Kiedy sport i zdrowie stają się obsesją

Można regularnie trenować, mieć świetną sylwetkę, coraz lepsze wyniki i dietę dopiętą na ostatni guzik. Z zewnątrz widzisz człowieka, który wyjątkowo dobrze o siebie dba. Ale w rzeczywistości coraz większa część życia zaczyna być podporządkowana treningowi, jedzeniu, kontroli i wyglądowi własnego ciała. A to może prowadzić do poważnego kryzysu. 

I właśnie dlatego granica pomiędzy dbaniem o siebie a przymusem nie zawsze jest łatwa do zauważenia. Co właściwie jest niepokojącego w tym, że ktoś regularnie ćwiczy, zdrowo je, jest konsekwentny i chce coraz lepiej wyglądać? 

O tym, kiedy sport przestaje służyć zdrowiu, a zdrowe odżywianie zaczyna przejmować kontrolę nad życiem, rozmawiamy z Tomaszem Spaleniakiem – trenerem triathlonu i biegania, dietetykiem oraz zawodnikiem sportów wytrzymałościowych.

Tekst czytaj dalej pod videpodcastami

Wszystko wygląda dobrze. Tylko organizm „leci na kredycie”

Na pytanie – czy sport to zdrowie – Tomasz Spaleniak nie odpowiada jednoznacznie: „Sport może wyniszczyć, może wzmacniać, może wyjaławiać. Oddziaływanie sportu może być bardzo różne”. I dodaje, że z zewnątrz można tego długo nie zauważyć. Ktoś ma coraz lepsze wyniki, bardzo dobrą sylwetkę, wzorcową dietę i dyscyplinę. Wszystko wygląda książkowo. „A pod powierzchnią organizm może lecieć na kredycie, który prędzej czy później trzeba będzie spłacić” – dodaje Spaleniak.

Ten kredyt może być fizyczny i psychiczny. Jednym z problemów dobrze opisanych w medycynie sportowej jest niska dostępność energii (LEA) – sytuacja, w której po uwzględnieniu energii zużytej podczas wysiłku organizmowi pozostaje jej za mało na prawidłowe funkcjonowanie. Jeśli taki stan jest nasilony lub trwa długo, może prowadzić do RED-S – względnego niedoboru energii w sporcie. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Konsekwencje mogą obejmować m.in. zaburzenia hormonalne i metaboliczne, problemy z odpornością i zdrowiem kości, gorszą regenerację, samopoczucie i wyniki sportowe.

Co może być sygnałem, że coś zaczyna iść nie tak? Spaleniak wymienia spadek chęci nie tylko do treningu, ale w ogóle do aktywności, brak progresu lub pogorszenie wyników, problemy ze snem, zmiany apetytu i coraz gorszą regenerację. Nie zawsze więc pierwszym sygnałem będzie poważny problem zdrowotny, czasem najpierw po prostu zaczyna brakować energii.

Trening zrobiony. A co z resztą dnia?

W rozmowie pojawia się również przykład osób, które Spaleniak jako trener nie zachęca do większego wysiłku, lecz przeciwnie – powstrzymuje przed przekraczaniem własnych granic. „Cokolwiek im wpiszę, wszystko wykonają. Mają w sobie ogromną dyscyplinę” – mówi.

Problem w tym, że nie zawsze powiedzą trenerowi, jak naprawdę się czują. Tłumią zmęczenie, bagatelizują ból czy pierwsze oznaki kontuzji. Jest plan, są zawody, trzeba robić formę – z takiego założenia wychodzą. I trening rzeczywiście zostaje wykonany. Tyle, że później „reszta dnia jest tak w trybie zombie i za bardzo nie ma chęci na nic innego”.

To jest właśnie moment, któremu warto się przyjrzeć. Nie dlatego, że intensywny trening nie ma prawa męczyć. Ma. Pytanie brzmi raczej: co dzieje się, kiedy organizm mówi „stop”? Czy potrafię odpuścić trening? Czy dzień bez ćwiczeń jest po prostu dniem odpoczynku, czy pojawia się napięcie i poczucie winy? Czy realizuję plan mimo bólu, choroby i wyczerpania? Czy poza sportem nadal mam energię na pracę, ludzi i rzeczy, które wcześniej były dla mnie ważne?

Kiedy „jeszcze trochę” nigdy nie wystarcza

W rozmowie o zaburzeniach odżywiania u mężczyzn pojawia się temat bigoreksji, czyli dysmorfia mięśniowa. Spaleniak opisuje mechanizm, który może rozwijać się stopniowo. Ktoś zaczyna od chęci zrzucenia kilku kilogramów i osiąga cel, ale widzi, że inni mają więcej mięśni. Zaczyna więc pracować nad umięśnieniem. Potem chce być jeszcze bardziej wyrzeźbiony.

I nawet kiedy sylwetka obiektywnie jest już bardzo dobra, zadowolenie nie przychodzi. Inni mówią: świetnie wyglądasz, a człowiek patrzy w lustro i nadal widzi przede wszystkim to, czego jeszcze mu brakuje.

Dysmorfia mięśniowa, potocznie nazywana bigoreksją, nie jest formalnie klasyfikowana jako zaburzenie odżywiania. Jest postacią dysmorficznego zaburzenia ciała. Może jednak wiązać się z bardzo restrykcyjnym jedzeniem, kompulsywnym treningiem i silną koncentracją na sylwetce. Charakterystyczne jest przekonanie, że ciało jest niewystarczająco duże lub umięśnione, mimo że inni mogą postrzegać je zupełnie inaczej. To ważne także dlatego, że zaburzenia odżywiania u mężczyzn nadal łatwo przeoczyć.

Mężczyzna niekoniecznie chce być coraz chudszy

Przez lata zaburzenia odżywiania kojarzyły się przede wszystkim z bardzo szczupłą dziewczyną lub młodą kobietą. Tymczasem u mężczyzn problem może wyglądać inaczej. Nie zawsze chodzi o to, żeby ważyć jak najmniej. Celem może być jednocześnie więcej mięśni i mniej tkanki tłuszczowej: większa klatka piersiowa, bardziej widoczne mięśnie, mocniej wyrzeźbione ciało.

Do tego dochodzi coś, o czym Spaleniak mówi wprost: ambicja, potrzeba udowodnienia sobie albo komuś siły i nieokazywanie słabości. Odpuszczenie treningu, nawet kiedy organizm wysyła mocne sygnały, może wtedy zostać potraktowane jak porażka. Sam zna ten mechanizm również z własnego doświadczenia: “Przez wiele lat próbowałem to przepchnąć kolanem i nie słuchałem organizmu, a ten się buntował”.

Zamiast potraktować to jako informację, złościł się: dlaczego organizm jest taki słaby, skoro trzeba trenować coraz mocniej, bo przecież jest plan? „To była ślepa uliczka” – dodaje. 

Kiedy zdrowe odżywianie przestaje być zdrowe?

Podobnie może być z jedzeniem. Początek nie musi wyglądać niepokojąco. A nawet przeciwnie: ktoś postanawia lepiej się odżywiać, zwracać uwagę na skład produktów, ograniczyć żywność wysokoprzetworzoną. To zachowania, które zwykle uznajemy za dbanie o zdrowie. Tylko gdzie jest granica?

Trener triathlonistów odpowiada prosto: „Myślę, że wtedy, kiedy ciągle o tym myślimy, o tym, co się zjadło, co się później zje i ciągle liczy kalorie w głowie, a to już jest czymś nienaturalnym”.

W tym kontekście mówi się o ortoreksji – nadmiernej, sztywnej koncentracji na jedzeniu uznawanym za zdrowe, właściwe czy „czyste”. Ortoreksja nie jest obecnie osobną diagnozą w głównych klasyfikacjach psychiatrycznych, a jej kryteria nadal są dyskutowane. Samo zdrowe odżywianie oczywiście nie jest problemem. Znaczenie ma to, co zaczyna dziać się wokół niego.

Czy lista produktów, których „nie wolno” jeść, robi się coraz dłuższa? Czy złamanie własnych zasad powoduje lęk albo poczucie winy? Czy trudno zjeść coś, czego składu i kaloryczności nie znam? Czy rezygnuję ze spotkania, wyjazdu albo wizyt w restauracji bo nie będę miał pełnej kontroli nad jedzeniem? I wreszcie: ile miejsca w głowie zaczyna zajmować jedzenie?

Granica między dbaniem o siebie a przymusem nie zawsze jest wyraźna. Zwłaszcza kiedy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze: jest dyscyplina, trening, zdrowe jedzenie i świetna sylwetka. Warto jednak zatrzymać się wtedy, gdy jedzenie, wygląd i aktywność fizyczna zaczynają zajmować coraz więcej miejsca w głowie i coraz bardziej decydować o tym, jak wygląda reszta życia.

O czym warto pamiętać?

  1. Dobra sylwetka i świetne wyniki nie są dowodem zdrowia.
    Z zewnątrz wszystko może wyglądać „książkowo”, a organizm może być przeciążony i funkcjonować przy zbyt małej dostępności energii.
  2. Nie każdy, kto potrzebuje pomocy, wygląda na osobę chorą.
    Zaburzenia związane z jedzeniem, treningiem i obrazem ciała mogą długo kryć się pod dyscypliną, sportowym stylem życia i dbaniem o siebie.
  3. U mężczyzn problem nie zawsze oznacza chęć bycia coraz szczuplejszym.
    Celem może być więcej mięśni, mniej tkanki tłuszczowej i coraz bardziej wyrzeźbiona sylwetka. Dlatego zaburzenia łatwiej przeoczyć.
  4. „Zdrowe jedzenie” przestaje być zdrowe, kiedy zaczyna rządzić życiem.
    Coraz więcej zakazanych produktów, ciągłe liczenie, myślenie o kolejnych posiłkach, lęk przed odstępstwem od planu – to sygnały, którym warto się przyjrzeć.
  5. Umiejętność odpuszczenia jest częścią zdrowego trenowania.
    Jeśli trening trzeba wykonać mimo bólu, choroby czy wyczerpania, a dzień bez ćwiczeń wywołuje napięcie lub poczucie winy, nie chodzi już tylko o konsekwencję.
  6. Warto patrzeć nie tylko na trening i dietę, ale na resztę życia.
    Jeśli na pracę, relacje, spotkania czy zwykłą przyjemność zaczyna brakować energii albo wszystko trzeba podporządkować jedzeniu i ćwiczeniom – to ważny sygnał ostrzegawczy.

Rozmowa została zrealizowana w ramach cyklu poświęconego zaburzeniom odżywiania, realizowanego przez Fundację IDEA w ramach Gdańskiego Miesiąca Zdrowia Psychicznego, finansowanego przez Miasto Gdańsk.

Prowadzenie: Aldona Dybuk i Marcin Dybuk

Gdzie szukać pomocy?

Jeśli niepokoi Cię Twoja relacja z jedzeniem, własnym ciałem lub treningiem, porozmawiaj z lekarzem, psychologiem, psychoterapeutą lub specjalistą zajmującym się zaburzeniami odżywiania.

116 123 – telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
116sos.pl – pomoc online dla osób dorosłych w kryzysie

800 70 2222 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym, bezpłatnie, całodobowo
centrumwsparcia.pl – czat i informacje o dostępnej pomocy

W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia zadzwoń pod 112 lub zgłoś się do najbliższej izby przyjęć/SOR.

Poprzednie podcasty i teksty cyklu poświęconego zaburzeniom odżywiania

Młodzi i dzieci w sieci – od TikToka po presję cyfrowej perfekcji

TikTok, Instagram, influencerzy, filtry, lajki i komentarze. Młodzi ludzie dorastają w świecie, w którym wygląd jest nieustannie oglądany, oceniany i porównywany. Problem nie zaczyna się jednak w telefonie i nie kończy po wyłączeniu aplikacji. To, co dzieje się w sieci, spotyka się z tym, czego dziecko doświadcza w domu, w szkole, w grupie rówieśniczej – i z tym, jak dorośli sami traktują ciało i mówią o wyglądzie.

Przemek Staroń zwraca uwagę, że wygląd już dawno zyskał we współczesnej kulturze rangę wartości – czegoś, co jest cenione i wpływa na sposób, w jaki postrzegamy siebie i innych. Joanna Buraczek, terapeutka pracująca z osobami z zaburzeniami odżywiania, mówi o wyglądzie jako o „walucie”, której znaczenie rosło przez ostatnie dekady.

Presja dotycząca wyglądu nie jest więc zjawiskiem nowym. W latach 90. symbolem ideału były skrajnie szczupłe sylwetki modelek, później kultura popularna coraz intensywniej poddawała ocenie ciała kobiet. Dziś do tego mechanizmu dołączyły media społecznościowe i algorytmy, które mogą wielokrotnie podsuwać podobne treści.

Dalsza część tekstu pod videopodcastami

Gdy wygląd staje się walutą

Szczególne znaczenie ma to dla dzieci i nastolatków, którzy dopiero budują obraz siebie. W mediach społecznościowych spotykają nie tylko wyretuszowane i przefiltrowane obrazy ciała. Mogą również trafiać na treści zachęcające do odchudzania i redukcji masy ciała.

– TikTok jest wylęgarnią kont, które nawołują do wspólnego odchudzania, redukcji masy ciała – mówi Joanna Buraczek. Podobne treści można znaleźć także na Instagramie. Jednocześnie popularne influencerki o bardzo szczupłych sylwetkach otrzymują komentarze: „przepięknie wyglądasz”, „jak to zrobiłaś?”, „też pragnę tak wyglądać”.

Joanna Buraczek zwraca uwagę na ważną dysproporcję: skoro z presją wyglądu nie zawsze radzą sobie dorosłe kobiety, trudno oczekiwać, że będzie na nią odporna czternasto- czy piętnastolatka. Media społecznościowe nie są jednak jedynym źródłem problemu. Przemek Staroń podkreśla, że dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwowanie dorosłych. – Dzieci nie uczą się wedle tego, co się im mówi. Tylko wedle nieustannego kopiowania dorosłych.

Możemy więc mówić dziecku, że jest piękne i że nie powinno przejmować się wyglądem, a chwilę później stanąć przed lustrem i skrytykować własne ciało. Dziecko słyszy jedno, ale obserwuje coś zupełnie innego.

Nie oznacza to, że rodzic ma stać się idealnym wzorem samoakceptacji. Przeciwnie. Staroń przestrzega przed dokładaniem rodzicom kolejnego wymagania: bycia „perfekcyjną matką” czy „perfekcyjnym ojcem”. Znacznie ważniejsza jest świadomość tego, jak mówimy o swoim ciele w obecności dziecka i jaką relację z nim budujemy.

Zaburzenia odżywiania to nie tylko jedzenie

Kiedy młody człowiek zaczyna ograniczać jedzenie, liczyć kalorie, gwałtownie tracić na wadze czy prowokować wymioty, uwaga bliskich w naturalny sposób koncentruje się na jedzeniu. Te zachowania są ważnymi objawami i – jak podkreśla Joanna Buraczek – mogą wymagać natychmiastowej reakcji medycznej, psychiatrycznej i terapeutycznej.

Jednocześnie samo jedzenie nie wyjaśnia tego, co dzieje się z młodym człowiekiem. – Jedzenie, niejedzenie, liczenie kalorii, wymioty, wszystko to, z czym kojarzymy zaburzenia odżywiania, to jest wierzchołek góry lodowej – mówi Joanna Buraczek. – Jedzenie jest tylko i aż objawem tego, co się dzieje w wewnętrznym świecie tego młodego człowieka.

Pod powierzchnią może znajdować się utrata poczucia bezpieczeństwa związana z hejtem rówieśniczym, konfliktem lub rozwodem rodziców, stratą bliskiej osoby, przeprowadzką czy innym trudnym doświadczeniem. Znaczenie mogą mieć również indywidualne predyspozycje: perfekcjonizm, myślenie czarno-białe, silna potrzeba kontroli czy lęk.

Dlatego zaburzeń odżywiania nie można sprowadzić do jednego czynnika – także do mediów społecznościowych. Sieć może wzmacniać presję i dostarczać treści, które sprzyjają niebezpiecznym zachowaniom, ale zawsze warto pytać szerzej: co dzieje się w życiu tego konkretnego młodego człowieka?

Relacja pomaga zauważyć

Jednym z najważniejszych czynników pozwalających dorosłemu zauważyć zmianę jest relacja. Joanna Buraczek podaje bardzo prosty przykład: wspólny posiłek. Nie po to, by kontrolować, ile dziecko zjadło, ale by być razem i mieć możliwość dostrzeżenia, że coś zaczyna się zmieniać.

– Jeżeli mamy nawyk, przepiękny nawyk jedzenia razem, chociaż jednego posiłku dziennie, polecam. To buduje relację jak nic innego – dodaje terapeutka. Jeżeli rodzic zauważy zmianę, zamiast pytać: „Dlaczego nie jesz?”, może powiedzieć: – Kochanie, martwię się. Widzę, że to jest kolejny tydzień, gdzie coś niepokojącego się dzieje. Czy mogę z tobą o tym porozmawiać? Jeżeli nie chcesz ze mną, to znajdziemy ci kogoś innego.

To zasadnicza różnica: zamiast kontroli – zainteresowanie. Zamiast osądu – próba kontaktu. Brak relacji może sprawić, że młody człowiek przez bardzo długi czas będzie chorował w samotności, a problem stanie się widoczny dopiero wtedy, gdy objawy będą już bardzo nasilone.

Nie wiem, co zrobić

Dla rodzica zauważenie, że z dzieckiem dzieje się coś niepokojącego, może uruchomić bezradność, lęk i poczucie winy. Pojawia się myśl: „Powinienem wiedzieć, co zrobić”. A zaraz za nią: „Skoro nie wiem, jestem złym rodzicem”. Tymczasem właśnie zdanie „nie wiem” może być początkiem dobrej rozmowy.

– Rodzice boją się powiedzieć „nie wiem”, a to „nie wiem” otwiera pole do rozmowy. My mamy prawo nie wiedzieć– mówi Joanna Buraczek. Można powiedzieć dziecku: nie wiem jeszcze, co się dzieje, ale poszukajmy odpowiedzi. Poszukajmy specjalisty. Sprawdźmy, gdzie możemy otrzymać pomoc.

Przemek Staroń zwraca uwagę, że dziecko nie potrzebuje rodzica, który zna odpowiedź na każde pytanie i zagwarantuje, że wszystko będzie dobrze. – Dziecko nie potrzebuje zapewnienia: „wszystko będzie dobrze” (…) tylko głębokiego poczucia, że cokolwiek się będzie działo, ja będę z tobą.

Obecność nie oznacza jednak bierności. Jeśli sytuacja staje się niebezpieczna – na przykład masa ciała gwałtownie spada – odpowiedzialność za podjęcie działania spoczywa na dorosłym. Dziecko może nie chcieć terapii czy konsultacji, ale w sytuacji zagrożenia zdrowia rodzic powinien szukać profesjonalnej pomocy.

Nie tylko dziecko potrzebuje zmiany

Leczenie zaburzeń odżywiania nie powinno oznaczać wyłącznie wysłania dziecka do gabinetu i oczekiwania, że specjalista je „naprawi”. – Nie tylko Amelka, Julka, Stasiek, Wojtek idą na terapię. System także musi dokonać zmian – podkreśla Joanna Buraczek.

Jeżeli rodzic mówi córce: „odpuść perfekcjonizm”, a sam nie pozwala sobie na niedoskonałość w pracy, sporcie czy codziennym życiu, komunikat słowny może przegrywać z tym, czego dziecko doświadcza każdego dnia.

Zmiana może więc dotyczyć całej rodziny: sposobu rozmawiania, reagowania na błędy, stosunku do ciała, jedzenia, sukcesu i porażki.

Przemek Staroń poszerza tę perspektywę jeszcze bardziej. Dziecko funkcjonuje nie tylko w rodzinie, ale także w szkole, grupie rówieśniczej i innych środowiskach. Rodzic, nauczyciel i terapeuta widzą różne części tej samej rzeczywistości. „Do wychowania dziecka potrzeba całej wioski” – dodaje Staroń.

Zobaczyć człowieka, nie jego ciało

Jednym ze sposobów przeciwstawienia się kulturze ciągłego oceniania wyglądu jest zmiana języka. Joanna Buraczek proponuje język neutralny wobec ciała. Wyobraźmy sobie spotkanie z kimś po kilku miesiącach. Automatycznie może pojawić się: „Świetnie wyglądasz, chyba schudłaś”. Można jednak powiedzieć coś zupełnie innego: – Aldona, jak wspaniale cię widzieć. Bije od ciebie taka energia, tęskniłam.

Nie chodzi o udawanie, że ciało nie istnieje. Chodzi o to, żeby wygląd nie był pierwszą i najważniejszą informacją, którą przekazujemy drugiemu człowiekowi.– Czyli widzieć człowieka, a nie to, jak wygląda – podsumowuje Aldona Dybuk.

Możemy powiedzieć: „dobrze cię widzieć”, „tęskniłam”, „uwielbiam z tobą spędzać czas”, „cieszę się, że jesteś”. To drobna zmiana języka, ale przesuwa uwagę z wyglądu na człowieka.

xxxx

Rozmowa została zrealizowana w ramach cyklu poświęconego zaburzeniom odżywiania, realizowanego przez Fundację IDEA w ramach Gdańskiego Miesiąca Zdrowia Psychicznego, finansowanego przez Miasto Gdańsk.

Goście: Joanna Buraczek – terapeutka, współzałożycielka Centrum Terapeutycznego Sięgam poMoc, specjalizująca się w zaburzeniach odżywiania; Przemek Staroń – psycholog, nauczyciel, edukator i autor książek.

Prowadzenie: Aldona Dybuk i Marcin Dybuk.

Gdzie szukać pomocy?

116 111 – telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
800 12 12 12 – Dziecięcy Telefon Zaufania Rzeczniczki Praw Dziecka
800 70 2222 – Centrum Wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym
112 – w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia

xxxxx

O czym warto pamiętać?

Zaburzenia odżywiania to nie tylko jedzenie.
To, co dzieje się z jedzeniem, może być widocznym objawem tego, co dzieje się głębiej.

Media społecznościowe mogą wzmacniać presję, ale nie wyjaśniają wszystkiego.
Warto patrzeć także na relacje, poczucie bezpieczeństwa i to, co dzieje się w życiu młodej osoby.

Dzieci patrzą na to, jak dorośli traktują własne ciało.
Nie wystarczy mówić: „nie przejmuj się wyglądem”, jeśli jednocześnie stale krytykujemy własny wygląd.

Relacja pomaga zauważyć zmianę.
Nawet wspólny posiłek może być przestrzenią kontaktu – nie kontroli.

„Będę z tobą” może być ważniejsze niż „wszystko będzie dobrze”.
Nie możemy zagwarantować dziecku, że nic trudnego się nie wydarzy. Możemy dać mu doświadczenie, że nie zostanie z tym samo.

Nie każdy komplement musi dotyczyć wyglądu.
„Dobrze cię widzieć”, „tęskniłam”, „cieszę się, że jesteś” – to słowa, które przesuwają uwagę z ciała na człowieka.

Zaburzenia odżywiania – niewidzialna choroba w każdym rozmiarze

Wychudzona dziewczyna – taki mamy obraz zaburzeń odżywiania. Tymczasem osoba może mieć prawidłową masę ciała, jeść regularne posiłki, ćwiczyć, dbać o zdrowie i z zewnątrz funkcjonować zwyczajnie. A jednocześnie znaczną część jej życia mogą zajmować lęk przed przytyciem, kontrolowanie jedzenia, obsesyjne myślenie o wyglądzie czy przymus aktywności fizycznej. Właśnie dlatego tak łatwo to przeoczyć.

Nie zawsze widać, że ktoś choruje

Jednym z najbardziej utrwalonych stereotypów jest przekonanie, że zaburzenia odżywiania można rozpoznać po wyglądzie. Niska masa ciała może być jednym z objawów anoreksji, ale nie opisuje całego spektrum zaburzeń odżywiania. Problem może dotyczyć również osób, których wygląd nie wzbudza niepokoju otoczenia.

– Do gabinetów trafiają osoby, po których z zewnątrz nie widać problemu. Ich sylwetka może wyglądać zdrowo, natomiast nie widzimy tego, z czym zmagają się w swojej głowie i jak wygląda ich relacja z jedzeniem – mówi Magda Śledź, psycholożka i psychoterapeutka specjalizująca się w pracy z osobami z zaburzeniami odżywiania.

Materiał postał na podstawie videopodcastu, który znajdziesz na dwóch kanałach: Spotify i You Tube. Linki poniżej…

To właśnie relacja z jedzeniem, własnym ciałem i potrzebą kontroli może powiedzieć znacznie więcej niż sama liczba na wadze. Problem zaczyna zajmować coraz więcej miejsca. Człowiek coraz częściej myśli o tym, co zje, czego nie może zjeść, ile kalorii ma posiłek, czy będzie miał możliwość „spalenia” tego, co zjadł. Zaczyna sprawdzać ciało, porównywać je z innymi, kontrolować wagę. Z czasem jedzenie przestaje być jednym z wielu elementów życia i zaczyna organizować życie wokół siebie.

Kiedy własne ciało oglądamy przez krytyczny filtr

W zaburzeniach odżywiania ważne jest także to, w jaki sposób człowiek doświadcza własnego ciała. Nie chodzi po prostu o niezadowolenie z wyglądu, które zna wiele osób. Ocena siebie może stać się bardzo selektywna i skrajnie krytyczna.

Osoba cierpiąca na zaburzenia odżywiania potrafi stosunkowo realistycznie oceniać sylwetki innych ludzi, a jednocześnie wobec siebie używać zupełnie innej miary. W lustrze koncentruje się przede wszystkim na tym, co uważa za niedoskonałość. Niewielka zmiana w ciele może nabierać ogromnego znaczenia, a przybranie na wadze być przeżywane nie jako neutralna zmiana, lecz jako zagrożenie czy utrata kontroli.

Odchudzanie może natomiast zacząć dawać poczucie sprawczości: „potrafię”, „mam nad tym kontrolę”, „jestem lepsza”, „jestem bezpieczniejszy”. W ten sposób mechanizm może się wzmacniać – coraz mniej chodzi o samo jedzenie, a coraz bardziej o to, jakie znaczenie człowiek nadaje wadze, sylwetce i własnej zdolności do kontrolowania ciała.

Piękne owsianki, trening i tysiące kroków. Kiedy „zdrowo” przestaje znaczyć zdrowo?

Szczególnie trudne do zauważenia są sytuacje, w których zaburzone zachowania przypominają coś, co współczesna kultura wręcz nagradza. Zdrowe produkty. Regularne ćwiczenia. Liczenie kroków. Unikanie słodyczy. Przygotowywanie własnych posiłków. Czytanie składów. Dbanie o sylwetkę. Każda z tych rzeczy sama w sobie może być elementem troski o zdrowie. Problem pojawia się wtedy, gdy znika elastyczność.

– To może wyglądać pięknie, wręcz instagramowo: ktoś wstaje wcześniej, przygotowuje efektowne owsianki i placki, wybiera wyłącznie „zdrowe” składniki. Tymczasem za tym może już kryć się ogromna restrykcja – zwraca uwagę Magda Śledź.

Dlatego ważniejsze od pytania: „Czy to zachowanie jest zdrowe?” może być pytanie: jaką funkcję ono pełni? Czy mogę zrezygnować dziś z treningu bez poczucia winy? Czy potrafię zjeść coś, czego nie planowałam? Czy pójdę ze znajomymi na pizzę, czy zrezygnuję ze spotkania, ponieważ nie wiem, co będzie do jedzenia? Czy ruch daje mi przyjemność, czy służy przede wszystkim „odpracowaniu” posiłku? Co się ze mną dzieje, kiedy nie osiągnę założonej liczby kroków?

Granicy między dbaniem o siebie a przymusem nie wyznacza jedna konkretna liczba treningów czy kroków. Znacznie więcej mówi o niej sztywność zachowania, lęk towarzyszący jego przerwaniu i to, jak bardzo zaczyna ono podporządkowywać sobie pozostałe obszary życia.

Kontrola, która zaczyna kontrolować

Jedzenie i ciało są obszarami, które stosunkowo łatwo próbować regulować. Kiedy w innych częściach życia pojawia się lęk, przeciążenie, perfekcjonizm, trudne doświadczenia czy poczucie braku wpływu, kontrolowanie jedzenia może przez pewien czas przynosić ulgę. Magda Śledź przywołuje zdanie, które dobrze oddaje ten mechanizm: „kontrola jest lękiem przebranym w odwagę”. Początkowo człowiek może mieć wrażenie, że dzięki zasadom odzyskuje wpływ. Z czasem jednak lista reguł rośnie: czego nie wolno jeść, kiedy wolno zjeść, ile trzeba się ruszyć, jak powinna wyglądać sylwetka. To, co miało dawać poczucie bezpieczeństwa, zaczyna ograniczać. W pewnym momencie może pojawić się paradoks charakterystyczny dla wielu zaburzeń psychicznych: człowiek już wie, że dane zachowanie mu szkodzi, chciałby je zatrzymać, ale nie potrafi. Osoby chorujące mogą wówczas „tracić kontrolę nad kontrolą”.

Zaburzenie odżywiania zaczyna zajmować całe życie

Jednym z mitów jest również przekonanie, że osoba z anoreksją „nie interesuje się jedzeniem”. Bywa dokładnie odwrotnie. Myśli o jedzeniu mogą zajmować znaczną część dnia. Przeglądanie przepisów, planowanie posiłków, kalkulowanie kalorii, ustalanie godzin jedzenia, sprawdzanie aktywności, zastanawianie się, co będzie podane podczas spotkania. Stopniowo choroba może wpływać na kolejne obszary życia. Ktoś przestaje chodzić na urodziny, bo będzie tort. Rezygnuje z wyjścia na pizzę. Nie chce jeść przy innych. Coraz częściej je osobno. Unika sytuacji, w których nie będzie miał pełnej kontroli nad posiłkiem. Brakuje mu energii na kontakty, naukę czy pracę. Zaczyna izolować się od ludzi. I właśnie ten moment jest niezwykle ważny: problem przestaje dotyczyć wyłącznie jedzenia czy wyglądu. Zaczyna odbierać człowiekowi swobodę życia.

Po czym mogą zauważyć problem rodzice i bliscy?

Rodzic, partner, rodzeństwo czy przyjaciel nie musi znać kryteriów diagnostycznych. Czasami więcej można zobaczyć w zwykłej codzienności. Czy osoba, która wcześniej jadła razem z rodziną, nagle zaczyna jeść sama? Czy przygotowuje sobie zupełnie inne posiłki? Coraz częściej eliminuje kolejne produkty? Kontroluje sposób przygotowywania jedzenia, ilość tłuszczu czy skład każdego dania? Rezygnuje ze spotkań, podczas których pojawia się jedzenie? Staje się bardziej sztywna w swoich zasadach? Coraz bardziej wycofuje się z życia?

Żaden pojedynczy sygnał nie oznacza automatycznie zaburzenia odżywiania. Ważna jest zmiana i cały wzorzec zachowania. Dlatego, jak podkreśla Magda Śledź, “znaczenie ma coś pozornie bardzo prostego: obecność i relacja. Wspólne zakupy, gotowanie, siadanie do stołu, rozmowa, zainteresowanie codziennością.” Nie po to, by kontrolować i śledzić każdy kęs, ale po to, by zauważyć, że coś zaczyna się zmieniać. Rodzice mają tu szczególną perspektywę. Terapeuta spotyka młodego człowieka przez określony czas. Rodzina widzi jego codzienność – i właśnie w niej mogą pojawić się pierwsze sygnały.

Nie przekonuj: „przecież wyglądasz dobrze”

Naturalną reakcją bliskiej osoby jest często próba uspokojenia: „Przecież jesteś szczupła”. „Nic ci nie jest”, „Wyglądasz świetnie”, „Nie masz żadnego brzucha”, „Przesadzasz”.

Intencją jest pomoc. Problem w tym, że racjonalne przekonywanie nie usuwa lęku ani nie zmienia sposobu doświadczania własnego ciała. Jeśli ktoś mówi, że bardzo boi się przytyć albo przeżywa silny niepokój związany z jedzeniem, ważniejsze od sporu o to, jak „naprawdę” wygląda jego ciało, jest potraktowanie poważnie tego, co przeżywa. Można nie zgadzać się z oceną wyglądu i jednocześnie uznać emocje: „Widzę, że to jest dla ciebie naprawdę trudne”, „Słyszę, że bardzo się tego boisz”, „Chcę zrozumieć, co się dzieje”. To nie oznacza potwierdzania zaburzonego obrazu ciała. Oznacza zobaczenie człowieka stojącego za nim.

Przyczyn nie da się sprowadzić do jednej historii

Zaburzenia odżywiania nie mają jednej przyczyny. Nie można sprowadzić ich do „problemu z matką”, określonego modelu rodziny, traumy czy wpływu mediów. Znaczenie mogą mieć czynniki biologiczne i psychologiczne, temperament, perfekcjonizm, wysoki poziom lęku, doświadczenia życiowe, relacje, otoczenie społeczne i kulturowe. U różnych osób konfiguracja tych elementów będzie inna. Dlatego zamiast szukać jednego winnego czy jednej przyczyny, warto spojrzeć szerzej: co wydarzyło się w życiu tej konkretnej osoby i jaką funkcję zaczęło pełnić dla niej kontrolowanie jedzenia, masy ciała czy aktywności?

Nie czekajmy, aż chorobę będzie widać

Zaburzenia odżywiania mogą prowadzić do poważnych konsekwencji psychicznych i somatycznych. Długotrwałe niedożywienie może wpływać m.in. na koncentrację, układ hormonalny, sercowo-naczyniowy i kostny. Co ważne, dobre samopoczucie czy prawidłowe wyniki części badań w danym momencie nie oznaczają, że restrykcyjne jedzenie lub inne zachowania związane z zaburzeniem są bezpieczne.

Dlatego nie warto czekać na moment, w którym problem stanie się widoczny gołym okiem. Czasami pierwszym sygnałem nie będzie dramatyczna utrata masy ciała. Będzie nim rezygnowanie z kolacji ze znajomymi. Lęk przed produktem, który wcześniej był neutralny. Coraz dłuższy trening. Jedzenie wyłącznie według własnych zasad. Sprawdzanie każdego składnika. Unikanie wspólnego stołu. Albo życie, w którym coraz mniej miejsca zostaje na cokolwiek poza jedzeniem, sylwetką i kontrolą.

Bo zaburzenie odżywiania nie zaczyna być poważne dopiero wtedy, kiedy zaczynają je widzieć inni.

8 mitów o zaburzeniach odżywiania

1. Zaburzenia odżywiania widać po wyglądzie
Nie zawsze. Osoba może mieć prawidłową lub wyższą masę ciała i jednocześnie zmagać się z poważnym zaburzeniem odżywiania.

2. Anoreksja to po prostu niejedzenie i głodzenie się
Restrykcje mogą przyjmować różne formy – także nadmiernej aktywności, kompulsywnego robienia kroków czy bardzo sztywnych zasad dotyczących jedzenia.

3. „Zdrowe jedzenie” zawsze oznacza zdrową relację z jedzeniem
Nie, jeśli za wyborem produktów stoi lęk, przymus i coraz dłuższa lista rzeczy „zakazanych”. To, co wygląda zdrowo, może być formą silnej restrykcji.

4. Osoba z anoreksją nie myśli o jedzeniu
Często jest odwrotnie. Planowanie posiłków, liczenie, oglądanie przepisów czy myślenie o tym, co i kiedy można zjeść, może zajmować znaczną część dnia.

5. Zaburzenia odżywiania dotyczą przede wszystkim dziewcząt
Chorują również chłopcy i mężczyźni. Stereotyp może sprawiać, że ich problemy są później zauważane i rozpoznawane.

6. Za anoreksją stoi przede wszystkim problem z matką albo rodziną
Nie ma jednej przyczyny. Znaczenie może mieć wiele czynników – biologicznych, psychologicznych, rodzinnych, społecznych i środowiskowych.

7. Wystarczy powiedzieć: „Przecież dobrze wyglądasz, nie masz z czego chudnąć”
Takie zapewnienie nie usuwa lęku ani nie zmienia sposobu przeżywania własnego ciała. Lepiej zainteresować się tym, co osoba czuje i czego się obawia.

8. Jeśli ktoś wie, że sobie szkodzi, może po prostu przestać
Świadomość problemu nie oznacza możliwości zatrzymania zachowania. W pewnym momencie osoba może – jak mówi Magda Śleć – „stracić kontrolę nad kontrolą”

Materiał powstał w ramach Gdańskiego Miesiąca Zdrowia Psychicznego

Aldona Dybuk, Marcin Dybuk

Wypełnij ankietę. Pomóż nam ułożyć tę historię

„Weź się w garść”! Kiedy słyszysz to od kogoś bliskiego, w głębi duszy wiesz, że on chce dobrze. Że chce ciebie zmobilizować, pomóc, że mu zależy. Widzi, że nikniesz, więc próbuje cię ratować jedynym narzędziem, jakie ma pod ręką. Ale kiedy jesteś w kryzysie, to jedno zdanie staje się kolejnym gwoździem do trumny. 

Dlaczego? Bo brutalnie przypomina ci o tym, co już doskonale wiesz: bardzo chcesz, ale jesteś całkowicie utkany z niemocy. Jesteś w bagnie, które wciąga, a twoje własne ciało odmawia posłuszeństwa.

Wtedy wszystko jest nie-takie

Życie przestaje cieszyć tak jak wcześniej. Bliskość z tymi, na których najbardziej ci zależy, staje się fizycznie niemożliwa do udźwignięcia. Pojawia się drażliwość, a świat zaczynasz obserwować jak zza szyby. Wszystko przepływa przez palce. Rzeczy, które dotąd były cenne i drogie – relacje, miłość, zawodowy sukces, a nawet zwykła radość ze świeżo zjedzonej drożdżówki – nagle tracą smak i kolor.

Wycofanie nabiera tempa. Cofasz się krok po kroku, ale właściwie nie wiesz gdzie. I jak to się stało, że znalazłaś się w tym miejscu? Jesteś jak w potrzasku. Jakby ktoś bezpowrotnie zamknął drzwi do świata, który jeszcze niedawno działał całkiem dobrze. To był świat, za którym potwornie tęsknisz, ale teraz sam zaczynasz już wątpić, czy on w ogóle istniał naprawdę…

Wokół tego stanu narosło mnóstwo mitów. Ale w tym całym krajobrazie jest ktoś jeszcze.

Świat za szybą

Osoba chorująca to jedno. Ale ten, kto stoi obok – partner, rodzic, rodzeństwo, przyjaciel, współpracownik – to druga, nierozerwalna część tej układanki. Kryzys psychiczny nie dotyka człowieka w próżni. On infekuje cały system naczyń połączonych. Osoba towarzysząca staje się częścią tej historii, często bez żadnego przygotowania, rzucona na głęboką wodę z własnym lękiem, bezradnością i tym nieszczęsnym, bezsilnym „weź się w garść”.

Właśnie dlatego razem piszemy książkę. Chcemy złożyć te porozrzucane elementy układanki w całość, ale nie z perspektywy suchych definicji psychologicznych, medycznych. Chcemy pokazać kryzys z różnych, żywych perspektyw. Z punktu widzenia tych, którzy zmagają się z niemocą za szybą, i tych, którzy desperacko próbują tę szybę rozbić z drugiej strony.

Pomóż nam ułożyć tę historię

Żeby ta książka była prawdziwa i niosła realną pomoc, potrzebujemy Twojego głosu. Pracujemy nad materiałem, ale też zbieramy opinie w ankiecie, która pozwoli nam dotknąć sedna sprawy z każdej możliwej strony.

Niezależnie od tego, w której roli dzisiaj jesteś – czy sam walczysz z bagnem, czy bezsilnie patrzysz na bliską osobę, czy próbujesz to wszystko pogodzić z pracą w biurze – podziel się z nami swoim doświadczeniem. Ankieta jest całkowicie anonimowa.

👉 TUTAJ LINK DO ANKIETY

Pomóż nam ułożyć tę historię tak, by nikt nie musiał już słyszeć, że ma się po prostu „wziąć w garść”.

Aldona i Marcin Dybuk

„Rozumiem, że to dla Ciebie ważne. Usłyszałam_em Cię.” O obecności – w domu, w pracy.

Najtrudniejsze w relacji nie jest mówienie. Najtrudniejsze jest słuchanie wtedy, gdy druga osoba jest w emocjach. Dlaczego nie potrafimy się zatrzymać, zanim zaczniemy radzić, poprawiać lub tłumaczyć?

Jestem przekonana, że pod wieloma konfliktami, napięciami i nieporozumieniami kryje się jedno, bardzo ludzkie pragnienie – zostać naprawdę usłyszanym, dostrzeżonym, zobaczonym w „tu i teraz”. Bez interpretacji, bez oceny.

Obecność zamiast przytaknięcia

Nie chodzi o przytaknięcie, zgodę ani natychmiastowe rozwiązanie.
Chodzi o moment, w którym ktoś przestaje się spieszyć.
Nie szykuje w głowie odpowiedzi.
Nie buduje kontrargumentu.
Nie minimalizuje.

Zatrzymuje się. Jest obecny. „Rozumiem, że to dla Ciebie ważne. Usłyszałam Cię.”

W domu

W domu takie zdanie potrafi zatrzymać spiralę nieporozumień.
Nie dlatego, że nagle wszystko się zgadza, ale dlatego, że przestajemy być sami ze swoim przeżyciem.
Samotność w emocjach bywa trudniejsza niż sama emocja. Zwłaszcza w tych trudnych.

Czasem wystarczy moment obecności przy nastolatku, który wchodzi w gniew lub frustrację – nie musimy od razu tłumaczyć, wytykać ani nakazywać, radzić czy rozwiązywać. Wystarczy, że zatrzymamy się obok, wysłuchamy, pozwolimy mu poczuć, że jego przeżycia mają znaczenie.

W pracy

W pracy – w zespołach, podczas trudnych rozmów czy spotkań – dzieje się podobnie.
Rozmawiamy o celach, zadaniach, wynikach.
A pod spodem często kryje się czyjaś frustracja, rozczarowanie, niepewność, lęk przed oceną.
Czasem ktoś mówi wprost: „To się nie uda”, czasem milczy, chowając swoje wątpliwości.

Kiedy nikt tego nie słyszy, cała energia idzie w walkę, w udowadnianie, w wycofanie, w chłód.

Kiedy ktoś naprawdę słucha – energia obecności może wrócić do rozmowy.
Zawracamy do bycia w relacji, zamiast każdy w swojej bańce.
Może nawet pojawić się odwaga, by powiedzieć wprost: „Potrzebuję wsparcia” lub „Nie wiem, jak to rozwiązać”.

Ciało

Ciało reaguje pierwsze.
Kiedy czujemy się naprawdę usłyszani, napięcie zaczyna powoli opadać.
Mobilizacja, która przygotowywała się na konfrontację, rozluźnia się.
Oddech się pogłębia.
Pojawia się więcej przestrzeni – na rozmowę, na myślenie, na kontakt.

Obecność jako kompetencja

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika, że obecność jest jedną z najtrudniejszych kompetencji dorosłości, zwłaszcza gdy druga osoba jest w emocjach.
Naturalny odruch to naprawić, uspokoić, wyjaśnić, przyspieszyć, rozwiązać.
Czasem – obronić się, a nawet zaatakować.

Tymczasem bycie przy kimś w emocji wymaga czegoś odwrotnego:
odłożenia swojej racji,
odłożenia potrzeby bycia zrozumianym,
odłożenia własnego tempa. I odłożenia obawy, że „nie wiem”.

Nie wiem, co powiedzieć.

I to wcale nie jest uległość.
To dojrzałość.

Aldona Dybuk

Nagradzamy „radzenie sobie”, a nie sygnalizowanie granic. O kryzysie psychicznym w pracy

Kryzys psychiczny w pracy rzadko zaczyna się spektakularnie. Zwykle zaczyna się cicho – od zmęczenia, które „przejdzie”, i napięcia, które „jest normalne”. Przeciążenie częściej widziane jest jako słabość ludzi, a nie sygnał systemu czy kultury pracy. W takich warunkach hasło „jeszcze dam radę” staje się strategią przetrwania. To właśnie tutaj zaczyna się (albo kończy) bezpieczeństwo psychologiczne.

Kryzys psychiczny to proces, nie moment

W potocznym myśleniu kryzys psychiczny często kojarzy się z czymś nagłym i wyraźnym. Tymczasem w kontekście pracy jest to zazwyczaj proces narastający, rozciągnięty w czasie. Człowiek funkcjonuje, pracuje, odpowiada na maile, bierze udział w spotkaniach. Z zewnątrz – wszystko się zgadza.

Problem polega na tym, że koszt tego funkcjonowania rośnie, a sygnały ostrzegawcze są bagatelizowane – zarówno przez samego pracownika, jak i przez otoczenie. To właśnie dlatego kryzys psychiczny tak długo pozostaje niewidoczny.

„Jeszcze dam radę” jako strategia przetrwania

Hasło „jeszcze dam radę” rzadko jest zaprzeczaniem problemu. Znacznie częściej jest strategią przetrwania, szczególnie u osób:

  • odpowiedzialnych
  • zaangażowanych
  • przyzwyczajonych do „dowożenia”
  • pełniących kluczowe role
  • mających silne poczucie lojalności wobec zespołu lub organizacji

To są często ludzie, których najmniej podejrzewamy o kryzys. Bo przecież „oni zawsze dają radę”.

Tyle że ta strategia działa tylko do pewnego momentu. Granica „jeszcze” przesuwa się niepostrzeżenie – aż w końcu zostaje przekroczona.

Dlaczego organizacje tego nie widzą?

Nawet tam, gdzie mówi się o wellbeingu, empatii i zdrowiu psychicznym, kryzys bywa widoczny dopiero wtedy, gdy przestaje się mieścić w codziennym funkcjonowaniu.

Nie dlatego, że ludzie nie chcą pomocy. Częściej dlatego, że:

  • nagradzamy „radzenie sobie”, a nie sygnalizowanie granic
  • mylimy odpowiedzialność z odpornością
  • menedżerowie boją się otworzyć rozmowę, której nie będą umieli „zamknąć”
  • procedury dają poczucie kontroli, a relacje wymagają obecności i odwagi

W efekcie łatwiej zauważyć nieobecność niż długotrwałe przeciążenie.

Nadwrażliwość czy przeciążony system?

W pracy często używa się określeń takich jak „nadwrażliwość”, „trudność w regulacji emocji”. Tymczasem bardzo często nie mamy do czynienia z cechą osoby, ale z przeciążonym układem nerwowym, który od dawna funkcjonuje ponad swoje możliwości.

Zmiany nastroju, drażliwość, trudność w koncentracji, wycofanie czy nadreaktywność emocjonalna bywają sygnałem, że system jest w stanie chronicznego napięcia – a nie dowodem „braku odporności”.

To ważna różnica. Bo inaczej zaczynamy wtedy myśleć nie o „naprawianiu człowieka”, ale o zatrzymaniu procesu, który do tego stanu doprowadził.

Kryzys nie zaczyna się w dniu L4

Kryzys psychiczny w pracy nie zaczyna się w dniu zwolnienia lekarskiego, rezygnacji czy dłuższej nieobecności, ale dużo wcześniej – w milczeniu, przeciążeniu i przesuwaniu własnych granic.

Dlatego rozmowa o zdrowiu psychicznym w pracy nie powinna zaczynać się dopiero wtedy, gdy „coś się wydarzy”. Znacznie ważniejsze jest pytanie, czy potrafimy wcześniej zobaczyć człowieka, a nie tylko ciągłość zadań.

Co naprawdę robi różnicę?

Nie ma prostych, zero–jedynkowych strategii. Szczególnie w przypadku osób odpowiedzialnych i zaangażowanych. Ale realną różnicę robią:

  • uważna rozmowa bez presji na szybkie rozwiązanie
  • zgoda na to, że ktoś może być jednocześnie kompetentny i w kryzysie
  • elastyczność zamiast natychmiastowych decyzji „albo–albo”
  • lider, który potrafi być obecny

Bo prawdziwym sprawdzianem dla organizacji nie są deklaracje ani szkolenia, notabene te, na których pracownicy hurtowo zgłaszają zmęczenie. Jest nim moment realnego spotkania z kryzysem psychicznym pracownika.

Im więcej mówimy o kryzysie psychicznym w pracy spokojnie, bez ocen i uproszczeń, tym większa szansa, że miejsca pracy będą naprawdę wspierające, a nie tylko pozornie „odporne”.

Pod jednym z moich postów ktoś napisał:
„Mam poczucie, że organizacyjnie zmęczenie jest wciąż widziane jako słabość ludzi, a nie systemu czy kultury organizacyjnej.”

To zdanie bardzo celnie pokazuje, że bezpieczeństwo psychologiczne nie kończy się na deklaracjach, ale zaczyna tam, gdzie potrafimy zobaczyć zmęczenie jako informację o systemie — a nie tylko o „niewystarczającej odporności” człowieka.

Może więc warto zadać sobie pytanie:
czy w momencie kryzysu potrafimy w pracy zobaczyć człowieka – a nie tylko brak ciągłości?

Aldona Dybuk
psychoterapeutka, HR BP, coach, instruktorka pracy z ciałem, trenerka pracy rozwojowej

Jawność płac i bezpieczeństwo psychologiczne „na scenie”

Debata to zawsze trochę ring, trochę teatr, a trochę – szczególnie gdy mówimy o wynagrodzeniach – sesja zbiorowej terapii. Kiedy więc padła teza „Jawność to klucz do równości”, a mnie przypadła rola mówczyni po stronie Propozycji. Wiedziałam, że nie będzie to jedynie akademicka wymiana zdań. To temat, który dotyka ludzi, emocji, lęków, wyobrażeń i – co lubię – twardych systemów organizacyjnych.

W debacie oksfordzkiej pojawia się coś, czego nie ma w codziennych dyskusjach HR-owych: rytm, napięcie, dramaturgia i konieczność powiedzenia głośno tego, co często zostaje w kuluarach. A jawność płac… cóż, to jeden z tych tematów, które albo zmuszają organizacje do dojrzałości, albo obnażają jej brak.

I właśnie w tym klimacie – między tradycją gdańskiej odwagi a współczesnym lękiem przed zmianą – zabrałam głos:

„Nec temere, nec timide” – „Bez strachu, ale z rozwagą.”

To dewiza Gdańska. Słowa, które od wieków opisują ducha tego miasta: otwartość, odwagę i gotowość do zmian. Miasta, gdzie narodził się duch odkrywców: Jana Heweliusza i gdzie Daniel Fahrenheit dał światu obiektywną skalę pomiaru. Ten duch – odwagi i precyzji – jest dziś potrzebny polskim organizacjom.

Muszę przyznać, że jestem szczerze zaskoczona, iż właśnie tu, w mieście wolności i innowacji, usłyszeliśmy od Opozycji głosy, które próbują nas zatrzymać, strasząc nas naruszeniem prywatności i konfliktem. Opozycja chce, byśmy pozostali w miejscu.
A przecież to stąd – z Gdańska – przez wieki wiał wiatr zmiany, a nie stagnacji.
Jeśli gdziekolwiek mamy odwagę mówić o równości i transparentności, to właśnie tutaj.

Jawność płac nie jest eksperymentem

Jako HR Business Partner wiem, że bez jawności równość jest wyłącznie deklaracją, a nie praktyką. Nie da się zarządzać uczciwie czymś, co pozostaje ukryte.
Dyrektywa unijna nie powstała z ideologii, lecz z twardych dowodów empirycznych. Badania europejskie i globalne jasno pokazują, że tam, gdzie wprowadzono mechanizmy przejrzystości, nieuzasadnione luki w wynagrodzeniach są redukowane o znaczący, dwucyfrowy procent. Jawność płac nie jest eksperymentem – to jest mechanizm naprawczy, który działa. Wymaga odwagi, ale jest to zmiana oparta na rozwadze i doświadczeniach innych krajów.

Pozwólcie Państwo, że teraz przemówi moja druga zawodowa tożsamość – psychoterapeutki.
W relacjach – czy to międzyludzkich, czy w relacji pracownik–pracodawca – brak jasności rodzi lęk.
Lęk wypełnia ciszę domysłami. Domysły rodzą nieufność, a nieufność niszczy zaangażowanie.

Porządkuje procesy

Jawność płac nie polega na nakazaniu publikowania pensji Kowalskiego na tablicy ogłoszeń. Skupia się na uporządkowaniu procesów i ujawnieniu reguł gry. To nie pieniądze są tematem tabu. To poczucie niesprawiedliwości, które powstaje wtedy, gdy nie znamy reguł gry.

Jawność nie polega na porównywaniu. Polega na tym, by każdy mógł zrozumieć, dlaczego. To jest fundament bezpieczeństwa psychologicznego, a bezpieczeństwo psychologiczne jest dziś jednym z najważniejszych czynników efektywności zespołów. Ludzie, którzy wiedzą, czego się spodziewać, pracują po prostu lepiej.

Dojrzałość

Transparentność płac to wymóg dojrzałości. To wymuszenie na organizacji uporządkowania ról i odpowiedzialności, doprecyzowania kryteriów awansu, a także spójności polityki kadrowej i płacowej.

Słyszeliśmy dziś, że jawność „może wzbudzać konflikty” i że jest „nierealna”. Ale to samo słyszeliśmy, gdy wchodziło RODO czy polityki antydyskryminacyjne. A jednak – dziś te standardy uważamy za oznakę dojrzałej organizacji.
Opozycja myli przyczynę ze skutkiem.Konflikty biorą się z niesprawiedliwości, a nie z jej ujawnienia. Jak już mówiłam: jawność nie narusza prawa do prywatności – dyrektywa skupia się na widełkach i zasadach, nie na publikowaniu kwot jednostkowych.

Jawność nie jest zagrożeniem

Zagrożeniem jest uznaniowość i milczenie – bo wprowadza chaos, nieporozumienia.
Jawność nie tworzy zagrożeń. Jawność je diagnozuje.

To oczywiste, że Jawność płac budzi emocje. Wynagrodzenia zawsze dotykały naszej wartości. Ale emocje są dowodem, jak bardzo ta zmiana jest potrzebna.
Pozwólcie, że użyję prostej metafory. Kiedy niemowlę uczy się podnosić głowę, rodzic kładzie je na brzuchu. Dziecko płacze, złości się. Ale tylko wchodząc w ten dyskomfort, może w końcu się pionizować.
Organizacje też rosną poprzez konfrontację ze zmianą.
To, że jawność budzi napięcie, oznacza jedno: zaczynamy się pionizować.

Droga do równości

Dlatego dzisiaj, w Gdańsku, w mieście, które żyje dewizą „Bez strachu, ale z rozwagą”, chcę powiedzieć, że: Jawność płac jest drogą do równości. Jest także drogą do zaufania, dojrzałości i bezpieczeństwa psychologicznego. Jest drogą organizacji, które potrafią ze sobą rozmawiać, słuchać, a nie siebie domyślać. Takie, które chcą się rozwijać.
I jeśli gdziekolwiek możemy mieć odwagę, by tę drogę podjąć, to właśnie tutaj. Dziękuję.

Aldona Dybuk

Tomasz Zieliński: Przestańmy wiedzieć, zacznijmy słuchać

Jak naprawdę słuchać naszych dzieci? Jak wejść w ich świat bez zgadywania, oceniania i niepotrzebnych oskarżeń? I dlaczego nie można przestawać uczyć się dzieci? O tym – i o wielu ważnych, pozornie drobnych sprawach – mówił podczas spotkania autorskiego w Sopotece Tomasz Zieliński, prezes Fundacji Usłyszeć na czas i autor książki o tym samym tytule.

Każdy kocha, ale mówi w innym języku

Zieliński podzielił się ważną obserwacją: „każdy kocha swoje dziecko, ale mówimy w różnych językach”. Dzieci mają różne potrzeby – chodzi o to, żeby się dowiedzieć, nie przegapić czegoś ważnego, poprosić o wytłumaczenie. Po prostu i aż: usłyszeć i zrobić, bez tłumaczenia się, dlaczego nie wiedzieliśmy, „wystarczy – ok, będę pamiętał.” Bo każda odpowiedź od kogoś dla nas kochanego może być dla nas dziwna, nie z naszego świata.

Podczas spotkania pojawiło się wiele historii – także z osobistego życia autora i jego relacji z córką. Przypomniał, że dzieci i nastolatki testują naszą ciekawość i wrażliwość. To, co dla nas wydaje się drobnostką, dla nich może być ogromną tęsknotą. Dlatego warto pozwolić im dokończyć zdanie, pozwolić „być sobą”, nawet jeśli my – rodzice – nie wiemy od razu, jak reagować, lepiej opuścić gardę.

Dzieci sprawdzają, czy naprawdę jesteśmy

Zieliński mówił, że kiedy pyta dzieci, jaką radę mają dla dorosłych, słyszy często jedno: żeby pozwolili dokończyć zdanie. Przyznał, że trudno było przyjąć tę prostą odpowiedź – bo my, dorośli, spodziewamy się „armaty”. A tu chodzi aż i tylko o słuchanie.

Dzieci – jak podkreślał – czasem sprawdzają nas bardzo brutalnie. Ale to sprawdzanie nie jest złośliwością. To sposób na sprawdzenie, czy naprawdę jesteśmy, czy można nam zaufać. Warto pamiętać, że to, co kiedyś działało, dziś może nie działać – dlatego trzeba pytać i aktualizować to, co wiemy.

Amnezja rodzicielska – przestrzeń na prawdę dziecka

Zieliński podkreślał też rolę tzw. amnezji rodzicielskiej – „codziennie staramy się przestać wiedzieć wszystko o dziecku, zostawić przestrzeń na jego autentyczne komunikaty. Wiem tylko, ile moje dziecko ma lat, i wiem, że je kocham. Tyle wystarczy.” Chodzi o to, żeby nie zgadywać, lecz pytać: „Jak jest z Tobą, kiedy jesteś smutna? Powiedz po swojemu.” Dzieci potrzebują naszego uważnego słuchania, a nie tego, żebyśmy od razu wiedzieli, co zrobić.

W trudnych sytuacjach, kiedy dziecko coś zbroi – jak mówił autor – oddzielmy dziecko od jego zachowania. Dopiero wtedy możliwe jest prawdziwe spotkanie. „Kiedy dziecko przychodzi w takiej trudnej sytuacji, pierwsze co robimy to: ‘ława oskarżonych – wypad’. Trzeba najpierw przypomnieć sobie, jak znam swoje dziecko.”

Zieliński przypomniał też: „Co by nie zrobiły – miłość jest na 100 procent. One muszą to wiedzieć. Nie handlujcie z nimi miłością. Nie szantażujcie jej brakiem.” Dzieci nie chcą najlepszych rodziców – chcą wystarczająco dobrych. Chcą nas prawdziwych.

Czułe podpowiedzi dla rodziców

Spotkanie pełne było praktycznych, czułych wskazówek:
• pytać dzieci o wskazówki i aktualizować swoje podejście,
• oddzielać dziecko od jego zachowania,
• pamiętać, że kara nie uczy – konsekwencja tak,
• prosić o czułą podpowiedź, bo chodzi o miłość, a nie o perfekcję,
• nie bronić siebie, tylko zrozumieć,
• dać przestrzeń, by mogły mówić swoje, a my – naprawdę słuchać.

„Szkoda czasu na zgadywanie i niemówienie” – powiedział Zieliński. – „Wydaje nam się, że kolejny dzień nam się należy, a przecież nasze życie jest kruche.”

Zostańmy z tą myślą

Najważniejsza myśl, która ze mną zostaje: przestańmy wiedzieć, zacznijmy słuchać.
Dzieci tęsknią za tym, byśmy byli z nimi w pełni obecni, z otwartymi uszami i sercem. Bo tylko wtedy naprawdę możemy je usłyszeć.

To było spotkanie pełne autentycznej rozmowy, historii z życia i praktycznych wskazówek dla każdego rodzica, który chce mieć relację ze swoim dzieckiem i je naprawdę usłyszeć.

Aldona Dybuk