłem, a końcowe 1000 metrów przebiegłem w 3:56. Pierwszy raz przed metą już nie miałem siły szaleć. Ale to oznaczało, że dobrze rozłożyłem siły. Zapis z gps pokazał, że każdy kilometr biegłem szybciej. Na mecie byłem usatysfakcjonowany. 43:30 to moja nowa życiówka. Jest dobrze. Trenuję dalej.

 

Marcin Dybuk

Jak zaplanować „bezplan” i co z tego wynika

Wspólne oglądanie telewizji, gra w planszówki, karty, czy chwila rozmowy potrafią dać dużo radości. Pod jednym warunkiem! Że znajdziemy na to czas. Zatrzymamy się. Doświadczyłem tego w ciągu ostatnich kilku dni.

 

Prawie do ostatniego momentu nie mieliśmy planu na ferie z dziećmi. Tymi młodszymi, bo najstarszy 18-letni powiedział, że jedzie z przyjaciółmi do Zakopanego. Tak więc my wynajęliśmy w Karkonoszach domek i wyjechaliśmy.

 

 

Oprócz tradycyjnych bagaży zabraliśmy gry planszowe, karty, stroje na basen i pojechaliśmy. Domek okazał się super. Mały, zadbany i z kozą. Codziennie z przyjemnością rozpalałem rano ogień, parzyłem kawę i z Aldoną wpatrywaliśmy się w tańczące płomienie. Piękny widok.

 

 

Spaliśmy długo, tyle ile nam się chciało. Taki był nasz „bezplan”. Umówiliśmy się, że nie planujemy niczego za bardzo. To się z jednej strony okazało bardzo dobre, z drugiej czegoś zabrakło. A może bardziej obnażyło, że jesteśmy rodziną, która musi mieć wszystko zaplanowane. Działa na pełnych obrotach. Teraz kiedy minęło kilka dni od powrotu do domu dostrzegam wyraźniej sens planu na „bezplan”. Dlaczego?

 

Uświadamiam sobie jak dużo może być radości w zwykłych rzeczach i jak bardzo człowiek już o nich zapomniał. Jak bardzo poszukuje kolejnych atrakcji, aby czuć się szczęśliwszym. Na przykład trening, kurs, spotkanie za spotkaniem. Każdy może coś tutaj wpisać co będzie mu pasowało. Szukamy czegoś, czego nie potrafimy dopowiedzieć.

 

I tak zapominamy, że oglądanie filmu w telewizji potrafi dać dużo radości. U nas od kilku lat nie oglądamy telewizji. Nie mamy jej w domu. Kiedy podczas pobytu w Karkonoszach drugiego dnia włączyliśmy tv, aby obejrzeć jakiś film ułożyliśmy się na łóżku, poprzytulani do siebie. Jeden dla drugiego służył za poduszkę. I tak oglądaliśmy razem film, którego tytułu dziś nie pamiętam. Bo nie to co oglądaliśmy, ale jak, było najważniejsze. Wspólnie, nigdzie się nie spiesząc, blisko siebie, jeden obok drugiego. W życiu codziennym brakuje takich momentów. Każdy gdzieś biegnie, coś ważnego robi. Trudno znaleźć w tej gonitwie chwilę na przytulenie. A często nastoletnie dzieci, już nie chcą tego robić. – Przestań mamo, tato! Ja nie mam już kilku lat – potrafią odburknąć. A tutaj, przy sprzyjających warunkach wpatrzeni w ekran, leżąc na piersi mamy lub taty potrafią tak spędzić nawet kilkadziesiąt minut. Powiem szczerze, cudowne uczucie.

 

Inną sprawą były gry w planszówki czy karty. W pociągi, w makao, tysiąca. Bez kłótni, przepychanek nigdzie się nie spiesząc. Kolejne piękne chwile to wspólne posiłki. Zarówno „poranne”, a raczej południowe śniadania przygotowane wspólnie czy wieczorne obiadokolacje w smażalni ryb. Bez pośpiechu, rozmawiając. Inna sprawa, że my w rodzinie już od dawna dbamy o to, aby przynajmniej jednej posiłek dziennie zjeść wspólnie, a w weekend niekiedy udaje się nawet wszystkie. To taki nasz święty czas.

 

Oczywiście nie zabrakło wspólnego wyjścia na basen, w góry czy wyjazd do Przyjaciółki w Pradze. A tam oczywiście nie mogło zabraknąć obiadu z knedlikami i piwem (dzieci piły kofolę) oraz wizyty na Moście Karola.

 

 

Jednak tego czego podczas tego krótkiego urlopu było najwięcej to „bezplanu”.

 

Kiedy wróciliśmy do domu stwierdziłem, że czegoś mi zabrakło. Czy faktycznie? Tekst „Zatracenie się” Marcina Koniecznego otworzył mi szeroko oczy, na to co przeczuwałem, czułem podskórnie. Zabrakło treningów. Tylko raz pobiegałem i raz trochę popływałem. W planach było więcej, ale organizm się zbuntował. Rozchorowałem się. Żałowałem zmarnowanych godzin, tym bardziej, że przygotowuje się do debiutu w maratonie.

 

Tekst ten piszę będąc na zwolnieniu lekarskim i jeszcze bardziej doceniam cudowność „bezplanu”. Jak niesamowite potrafi być granie z 13-letnią córką w tysiąca, czy wygłupianie się przed snem z 11-letnim synem. Szturchanie, kuksańce, czasami nawet bolesne.

 

Jednak, aby to dostrzec, trzeba mieć czas. Zatrzymać się. Zrobić stop klatkę, tak jak czasami jest na filmach. Wszystko wokół bohatera się zatrzymuje i ma on okazję zmienić bieg wydarzeń. Czy potrafimy to zrobić? Wsłuchać się w głos serca. Nie zagłuszyć go. Niekiedy, życie przynosi nam takie momenty. Choroba, kontuzja i inne takie. Warto wtedy przejść na drugą stronę ulicy, naszego życia i przyjrzeć się mu uważnie, aby nie przegapić tego co najważniejsze…

 

Marcin Dybuk

 

Ps. Miejsce w którym byliśmy to Bukolik, gdyby ktoś szukał ciszy i miejsca na dobry bezplan. Właściciele cudowni. Ona Polka, On Katalończyk – cudownie się rozmawiało. Kiedy poszliśmy zapłacić i zdać klucze trwało to 90 minut. Jeszcze tam wrócimy 🙂

18 + 42 = podwójny debiut maratoński

Każdy ma swój Mount Everest. Ja chciałem w roku 42 urodzin pobiec maraton. Los oddałem w ręce Niebios, a może dokładniej byłoby powiedzieć w ręce Aldony. I zamiast jednego morderczego biegu przygotowuje się do dwóch. Jednak to co najważniejsze, to towarzystwo w którym przyjdzie mi przebiec debiut. A i dzień niezwykły. Oby tylko zdrowie dopisało.

 

Wiem, że początek tego tekstu brzmi trochę tajemniczo. Tak więc spieszę wyjaśnić co i jak. W 2016 roku skończę 42 lata. I tak już przed dwoma laty zaplanowałem, że w czerwcu przebiegnę 42 kilometry na 42 urodziny. W międzyczasie okazało się, że w tym miesiącu nie ma fajnego biegu. Dodatkowo nie do końca czułem, że jestem gotowy. Postanowiłem zapytać Niebiosa co zrobić. Aldona zapisała mnie do Berlina. Losowanie 1 grudnia 2015 roku i masz… wygrałem. Choć to wygrałem w tym przypadku brzmi przewrotnie. Kilka miesięcy przygotowań do biegu. W tym samym dniu zapisy do Ironman 70.3 Gdynia. I tutaj się udało. Czyli w sierpniu triathlonowa „połówka”, a pod koniec września wyjazd do stolicy Niemiec. To wszystko byłoby możliwe. Dobrze ułożony trening i się da. Jednak jeszcze, chyba także w grudniu, wydarzyło się coś co zmieniło moje spojrzenie na oba starty.

 

Magia liczb

Dawid w maju 2016 roku kończy 18 lat. Zapytałem, czy nie chciałby ze mną 15 maja pobiec maraton w Gdańsku. Debiut w moim ukochanym mieście razem z synem z okazji jego 18-tki – bajka pomyślałem, choć nie sądziłem, że On to podchwyci. No, cóż ale zapytać nie zaszkodzi. Nie ukrywam, jego odpowiedź zaskoczyła mnie. Nie tylko powiedział tak, ale także do tego pomysłu się zapalił. Do tego wszystkiego doszły jeszcze dwie liczby, które dodają naszemu wspólnemu, maratońskiemu debiutowi magii. Maraton w Gdańsku odbywa się 15 maja 2016 roku. W dniu 70 urodzin mojej mamy i babci Dawida. Śmiejemy się, że po biegu pójdziemy do Jolki na uroczysty obiad. Mamy nadzieję, że dojdziemy. Druga liczba jest taka, że suma lat moich dzieci w maju będzie wynosić 42.

 

Pod okiem mistrza

I tak 22 stycznia 2016 roku wystartowała druga edycja „Aktywuj się w maratonie”, którą prowadzi sam mistrz Radek Dudycz. To dla nas świetna okazja, aby dobrze się przygotować do debiutu w maju. Wiele wskazuje na to, że rok 2016 będzie dla mnie rokiem biegania, a nie triathlonu. Bo jeśli okaże się, że brakuje czasu na coś w życiu, to będzie trzeba zrezygnować z przygotowań pod kątem triathlonu. W pierwszej kolejności padnie na rower, bo pływać nie mam zamiaru przestawać. Kraula trzeba szlifować. Jest dużo do zrobienia. A jak wystartować w „połówce” gdzie trzeba przejechać 90 kilometrów. Przynajmniej mało to rozsądne.

 

Czas do roboty

Ale dziś to nie czas na marudzenie. Już w niedzielę pierwszy trening z Dudyczem i jego ekipą. Do startu zostało tylko 16 tygodni. To będą bardzo intensywne tygodnie w drodze do spełnienia marzenia. Dla mnie niesamowitego, bo jeśli się uda to zarówno ja, jak i Dawid pewnie do końca życia zapamiętamy ten nasz wspólny, maratoński debiut ojca i syna. Dawid po wykładzie inauguracyjnym nawet stwierdził, że to będzie jego jedyny maraton jako przebiegnie w życiu. Owszem startując w przyszłości w Ironmanie pobiegnie 42 kilometry, ale nigdy więcej tylko same. Zobaczymy, a póki co trzymajcie kciuki, westchnijcie do Niebios, aby zdrowia i sił nie zabrakło.

 

Marcin Dybuk

Najpiękniejszy prezent mamy przy sobie

Po co przygotowujemy dla najbliższych drogie, piękne prezenty, kiedy często nie potrafimy im dać tego co oni potrzebują od nas najbardziej? Święta Bożego Narodzenia są okazją, aby obdarować ludzi dla nas ważnych naprawdę niesamowitym darem.

 

Święta tuż, tuż. Wyścig z czasem trwa. Wielu z nas do ostatniego momentu poszukuje prezentów. Zastanawia się co będzie najbardziej odpowiednie dla najbliższych. To zawsze jest trudny wybór. Jak trafić z prezentem, aby obdarowany był zadowolony. I dobrze, że staramy się, aby tak było.

 

Jednak ja w tym roku jestem w innym nastroju. To czego mi najbardziej brakuje i czym chciałbym być obdarowany przez żonę i dzieci, a także sam bym im chciał to dać, to CZAS. Wspólnie spędzony na grach w planszówki, spacerach, rozmowach, a może nawet oglądaniu filmów. W domu gdzie wszystkie dzieci są już nastolatkami i żyją swoim rytmem to bardzo cenne. Każda minuta jest na wagę złota.

 

Wspólnie spędzony czas jest najcenniejszy

 

i nic nie jest w stanie go zastąpić. Ani pieniądze, ani tym bardziej piękne i drogie prezenty. Czas trwa tą jedyną chwilę i przemija. Już nigdy nie będziemy w stanie go odzyskać. Nie wiemy ile go mamy, tym bardziej powinniśmy go szanować.

 

W weekend przed świętami Bożego Narodzenia postanowiłem z najmłodszym synem, 11-letnim zrobić szopkę. Przygotowałem się do tego wcześniej. Najpierw, będąc z Aldoną na rocznicowym pobycie na Malcie, kupiliśmy figurki świętej rodziny z obstawą. Później podczas wypadu w jedną z adwentowych niedziel do Sobieszewa, gdzie wspólnie całą rodziną i z psem biegaliśmy, pozbieraliśmy kije do budowy szopki. I w końcu ją zbudowaliśmy. Zajęło nam to około trzech godzin. To był czas, kiedy mogłem pokazać Kajetanowi jak się używa piły do drewna. Kiedy trzeba przycisnąć, a kiedy mocniej pociągnąć. To był czas wzajemnej pomocy i oczywiście rozmowy. Takiej o niczym i wszystkim. Żadnych pytań o szkołę, czy nie daj Boże inne poważne tematy. Nic z tych rzeczy. Po prostu razem byliśmy. Na koniec zadowoleni ze wspólnej pracy z satysfakcją spojrzeliśmy na nasze dzieło i podziękowaliśmy sobie.

 

Piszę o tym, bo mam takie przekonanie, że jest to temat znany wielu osobom, ale także

 

często zapomniany

 

Wspólny czas. Łatwo wpadamy w wir obowiązków, czy przyjemności, jak na przykład trening, który musimy wykonać. Łatwo także usprawiedliwiamy każdą rzecz, którą musimy zrobić, zamiast pobyć, porozmawiać z najbliższymi. I nie ma czemu się dziwić, bo niekiedy te rozmowy potrafią być trudne. Ale są konieczne, bo inaczej, to co w rodzinie najważniejsze – więź, zaczyna słabnąć. A później potrafi być już za późno…

 

Dzieci, nastolatkowie mają niesamowitą zdolność. Kiedy czegoś im brakuje zaczynają robić dziwne rzeczy. A to przyjdą do domu pod wpływem, a to się regularnie spóźniają, nie dzwonią, choć tak się umówiliśmy. Potrafią także zrobić coś, czego byśmy się po nich nie spodziewali, a kiedy to się stanie jesteśmy w szoku. Niestety, często wtedy sobie tłumaczymy to wiekiem. Niekiedy ukarzemy, pokrzyczymy i wracamy do naszej gonitwy. A to chyba nie jest takie proste. Owszem wiek nastoletni rządzi się swoimi prawami. Jednak doświadczenie mówi jeszcze coś ważnego. Kiedy nasze dzieci robią coś bardzo dziwnego, nieodpowiedzialnego, coś co wiedzą, że nas zdenerwuje, może to oznaczać jedno. Chcą zwrócić na siebie naszą uwagę. Chcą z nami porozmawiać, choć często nie wiedzą, jak to zrobić. Czegoś im brakuje.

 

Jednak, aby dowiedzieć się, co to jest

 

trzeba się zatrzymać, znaleźć czas na rozmowę.

 

Szczerą. Jednak często, aby ona taka była, a nie zdawkowa potrzeba czasu. Na nowo, kolejny raz, (który to już?), trzeba wydeptać ścieżkę do serca naszych najbliższych.

 

I właśnie tego pragniemy Wam życzyć na Święta Bożego Narodzenia i Nowy 2016 Rok. Dużo czasu i wielu pięknych rozmów z najbliższymi, a także z tymi dalszymi… Po prostu spotkania z drugim człowiekiem. Bycia razem.

 

Dybuki, Magiel Rodzinny.pl

Uśmiechem w zmęczenie

Podczas Herbalife Ironman 70.3 Gdynia krzyczeliśmy, klaskaliśmy, gwizdaliśmy, robiliśmy mega hałas, aby na ustach zawodników pojawił się uśmiech. Aby na chwilę oderwać ich myśli od zmęczenia. Oglądając zdjęcia, czytając wpisy, odbierając telefony od znajomych możemy powiedzieć z czystym sumieniem. Był OGIEŃ Z SERCA. Udało się. Teraz i my dochodzimy do siebie.

 

Jest triathlon, jest trójgłos, a raczej relacja naszej rodziny z kibicowania w trakcie Herbalife Ironman 70.3 Gdynia. Pierwsza do głosu dochodzi Majka. Dobrze, że coś napisała, to się rodzice dowiedzieli, że chce uprawiać triathlon.

 

Czas honoru podczas triathlonu

 

Na zawody Herbalife Ironman 70.3 Gdynia pojechałam z dwóch powodów. Pierwszy: sama chcę kiedyś uprawiać triathlon (już uprawia w wersji dla dzieci – dodaje Tata), więc dobrze jest poczuć atmosferę takich zawodów (cytuję tatę). Drugi: w sobotę rodzice stali obok Jakuba Wesołowskiego, a ja miałam nadzieję na autografy jego i Karoliny Gorczycy, ponieważ sama jestem aktorką – amatorką. To zmotywowało mnie, żeby wstać w niedzielę o 6.20 i pojechać do Gdyni. Uzbrojeni w gwizdki, okropnie hałasującą kołatkę, megafon oraz wiadro nasza pięcioosobowa armia, rodzice, Magda i Rafał – znajomi triathloniści rodziców i ja, ruszyliśmy w bój z zawodnikami. Ach, no tak, był jeszcze aparat fotograficzny obsługiwany przeze mnie.

 

 

Hałasem w zmęczenie triatlonistów, a nagrodą dla nas był ich uśmiech…

 

Po wystartowaniu poszczególnych grup stanęliśmy przy barierkach, gdzie mieliśmy widok na wybiegających z wody triathlonistów. Pan Rafał postanowił kibicować tuż przy nich, zrobił trening pływacki w morzu. A ja robiłam zdjęć ile wlezie. Gdy tylko usłyszałam, że rodzice krzyczą imię jakiegoś znajomego od razu pstryk, pstryk, pstryk. Szczęście mieli Ci, których ja sama znałam chociaż z widzenia :).

 

kibice13

Majka wypatrywała Kuby Wesołowskiego i Karoliny Gorczycy. Oczywiście udało się, a aktorka odwzajemniała się uśmiechem

 

kibice12

 

Oczywiście wypatrywałam także aktorów z mojego ulubionego serialu ,,Czas honoru’’. Jak się okazało, pan Rafał postanowił dołączyć się do zawodników, ale szybko zrezygnował i przyłączył do nas. Jak się ludzie dziwili kiedy usiadł na murku i zaczął rozpinać piankę! Po przebiegnięciu wystarczającej liczby osób poszliśmy na kawę do Sturbucksa. To była jedyna chwila odpoczynku. Szybko jednak ze strefy zmian wybiegł pierwszy triathlonista. Mogę się pochwalić kilkoma ładnymi zdjęciami pierwszych biegnących :). Potem ulokowaliśmy się kawałek dalej. Kibicowaliśmy rowerzystom. To właśnie w tamtym momencie pan Rafał przejął megafon od Taty, który obsługiwał już kołatkę i gwizdki. No i wtedy się zaczęło! On jest mistrzem komentarzy! Słuchając go, można się było nieźle ubawić! Ja w tym czasie nadal wcielałam się w rolę fotoreporterki :). Tata używał tej hałasującej kołatki, co jest naprawdę niezłym wyczynem, bo ona potrafi sprawić, że boli cię głowa. Z resztą ci co byli na zawodach sami dobrze wiedzą o co mi chodzi.

 

kibice2

Ręce w górę, też widzieliśmy wiele razy podczas IRONMAN 70.3 Gdynia 2015

 

kibice3

kibice6

Kciuk w górę. O, tak…

 

Po rowerach był czas na bieg. Robiło się coraz cieplej, więc musiałam chwilę poświęcić na pobiegnięcie do auta i przebranie spodni na krótkie, ale szybko wróciłam na miejsce. Właśnie tam zrobiłam najwięcej zdjęć. Wyszło kilka naprawdę świetnych fotek! Szczególnie mocno sfotografowani byli: pani Iwona Guzowska, pani Gosia Jeleńska, nasi trenerzy Patryk i Damian, pani Gosia oraz pani Dorota. Oczywiście nie zapomniałam także o pani Karolinie Gorczycy i panu Jakubie Wesołowskim. Bardzo podobało mi się, że pan Rafał (przez megafon!), tata, a potem już właściwie wszyscy krzyczeli imiona, które widniały pod numerami startowymi. Do tego jeszcze kilka przezabawnych komentarzy pana Rafała i atmosfera na szóstkę! Piękna pogoda, uśmiechnięci – już niedługo – Ironmani, no i nasza grupa, która potem została okrzyknięta najbardziej głośnymi kibicami! Niesamowite! Około godziny 14 musieliśmy wrócić do auta i niestety nie udało się załatwić autografów – ale nie poddaję się! Nikt chyba nie myśli, że skończyliśmy kibicować! W drodze powrotnej nie zawiedliśmy zawodników, którym doping jest niesłychanie potrzebny.

 

kibice5

Gosia twierdziła w sobotę, że podczas zawodów jest tak skoncentrowana, że nie zauważa kibiców.

Nas nie tylko zauważyła, ale usłyszała. Tak jak obiecywaliśmy…

 

W ten sposób zanim się obejrzałam, minęło sześć godzin kibicowania. Naprawdę bardzo fajnie spędziłam czas razem z panią Magdą, panem Rafałem i rodzicami.

 

Maja

 

Nie oszczędzaliśmy się

 

Odkąd zaczęliśmy startować w zawodach w Triathlonie, wiemy jak ważny jest doping kibiców. Dodaje skrzydeł i sprawia, że nogi same niosą. Gwizdek, kołatka, megafon, ale przede wszystkim ręce i gardło, tego po prostu nie można oszczędzać.

 

kibice4

Nie mogło zabraknąć „głupich” min MKON-a. Tak dziękuję Marcin za kibicowanie…

 

Z każdym krokiem, kiedy zbliżaliśmy się do czarnego tłumu zawodników atmosfera gęstniała. Jest coś takiego w zawodach, nie wiem, czy w każdych, na pewno w triathlonie, że chcesz dołączyć i wskoczyć do akwenu razem z nimi. Nie wiem, może to stężenie adrenaliny jest tak wielkie, że promieniuje na towarzyszący im tłum rodziny, znajomych, przyjaciół. Żałujesz, że już nie możesz do nich dołączyć. Jedyne co Ci zostaje to zagrzać ich do walki.

 

Pierwszy etap pływanie

 

Szukaliśmy miejsca przy trasie, która prowadziła z morza do strefy T1. Zależało nam, żeby jak najszybciej wyłapać znajomych po wyjściu z wody. Miejscówka przed prysznicem wydawała się nam najlepszą lokalizacją. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy znajomych twarzy. Kiedy już kogoś wypatrzyliśmy zaczynasz krzyczeć, ile sił w gardłach. Najlepsze, że byli na wyciągnięcie ręki. Uścisk dłoni, wzruszenie. To najlepsza nagroda. Wszyscy zawodnicy już w strefie zmian. Dla kibica to czas na opracowanie kolejnej strategii. Na szczęście na dystansie ? IM jest go trochę, bo kolejny etap, czyli 90 km na rowerze zajmuje trochę czasu. To czas na kawę.

 

kibice7

Iwona Guzowska uśmiechała się za każdym razem jak nas widziała…

 

Etap drugi – rower. Tu trudno kogoś wypatrzeć i jeszcze sprawić, żeby usłyszał. Pod uwagę trzeba wziąć fakt, że pierwsi zawodnicy za chwilę trafią na ostatni odcinek – biegowy. I znowu trzeba się przemieszczać, by znaleźć jak najlepszą miejscówkę, a do tego stanąć w miejscu, gdzie wiesz, że przy ostatnim okrążeniu Twoje gardło może naprawdę pomóc.
Za to bieg jest świetną rekompensatą. Widoczne numery startowe z imionami, tempo przyzwoite i przy dobrym ustawieniu można znajomego zawodnika wyłapać stosunkowo wcześniej. A wtedy sam łapiesz wiatr w żagle i drzesz się, ile masz sił. Wiem, jak to jest usłyszeć swoje imię. Wzruszenie, radość, nagły przypływ sił, choć chwilę wcześniej wydaje Ci się, że nie zdołasz już nic z siebie wycisnąć. A najlepszą rekompensatą dla kibica jest uśmiech zawodnika lub uniesiony kciuk. To ten cichy, specyficzny język pomiędzy kibicem i zawodnikiem. Język, który rozumiesz dużo lepiej wtedy, kiedy choć raz stanąłeś na mecie.

 

Aldona

 

Jest coraz lepiej

 

Majka i Aldona napisały chyba wszystko co działo się z naszej, kibiców perspektywy podczas Herbalife IRONMAN 70.3 Gdynia. Od siebie dodam tylko, że przez dwie doby w głowie słyszałem szumy, które spowodowane były sześcioma godzinami hałasu, który zgotowaliśmy triathlonistom. To była świetna niedziela pełna niesamowitych emocji. Tak, kibicowanie potrafi być bardzo męczące. Po powrocie do domu Aldona na chwilę położyła się w sypialni, aby po chwili spać. Ze mną było podobnie. Ale warto było, bo każdy uśmiech, kciuk w górę, telefon, który odebraliśmy od znajomych, wpisy na FB z podziękowania były nagrodą za sześć godzin pracy. Jest coś w tym pięknego, niesamowitego, że potrafimy tak się bawić, cieszyć. Polska, Polacy zmieniają się także na lepsze.

 

kibice11

Za każdy uśmiech zawodnikom dziękujemy.

Kibicowanie Wam, zdzieranie gardła było prawdziwą przyjemnością.

 

A za rok… liczę, że to ja będę oklaskiwany i dopingowany przez kibiców. Potrafią nieść człowieka do mety, nawet kiedy sił brakuje. Tak twierdzą nasi znajomi, których na trasie Herbalife IRONMAN 70.3 Gdynia nie brakowało. Jesteście wielcy. Brawo. Gratulujemy Wam i do zobaczenia na kolejnej imprezie.

 

Marcin

czyli Dybuki

Pokazała ego miejsce w kącie

Trzy dyscypliny. Trzy inne „wcielenia” i na każdym etapie wielka determinacja. Jeżeli chcesz uprawiać triathlon, nie bój się – nie utoniesz, choć tak wszyscy boją się tego pierwszego etapu. Ale bądź prawie pewien, że jedyne, co musisz utopić to swoje ego.

 

 

Triathlon to wielka frajda i duża dawka emocji. Świetna społeczność. To mobilizacja, przyjmowanie i pokonywanie słabości. Wbrew pozorom najważniejsza nie jest meta, ale okres przygotowania do startu, którego w tym roku mnie z różnych powodów, zwyczajnie zabrakło. Decydując się na ¼ IM niczego nie byłam pewna. Cel – ukończenie dystansu i fun na mecie. Czas to kwestia drugorzędna, przynajmniej oficjalnie 🙂 Moja forma „na granicy”. Podjęłam wyzwanie, kierując się sercem. Bo dobrze jest się zatrzymać, by usłyszeć siebie.

 

Cegiełka do cegiełki

Powrót do treningów po przerwie pod koniec czerwca okazał się arcytrudny. Miałam wrażenie, że cała siła fizyczna po prostu wyparowała, jakbym musiała budować wszystko od nowa. Przepłynięcie 200 metrów na otwartym akwenie sprawiało trudność. Zadyszka! A gdzie 950m? Kilka kilometrów biegiem było jak wejście na Mount Everest. „Głowa” szaleje. Podpowiada różne scenariusze. I to jest właśnie najlepszy moment, żeby zatrzymać całą swoją bezsilność, „podnieść się” i z mozołem, powoli iść do przodu.

 

Możesz się poddać?

To jest ten moment, kiedy możesz (nie musisz) zgodzić się na każdy scenariusz. Nawet taki, który niektórzy mogą uznać za porażkę. Przecież można zrezygnować przed startem lub zejść z trasy. Świat będzie istniał dalej. To jest ta chwila, kiedy dobrze jest zajrzeć w siebie i zobaczyć, co jest w głębi i czego naprawdę chcesz. Po co startujesz? Może dla wyniku, a może przez te ekstremalne doświadczenia chcesz poczuć, że żyjesz, że coś, co wydawało się nierealne oto staje się faktem. Albo robisz to, bo jest Twoje od początku do końca.

 

aldona tri

 

Zobaczyć strach, brak pokory, chęć walki, mobilizację i zgodę na „cokolwiek”. Wulkan sprzeczności. To moment, kiedy warto pójść dalej, choć nie masz pewności, co będzie na końcu. Porażka czy wygrana? Po prostu „płyniesz”, ale nie bezwiednie. Tego właśnie doświadczyłam w tym roku.

 

Morze niemocy

Startuję w triathlonie, bo lubię. Kocham i nienawidzę ten sport. Kocham, kiedy wymagania, które ze sobą niesie uczą mnie więcej o sobie samej, kiedy dostrzegam bardziej bliskich i ich codzienne zmagania i uczy czekać na wynik. Cierpliwość. Nienawidzę, kiedy zaczyna się wszędzie panoszyć, zabierać czas na to, co kocham bardziej od Tri – rodzinę, inne pasje, spotkania z przyjaciółmi, film, książkę etc.

 

Tegoroczny start był sprawdzianem pokory i cierpliwości. Lubię wiele rzeczy robić po swojemu. Sama. Jak wielu z nas oczekuję szybkich efektów. Nie ma w tym nic złego. Tym razem musiałam dać się poprowadzić, głównie Marcinowi, ale też swojej intuicji. Pokazać mojemu ego miejsce w kącie. Przyjąć swoją niemoc. Stawiać kroki nie będąc pewna gruntu. Zakumplować się z morzem, którego zaczęłam się uczyć dopiero 10 dni przed startem w Gdańsku. Powoli, bez żadnej gwarancji.

 

Aldona tri2

 

W morzu potrzebowałam prawie całego dystansu do czerwonej bojki, żeby w końcu popłynąć, jak należy. Emocje! Rywalizacja! Chęć bycia „w czubie”! Trzeba to było pogrzebać. Jestem ambitna. To nie było proste. To był wyścig z myślami, zniechęceniem, brakiem sił. Nie myślałam wtedy o mecie. Chciałam po prostu dopłynąć. Kiedy wsiadłam na rower celem było przejechanie trasy, choć wiedziałam, że taki dystans umiem pokonać. Doping dalszych i bliższych znajomych, męża i dzieci. I tylko chwilami przemykało w głowie wspomnienie następnego etapu. Wbiegając na ścieżkę huczało mi w głowie: 10,55km – czy ja to dobiegnę? Wbiegłam na metę obsypana płatkami z róż. Czy mogłam to lepiej wymyśleć? Dzieło miłości.

 

Nie jestem z żelaza

Kiedy słyszę, że jestem w ¼ Ironman uśmiecham się życzliwie i nie potrafię znaleźć w sobie odrobiny z tego żelaza. Po prostu, jestem sobą. Ukończyłam ten dystans, jak wiele kobiet i mężczyzn przede mną, na dłuższych niż mój dystansach. Kolejni pewnie podejmą wyzwanie.

 

aldona tri3

 

Chcę smakować życie. Triathlon jest tylko jednym z nich. Wciąga bardzo i daje kopa energii. Dobry, pozytywny. Ale to nie jest danie główne. To ma być środek… Do czego, to się jeszcze okaże.

 

Aldona Dybuk

 

Ps. od męża: I ten niepowtarzalny, niesamowity, piękny, cudowny uśmiech. Jak ja bym chciał się nauczyć tak cieszyć każdym etapem triathlonu jak Aldonka 🙂