Podróż do męskości

Dzień dobry! O czym i z kim będę rozmawiał? Dlaczego, i po co? W dniu 49 urodzin postanowiłem podzielić się z innymi, tym co jest dla mnie cenne. Odpalam podcast Magiel Dybuka, Marcin Dybuk rozmawia. Jestem przekonany, że odpowie on na potrzeby wielu mężczyzn, a i kobietom pozwoli lepiej nas zrozumieć.

To nie będzie łatwa droga, ale chciałbym Was do niej zaprosić. Dlaczego? Od dzieciństwa borykałem się z deficytem męskości. Moi dziadkowie i ojciec nie potrafili przekazać mi czym jest, bo sami jej nie poznali. Tata wychowanie dzieci zrzucił na barki mamy, która w trudnych momentach życia sama podejmowała decyzje. Na przykład wyrazić zgodę na operację, której musiałem być poddany po wypadku. Kiedy lekarz powiedział jej, jakie mogą być skutki trepanacji czaszki, ze śmiercią włącznie, ojca nie było obok. Tę samotność czułem i czuję nadal w jej życiu. Pamiętam obietnice taty, że pójdzie ze mną pograć w piłkę, że kupi motorynkę itd. Żadnej nie dotrzymał.  



Posłuchasz także na Apple Podcast

Podcast: Dzień dobry! O czym i z kim będę rozmawiał?

Poszukiwania wzorców

Ubogi w doświadczenia wyruszyłem w życie. Wychowywanie trójki dzieci łatwe nie było. Popełniałem błędy, ale kto ich nie popełnia :). Długie lata poszukiwałem męskich wzorców. Różnie z tym bywało. Na szczęście z kilku spotkań udało się wyciągnąć dużo dobrego. Składałem puzzle, które niekiedy przypominały jakiś obraz. Jednym z najcenniejszych doświadczeń, pomijając życie z Aldoną, która jest poza skalą, było pokonanie strachu przed wodą i nauczenie się pływania, a następnie start w triathlonie (pływanie, jazda na rowerze, bieg). To doświadczenie, tak samo jak starty w maratonie wiele mnie nauczyły i były jednym z elementów zmiany w życiu.

Więcej o wyjściu ze strefy komfortu i tej części przygody pisałem w tekście TUTAJ

http://localhost/Quellio_work/magiel_rodzinnyucze-sie-plywac-choc-przez-25-lat-balem-sie-wody/

Depresja potrafi zabić

Innym krokiem milowym była depresja. Zetknąłem się z nią wiele lat temu. Dziadek Wacek zachorował, popełnił samobójstwo. Mieszkałem wtedy z nim, a doświadczenie poszukiwania go przez dwa tygodnie, informacja o znalezieniu zwłok w kanale Motławy, zostawiły ślad w moim młodym życiu. Kolejny raz zetknąłem się tą chorobą w rodzinie, aż i mnie dopadła. Pierwszy incydent miałem pięć lat temu. Wtedy wystarczyła wizyta u psychiatry, aby się poprawiło. Przyznanie się do słabości, zrzucenie ciężaru w gabinecie zadziałało jak lekarstwo. Ale to na co chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę, to praca jaką wykonała Aldona. Widząc, że gasnę w oczach, długo mnie namawiała do wizyty. Bo przecież ja sobie sam ze wszystkim poradzę, tak jak radziłem sobie przez ponad 40 lat, osiągając m.in. zawodowe sukcesy – myślałem popijając wino lub piwo. Jakie to było zgubne i o zgrozo nie jestem odosobniony w takim postępowaniu. Pokuszę się o stwierdzenie, że 90 procent, a może nawet więcej mężczyzn tak ma.

Ze szczytu trzeba zejść

Bieganie i triathlon, endorfiny z tym związane odegrały na pewno pozytywny wpływ na powrót do równowagi. Do czasu. Od przyjaciela usłyszałem, że triathlon to wchodzenie na szczyt. Może nawet będąc u góry zdobędę ich kilka, ale kiedyś będę musiał zejść. Nie dowierzałem. Po trzech, czterech latach przy wyczerpującym, szybkim, aktywnym trybie życia na wielu płaszczyznach: rodzinnej, zawodowej, sportowej, baterie się wyczerpały. Trudne doświadczenie związane ze stratą było kroplą, która przelała czarę goryczy. Udałem się na psychoterapię. To była dopiero jazda bez trzymanki, nie porównywalna z niczym do tej pory. Zaznaczę jazdy w głąb siebie. Ciężka, żmudna praca, której nie żałuję. Proces trwa już czwarty rok. Przejrzałem historię życia dokładnie. Poznałem maski, które noszę, nosiłem od trudnego dzieciństwa z tatą, który nadużywał alkoholu. Poznałem schematy działań obronnych. Zobaczyłem za czym i jak mocno tęskniłem. Za miłością, akceptacją. Obierałem się jak cebulę, warstwa po warstwie, aż dotarłem do samego środka. I kiedy już myślałem, że jestem na prostej, uaktywniła się bomba, która tykała wewnątrz mnie – depresja. Liczyłem, że i tym razem uda się bez leków. Wyjechaliśmy na urlop do Egiptu. Słońce, przyjaciele i alkohol pomogły na krótką metę. Skończyło się lekami. Pamiętam, jak psychoterapeuta mi powtarzał:

Jest pan wykończony, głowa woła o pomoc, a lekki unormują sytuację i wróci pan na powierzchnię. To nic złego. Depresja to choroba, z która da się normalnie żyć.

Przyznać się do słabości

To nie była łatwa decyzja. Kolejny raz musiałem się przyznać do słabości. Kilka miesięcy zajęło znalezienie odpowiedniego leku, za trzecim razem się udało. Po kolejnych miesiącach mogę napisać, że jest dobrze. Już dawno tak się nie czułem. Co nie oznacza, że nie ma słabszych dni. Są i zawsze będą. Bo takie jest życie, a wszelkiego rodzaju używki tego nie zmienią. Wróciłem do aktywności zawodowej. Muszę się pilnować, ale trzymam rękę na pulsie. Wiem, kiedy jest źle i co z tym zrobić. Dbam o kondycję na różnych płaszczyznach, ale najważniejsza jest psychiczna.

To moja podróż, opisana w wielkim skrócie. A dzisiaj 19 czerwca 2023 roku, w dniu 49 urodzin odpalam podcast – Magiel Dybuka, czyli Marcin Dybuk rozmawia – w którym będę spotykał się z mężczyznami, ale nie tylko. Będę rozmawiał o PASJI, która pozwala przeżyć dobrze życie. O ZDROWIU i urodzie, choć pisząc uroda bardziej mam na myśli dbanie o wygląd, bo ten też ma znaczenie w drodze do dobrego samopoczucia. Będę rozmawiał o SŁABOŚCIACH, procesach, które spychają nas do narożnika. Historie rozmówców to niesamowite lekcje życia, które pokazują jak czerpać z nich mądrość. I na koniec, będę rozmawiał z EKSPERTAMI, którzy pomogą wrócić na dobrą ścieżkę podróży do męskości.

Życie nie jest idealne, ale i tak…

Zapraszam Was do Magla Dybuka, będę wdzięczny za Wasze opinie, komentarze, a także dzielenie się tymi spotkaniami z innymi. Jestem przekonany, że wielu z nas, mężczyzn poszukuje drogi do pięknej, prawdziwej męskości. Wiem także, że wielu maski, które noszą od lat, przeszkadzają oddychać pełną piersią i cieszyć się prawdziwym życiem, bo może nie jest ono idealne, ale i tak jest ciekawe. Jeśli znacie też wartościowych mężczyzn dajcie znać, chętnie z nimi porozmawiam.

I już na koniec zwracam się do Was z prośbą o wsparcie projektu. Jeśli uważasz, że ma wartość i może być przydatny, POSTAW AUTOROWI KAWĘ. Wszystkie zebrane środki służyć będą produkcji i rozwojowi podcastu. Chciałbym spotykać się z mężczyznami nie tylko w Trójmieście, ale także w różnych zakątkach Polski. Wiem, że w czasach po pandemicznych istnieje możliwość rozmowy online, ale wiem także z wieloletniego doświadczenia dziennikarskiego, 30 letniego, że dobre rozmowy rodzą się podczas spotkania twarzą w twarz. A i produkcja, m.in. obróbka przez realizatora dźwięku, to koszty itd.

Poniżej znajdziecie podcast, w którym na początek odpytuje mnie Aldona, moja ukochana Przyjaciółka, żona.

Dzień dobry! O czym i z kim będę mawiał? Trochę więcej wyjaśnień, tego co będzie się działo na początek co dwa tygodnie, a w przyszłości chciałbym, aby to było raz w tygodniu.

Zapraszam Was do wspólnej podróży do męskości.

Marcin Dybuk
marcin.dybuk@gmail.com

Zostaną kreatywnymi mistrzami świata

Przygotowywali się kilka miesięcy. Przepracowali setki godzin. Zarwali niejedną noc. Poświęcili wiele, aby zostać Mistrzami Polski Odysei Umysłu. Otrzymali także prestiżową nagrodę „Ranatra Fusca”, która przyznawana jest za wybitną kreatywność i ryzyko twórcze. Szykują się do finałów międzynarodowych w USA. Mają szansę na wygraną. Jest tylko jedno ale…

 

–  Udało nam się już bardzo dużo. Stworzyliśmy porywający spektakl z niepowtarzalną scenografią, która została doceniona w ogólnopolskim finale. Teraz mamy realną szansę w międzynarodowych finałach w Stanach Zjednoczonych zajść bardzo wysoko. Nawet wygrać. Jednak, aby polecieć za ocean, musimy zebrać w krótkim czasie około 60 tysięcy złotych – mówi Dorota Drzewińska-Bandzmer, trenerka Mistrzów Polski Odysei Umysłu 2019 roku z V Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku.

 

 

 

Odyseja Umysłu to międzynarodowy konkurs dla młodzieży i studentów. Co roku bierze w nim udział kilkadziesiąt tysięcy osób z całego świata. Drużyny składają się z 5-7 osób. Podejmują się rozwiązania jednego z pięciu problemów. Mają kilka miesięcy na przygotowanie kreatywnego przedstawienia. Jednym z ważnych elementów ośmiominutowego spektaklu jest scenografia oraz stroje, które wykonuje się najczęściej ze „śmieci”. Drużyny mają ograniczony budżet.

 

– Liczy się kreatywność – dodaje Dorota Drzewińska-Bandzmer. – Kupić można tylko niezbędne elementy. Na przykład wkręty, sznurek czy farby. Resztę należy zdobyć z innych źródeł. Z materiałów pochodzących z recyclingu można wyczarować bardzo dużo. Nasza drużyna zbudowała od podstaw między innymi organy, które grały podczas przedstawienia. 70 klawiszy powstało z 300 patyczków laryngologicznych. Zrobiliśmy też przepiękną latarnię morską z tysiąca kartonowych rurek pokrytych skorupkami jajek, kaszą i makiem, dzięki czemu osiągnęliśmy niepowtarzalny efekt skalny.

 

 

Finały międzynarodowe poprzedzają finały krajowe, eliminacje regionalne i kilka miesięcy ciężkiej pracy. Młodzi gdańszczanie zmierzyli się z problemem 5, którego temat brzmiał „Spory o pozory”.

 

– Musieliśmy stworzyć autorskie przedstawienie o szczwanym mącicielu, który próbuje poróżnić dwie grupy, aby przejąć kontrolę nad czymś szczególnie dla niego ważnym – mówi Maja Dybuk, jedna z mistrzyń Polski. – Odegraliśmy spektakl, w którym niebanalne postaci (Czasownik, Dziś, T oraz Brak) podróżują na statku absurdu, starając się za wszelką ceną uniknąć dopłynięcia do lądu. Dlaczego? Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Służbista Maszynista, który pojawił się na statku pragnie opuścić pokład i zejść na ląd. Aby tego dokonać, próbuje przejąć kontrolę nad węzłami, które zapewniają prędkość pozwalającą wygrać z czasem i dopłynąć do lądu. Stara się zmylić załogę i skraść jak najwięcej węzłów wyrastających z dziwnych bohaterów. Paradoksalnie kłótnie i brak porozumienia doprowadzają do utraty marzeń zarówno szalonej załogi, jak i szczwanego mąciciela. Wszyscy ponoszą straszną karę – mąciciel zostaje na zawsze uwięziony na statku absurdu, załoga trafia na ląd i osiąga cel odwrotny od zamierzonego.

 

 

Niebanalnej fabule towarzyszą niezwykłe dekoracje.

 

– Postanowiliśmy dosłownie zrastać się z częściami statku na scenie – dodaje Natalia Idziak, kolejna mistrzyni. – Naszą dumą jest skonstruowana przez braci Jana i Maćka Sachse wielofunkcyjna rufa, która była jednocześnie maszynownią i instrumentem muzycznym – działającymi organami. Chłopcy spędzili nad budową tej muzycznej części scenografii kilka miesięcy.

 

Kiedy bracia pracowali na wielofunkcyjną rufą, Filip Bobras komponował autorską ścieżkę dźwiękową do spektakularnej sceny burzy i pisał do niej niebanalne strofy poetyckie. Natalia wyplatała na szydełku spektakularne peruki i tworzyła misterną pracochłonną latarnię morską z tysiąca kartonowych rurek po opakowaniach foliowych, które drużyna zbierała od zeszłych wakacji. Maja stała się mistrzem igły i nitki, i to jej zawdzięczamy ostateczny kształt kostiumów, a Julia Rybnik cierpliwie pomagała wszystkim w… absolutnie wszystkim.

 

 

– W przerwach między pracą manualną pracowaliśmy nad grą aktorską – wyjaśnia Julia.

 

Gdy drużyna ROAR Theatre V LO weszła na scenę 31 marca 2019 roku, okazała się bezkonkurencyjna. Nawet mikroskopijna scena nie zatrzymała Odyseuszy, którzy jak burza przetoczyli się przez ogólnopolskie finały konkursu. Dopracowane makijaże, płynny ruch sceniczny, budująca i podkreślająca atmosferę ścieżka dźwiękowa sprawiły, że przez 8 minut widzowie stali się pasażerami niezwykłego statku szaleństwa i dosłownie zatopili się w innym świecie. Spektakl został nagrodzony owacją na stojąco. Sędziowie nie mieli wątpliwości, kto tego dnia był najlepszy. Gdańszczanie oprócz pierwszego miejsca otrzymali prestiżową nagrodę Ranatra Fusca, która przyznawana jest za wybitną kreatywność.

 

– Nagroda Renatra Fusca, to najwyższy zaszczyt Odysei Umysłu. Można to przyrównać do Oskara w branży filmowej – wyjaśnia Dorota Drzewińska-Bandzmer. – Przyznawana jest ona drużynom, które podjęły wyjątkowe ryzyko twórcze lub wykazały się niezwykłą kreatywnością poprzez pomysł, rozwiązanie lub działanie łamiące schematy i daleko wykraczające poza przewidywalne ramy rozwiązania danego problemu.

 

 

Już przyznanie tej nagrody drużynie Roar z V LO gwarantowało wyjazd na finały do USA. Jednak oni zostali także Mistrzami Polski Odysei Umysłu.

Teraz przed nimi kolejne wyzwania. Aby myśleć o wygranej w Stanach Zjednoczonych, muszą udoskonalić spektakl i zebrać około 60 tysięcy na wyjazd.

– Opłata za udział w finałach, za pobyt, wizy, bilety lotnicze, wyżywienie to jedno, ale tylko przetransportowanie dekoracji do USA to koszt prawie 10 tysięcy złotych – dodają młodzi Odyseusze. – A i tak nie mamy gwarancji, że podczas podróży organy i latarnia nie ulegną zniszczeniu. Na miejscu będziemy mieli bardzo mało czasu na naprawę, ale nie poddamy się, bo chcemy zostać mistrzami świata. Spełnić marzenia, dowieść naszego talentu, siły i poświęcenia.

 

A pomóc w realizacji marzeń młodym gdańszczanom może każdy, wpłacając dowolną kwotę na konto Fundacji Pokaż Dzieciom Świat:

16 1240 1242 1111 0010 0583 7721

z dopiskiem: Odyseja Umysłu V LO 2019

 

Dziękujemy za każdą pomoc, także udostępnienie tekstu

 

Maja, mistrzyni Polski i dumni rodzice: Aldona, Marcin Dybukowie

Foto materiały Odyseuszy i ich najbliższych

 

Robert Kubica wraca do F1. Ekscytujące!

Przyznam się bez bicia. Nie wierzyłem, że Robertowi Kubicy uda się jeszcze wrócić do F1. Kiedy jakiś czas temu gościliśmy go w Radiu Gdańsk i przywitałem się z nim, zobaczyłem tę wątłą rękę pomyślałem, że to nie możliwe. A jednak!

 

Wow! – krzyknąłem, kiedy ogłoszono skład Williamsa na rok 2019. To się naprawdę wydarzyło. Robert Kubica po ciężkiej, długiej, żmudnej walce wraca do elity. 20 najszybszych i najlepszych kierowców na świecie.

Pomyślałem wtedy też, że pierwszy wyścig w Australii będzie ekscytujący. Emocje będą sięgały zenitu. I sięgają. Przynajmniej u mnie. Kilka dni temu obejrzałem na Netflixie serial dokumentalny o F1. Niesamowity. Każdą wolną chwilę przez trzy dni wykorzystywałem na obejrzenie kolejnego kawałka dokumentu. Jeszcze bardziej do mnie dotarło czego dokonał Robert.

 

Ułamki sekund decydują o wszystkim

Wraca do wyścigów gdzie ułamki sekund decydują o tym, czy dojdzie do kontaktu z innym samochodem.  Gdzie prędkości bolidów sięgają grubo ponad 300 km na godzinę. A rekord to 387 km/h. Mnie trudno to sobie nawet wyobrazić. A co dopiero kierować samochodem na niezbyt szerokim torze, wśród innych kierowców, którzy mają tylko jeden cel. I to bez względu w jakiej drużynie jeżdżą. Chcą wygrywać lub pokazać się z jak najlepszej strony. Przyjaźń w F1 to rzadkość. Tam dochodzi do rywalizacji między zawodnikami z tej samej drużyny. I to często.

 

Uznanie najlepszych kierowców

Dlatego to co się wydarzyło  podczas wspólnej konferencji Lewisa Hamiltona, Roberta Kubicy, Sebastiana Vettela, Maxa Verstappena i Daniela Ricciardo przed pierwszym wyścigiem podkreśla rangę tego co zrobił Polak. Kierowca Renault odniósł się do Roberta mówiąc, że wspaniale jest go tutaj widzieć. Podkreślił, że większość osób nie do końca zdaje sobie sprawę jaką drogę musiał przejść, aby się znaleźć w stawce kierowców Formuły 1. Riccardo pochwalił i docenił niesamowity charakter kierowcy Williamsa. Po tych słowach zawodnicy zaczęli bić brawa, okazując ogromne uznanie i szacunek dla Kubicy.

 

Punkt jak zwycięstwo

Formuła nigdy nie była moim sportem. Ale na ten sezon czekałem z niecierpliwością. Nie wiem jaki wynik osiągnie Robert. Bolid pozostawia dużo do życzenia. Zdobyty punkt będzie jak zwycięstwo. Mam nadzieję, że Robert i zespół Williamsa upora się z problemami i w drugiej części sezonu, po wakacyjnej przerwie, samochód będzie dużo lepszy. A wtedy kto wie co się wydarzy…

 

Robert jest bohaterem

Jednak bez względu na to dla mnie Robert Kubica jest bohaterem. Przykładem jak ciężką pracą i determinacją można daleko zajść. Że warto marzyć i walczyć o te marzenia. Że wiele przeszkód, które stawiane są nam na drodze, można pokonać.

Już nie mogę się doczekać filmu, który pokazuje drogę Roberta do F1, wypadek w rajdach i ponowny powrót do wyścigów w bolidach. To będzie hit.

 

Marcin Dybuk

Foto materiały prasowe F1

 

Tłusty czwartek bez cukru

#cukierdetox czas zacząć. Żadnych słodyczy i tego podobnych paluszków, chipsów przez kolejne 50 dni. Do Wielkiego Czwartku. Tak więc tłusty czwartek bez pączków. Wkurzyłem się na jednego gościa co twierdził, że wystarczy nie jeść słodyczy i się chudnie. Mówię sprawdzam!

 

Marcin Konieczny, bo to ten gość co wkurza powiedział i napisał, że wystarczy nie jeść słodyczy, trenować i chudnąć. Wygląda nawet na to, że u niego to się sprawdza. Chwalił się, że zszedł do wagi, jakiej od wielu, wielu lat nie miał. I dzięki temu też szybciej biega. Marcin, popularny w Polsce triathlonista, w niedalekiej przeszłość mistrz świata w swojej kategorii wiekowej, twierdzi, że tylko odstawił cukier i nawet specjalnie diety nie zmienił.

 

Plan nie taki prosty

Chcę za to sprawdzić czy nie jedząc przez 50 dni słodyczy i tym podobnych produktów uda mi się zejść z wagą. Optymalnie byłoby do 79,9 kg. Teraz jest 84,5 kg. Czyli plan wydaje się być prosty. Trenuję tak jak do tej pory. Pięć – sześć razy w tygodniu jeden trening. Pływanie, rower lub bieganie. Nie jem słodyczy i czekam na efekty…

Ale wbrew temu co się niektórym wydaje, to wcale nie będzie dla mnie łatwe zadanie. Uwielbiam słodycze. Ponadto zauważyłem, że trudniej mi się oprzeć, kiedy mam „doła”. Wniosek nasuwa się sam. Chcę chociaż na chwilę podarować sobie przyjemność. Ale to problemu nie rozwiązuje. Zjem czekoladę i za chwilę mam wyrzuty sumienia. A do celu dalej niż przed chwilą. Zajadanie problemów, to popularny sposób na rozwiązywanie problemów lub poprawianie sobie nastroju. Niestety, nieskuteczny. Co więc można zrobić, aby poradzić sobie z pokusą? Czy jest jakaś rada na to? Jedną z nich jest wyznaczyć sobie „challenge”. Ogłosić to światu, a za chwilę słabości wyznaczyć „karę”. Tak więc czas wziąć się do roboty. I to najlepiej w dniu kiedy pokusa jest największa. W tłusty czwartek. Na początku motywacja jest największa, a jak się uda już pierwszego dnia, to kolejne 49 powinny być łatwiejsze. Oby…

 

Cel u mnie to #cukierdetox 50 dni. Światu właśnie to ogłosiłem i jak się nie uda, to będzie porażka ;). A jeśli złamię się i zjem coś słodkiego, to wpłacam za każdym razem 100 złotych na wybrany cel charytatywny.

 

I jeszcze jedno. Od dłuższego czasu już dbam o to jak i co jem. Bo jak twierdzi mój trener i zarazem dietetyk Tomasz Spaleniak (na zdjęciu poniżej), „dobre paliwo” ułatwi nam trenowanie, poprawi samopoczucie, pracę umysłową, pozwoli zachować zdrowie.

Dlatego też gdyby ktoś się chciał przyłączyć do zakładu i zmienić na lepsze sposób odżywiania poniżej prezentuję bardzo dobry tekst, który tak jak Tomek przekonuje, że nie ma diety cud, ale są cudowne nawyki.

 

Podstawowe zasady żywieniowe

Organizm potrzebuje węglowodanów, białka i tłuszczy. Różne procesy metaboliczne są wzajemnie od siebie zależne, podobnie jak składniki pokarmowe. Wykluczanie lub mocne redukowanie jednego z elementów prowadzi do zachwiania całej równowagi. Niezależnie czy chcemy obniżyć, utrzymać wagę albo przybrać na masie, najlepiej zachować zasadę „złotego środka”. W każdym przypadku trzeba zadbać o zbilansowaną dietę i jej jakość. Nie trzeba stosować redukcji, by schudnąć albo objadać się by rozbudować masę mięśniową. Chodzi o to, by bez obciążania organizmu drastycznymi zmianami w diecie przekształcać skład ciała w długim okresie czasu do optymalnego.

 

Weryfikacja przyzwyczajeń

Potrzeba tylko trochę cierpliwości zamiast wymagającej dyscypliny w restrykcyjnej diecie. Dlatego na początku przygotowań do nowego sezonu warto wykonać solidną weryfikację sposobu odżywiania. Istotne jest to co jemy, w jaki porach, jaki jest skład posiłków. Również warto przyjrzeć się czy nie występują jakieś niepokojące objawy związane z dyspozycją na treningu czy tolerancją pokarmową. Poniżej podstawowe zasady zdrowego i zbilansowanego żywienia w sporcie.

 

  • Regularne posiłki co 3-4h, unikanie długich przerw, co prowadzi do nadmiernego głodu.
  • Produkty powinny być jak najbardziej naturalne, czyli jak najmniej przetworzone. Im krótszy skład produktu, tym lepiej.
  • Wyeliminowanie cukru rafinowanego, który może znajdować się napojach, słodyczach, wypiekach.
  • Do każdego posiłku włączać świeże owoce i warzywa. Bardzo dobrym sposobem jest picie świeżych soków.
  • Wybierać najwartościowsze rodzaje węglowodanów, białek i tłuszczy (bogate w składniki mineralne, zdrowe tłuszcze, pełnowartościowe białko, węglowodany złożone).
  • Uzupełniać straty energetyczne w ciągu 30’ po treningu.
  • Wybierać produkty o niskim indeksie glikiemicznym. Produkty o wysokim indeksie są wskazane w trakcie i po wysiłku.
  • Pić co najmniej 2 litry płynów dziennie – najlepiej wody mineralnej (czasami warto sięgnąć po wysokomineralizowaną), odmiany herbat poza czarną, napary z ziół, kawa najlepiej świeżo mielona z ekspresu ciśnieniowego.
  • Stosować przyprawy, które mają bardzo szerokie zastosowanie i działanie. Dla sportowców specjalnie polecana jest kurkuma.
  • Należy zwracać uwagę na obróbkę żywności, bo wiele cennych składników jest wytracanych poprzez niewłaściwe gotowanie.

 

 

Źródła najwartościowszych źródeł składników pokarmowych dla sportowca

Węglowodany:

  • różnego rodzaju kasze: jaglana, gryczana, orkiszowa, jęczmienna,
  • ryż pełnoziarnisty, basmati, jaśminowy,
  • płatki owsiane górskie, orkiszowe, jaglane, żytnie,
  • pieczywo – uwaga na skład, często zawierają długą listę niezdrowych składników, trudno dziś o dobre pieczywo z pewnego źródła,
  • makaron pełnoziarnisty.

Białko:

  • mięso (drób, chuda wołowina, dziczyzna),
  • twaróg (w porównaniu jogurty, mleko mają znacznie mniej białka),
  • jajka,
  • ryby.

Tłuszcze:

  • oleje roślinne tłoczone na zimno (zwłaszcza olej lniany),
  • orzechy i nasiona,
  • ryby.

Owoce: banany, owoce leśne, pomarańcze, ananas, kiwi, winogrona.

Warzywa: buraki, różnego rodzaju sałaty, pomidory, brokuł, cebula, koper.

Roślina strączkowe są bardzo cenne, bogate w białko i składniki mineralne, ale przy tym ciężkostrawne, więc należy stosować ostrożnie.

 

 

Słuchajmy organizmu

Najprostsze zasady są najlepsze. Dlatego jeśli chcemy zgubić trochę kilogramów, zwiększamy proporcję białek i tłuszczy w stosunku do węglowodanów. Jeśli chcemy zbudować masę mięśniową potrzeba więcej białka. Ale bez głodówek czy objadania się, bez liczenia każdego grama posiłku. Organizm daje o wiele lepsze wskaźniki niż teoria.

 

Wybierajmy właściwie zamiast sobie odmawiać

Dobra dieta jest smaczna i zapewniająca wszystkie potrzeby organizmu. Nie trzeba mieć niesamowitej dyscypliny, wystarczy mieć świadomość właściwych wyborów. „Dobre paliwo” ułatwi nam trenowanie, poprawi samopoczucie, pracę umysłową, pozwoli zachować zdrowie. Radzimy mądrze trenować i stosować podstawowe zasady żywienia. Wtedy nasze ciało będzie się wzmacniać i przystosowywać do obciążeń treningowych. Zwracajmy uwagę przede wszystkim na jakość produktów, a nie na ilość. Szybko odczujemy pozytywny wpływ żywności naturalnej, zbilansowanej. Pamiętajmy przy tym, że optymalna waga dla sportowca to taka, przy której osiąga najlepsze wyniki. Dla triathlonisty zbyt wysoka jest równie nieefektywna co zbyt niska.

 

Wyzwanie Marcin Dybuk
Tekst o zdrowym odżywianiu Tomasz Spaleniak

 

Ps. A jeśli ktoś doczytał do końca i chce poradnik kulinarny, który przygotowaliśmy wspólnie z Tomkiem Spaleniakiem, a który trzymam w ręku na zdjęciu, niech napisze w komentarzu dlaczego mam go wysłać do Niego.

Tajlandię zapamiętam uśmiechniętą

Kilka powodów dla, których rodzinne ferie w Tajlandii na długo pozostaną w mojej, naszej pamięci. Dodatkowo już będąc w Gdańsku, niesamowitym mieście, możemy z czystym sumieniem przyznać, że tęsknimy i kiedyś do Azji wrócimy.

 

Wiele wskazuje, że to był jeden z ostatnich naszych rodzinnych wyjazdów. A i tak uszczuplony o Dawida, który w tym czasie robił kurs wysokogórski w Tatrach. Maja i Kajetan tak nam zapowiedzieli. Tak więc cieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się wspólnie wyjechać na dwa tygodnie. Po zachwytach Dawida, który we wrześniu 2018 roku na motocyklach i stopem przemierzał Wietnam, pozazdrościliśmy mu. Wtedy też zapadła decyzja, że my też chcemy „posmakować” Azji. Kierunek Tajlandia. Zaczerpnęliśmy wiedzy, kupiliśmy bilety lotnicze jesienią i oczekiwaliśmy ferii 2019 roku. Liczyliśmy na ciekawy wypad, ale nie sądziliśmy, że będzie on aż tak obłędny. Trudno wszystko wyrazić słowami, ale postaramy się za pośrednictwem tychże oraz zdjęć podzielić, się tym co przeżyliśmy.

 

Życzliwość i uśmiech

Wiem, że czas urlopu i słońce sprzyjają postrzeganiu rzeczywistości w jaśniejszych barwach. Ale tutaj, stwierdzenie, że uśmiech to taka krzywa, która wiele prostuje, sprawdza się jak chyba nigdzie. Przynajmniej, ja w takim miejscu do tej pory nie byłem. Już Malta wydawał mi się miejscem, gdzie ludzie są wyjątkowo życzliwi. Jednak Tajowie okazali się jeszcze bardziej. I to jest pierwszy z powodów dla, których Tajlandię zapamiętam uśmiechniętą. Dosłownie. Życzliwość ludzi i ich uśmiech. Niemal w każdej sytuacji. I nie była to życzliwość wymuszana dla turystów. Tam tak po prostu jest.

Dwa przykłady z naszego pobytu. Kiedy jedno z nas wpadło na skuterze do rowu natychmiast przy drodze zatrzymywali się tubylcy i pomagali wyciągnąć skuter z rowu. Dopytywali się o zdrowie i prosili byśmy jechali wolniej. A kiedy zostawiliśmy telefon w sklepie i nie mogliśmy go znaleźć ekspedientka natychmiast przyszła z pomocą. Deklarowała nawet przejrzenie zapisu monitoringu. Na szczęście nie było trzeba. Telefon znalazł się szybciej.

 

Jedzenie. Obłęd

Każde, którego próbowaliśmy. Ale najbardziej to na ulicy. Miało coś w sobie, co sprawiało, że już nie chciało się jeść w restauracji. Ryże, makarony, warzywa, owoce. Długo by wymieniać. Moim faworytem były padthai z krewetkami. Ale był także wegetariański, z kurczakiem, z jajkiem. Pod różnymi postaciami. Na przekąski, choć nie tylko często sięgaliśmy po sajgonki, robione na naszych oczach.

A do tego wszystkiego shake owocowe. Największym wzięciem cieszył się ten kokosowy, najlepiej prosto z kokosa. Ale był bananowy, arbuzowy, guava, papaya itd. A owoce kupione przy drodze? Rewelacja. Wyobraźcie sobie jak wbijacie zęby w słodkie mango, z którego ciekanie po was sok. Słodki i taki „zajefajny”. Jeśli nigdy nie jedliście mango w Azji, to niestety, nic wam wasza wyobraźnia nie pomoże. Tego trzeba spróbować… Były też owoce, które widzieliśmy pierwszy raz na oczy, a co za tym idzie, pierwszy raz je próbowaliśmy. Ale nie ostatni. Tak więc jedzenie było rewelacyjne. W Bangkoku, to nawet grillowanego krokodyla można było spróbować. A to wszystko w obłędnie niskich cenach. Za koktajl owocowy ok 4-5 złotych w Bangkoku. Obiad tajski to ok 10 złotych. My za 4 osobową rodzinę płaciliśmy średnio 60-70 złotych za dania plus napoje. Warto także dodać, że zjeść można dobrze na ulicy, ale także w marketach. Na wyspach w jednym miejscu rozstawia się kilkunastu kucharzy, którzy przygotowują posiłki. Super to wszystko wygląda i smakuje.

 

Widoki, słońce i morze

Temperatura powietrza około 30 stopni. I nie ma to znaczenia czy w dzień czy w nocy. W dzień nawet więcej w słońcu, które daje, dosłownie popalić. Filtr 50 to minimum. A i tak nie ma gwarancji, że jak poleżysz zbyt długo na słońcu, to następnego dnia będziesz szukał na plaży palmy, w cieniu której będziesz mógł się ukryć. Woda cieplutka i słona. Wyporność jak się patrzy. Można pływać, pływać i jeszcze raz wpływać. Widoki na plażach jak na reklamie batonika bounty. Dosłownie. Zachody słońca jak na filmach. Dżungla, lasy deszczowe, wodospady i kąpiele w nich bajka. I w tym punkcie nie ma co za bardzo się rozpisywać. Lepiej popatrzeć na zdjęcia.

 

Masaże, masaże

W ciągu dwóch tygodni pięć razy skorzystaliśmy z tych usług. A wszystko to za niewielkie pieniądze. Godzinny masaż tajski to 35 złotych. Masaż stóp 30 złotych. I nie ma znaczenia czy to na wyspie, czy w stolicy. Zresztą w Bangkoku na popularnych ulicach, na przykład Khaosan salon jest obok salonu, a w każdym kilka, kilkanaście łóżek. Zarówno na zewnątrz jak lubisz ciepło, jak i w klimatyzowanym pomieszczeniu.

 

Tuk tuk i skuter, czyli komunikacyjne cuda

W Bangkoku poruszaliśmy się taksówkami, a dokładnie tuk tukami. Połączenie skutera z rikszą. Na początku próbowaliśmy jeszcze chodzić, ale szybko uznaliśmy, że lepiej wydać 10 złotych i tuk tukiem przemieścić się do wybranego celu. Do zabytku, atrakcji, którą planowaliśmy zwiedzić lub wieczorem na jedną z ulic, gdzie planowaliśmy spędzić wieczór przy dobrej muzyce, jedząc i pijąc, czyli dobrze się bawiąc. Kolejna miła atrakcja to tramwaj wodny za 3 zeta, którym można także przemieszczać się z jednego punktu do drugiego. Na wyspach wynajęliśmy skutery.

 

Koszt to 200 batów, co daje nam 24 złote dziennie. Pięć minut potrzebowałem, aby przekonać się, że ruch lewostronny w Tajlandii, na wyspie, to nic strasznego. Nawet jeśli niechcący w początkowym etapie wymusisz pierwszeństwo, to nie usłyszysz krzyków czy wrogiego trąbienia. Raczej możesz usłyszeć śmiech. Ale taki życzliwy. I mimo, że ruch jest duży, to drogi tam są przyjazne. Przynajmniej my tego doświadczyliśmy przez osiem dni przemieszczając się skuterem. Przejechałem około 350 kilometrów jako kierowca i kilkadziesiąt jako pasażer Kajetana. Tak, tak. Wszyscy jeździli na skuterach. Zarówno Kajetanowi, jak i Majce nauka zajęła chwilę.

 

Spotkanie z Nemo. Snorkeling

Bajeczne widoki podczas pływania z rurką w morzu. Kolorowo i dynamicznie. A spotkanie z kapitanem Nemo, to spełnienie marzenia prawie z dzieciństwa. Bo w dzieciństwie był delfin Um, a później już jako rodzic oglądałem z dziećmi Nemo. Teraz miałem okazję podziwiać te sympatyczne, pomarańczowe rybki na żywo pływając tuż nad nimi. I oczywiście, to co dla mnie było bardzo ważne, to ta radość i wolność, którą odczuwałem „pływając” z rybami. A kiedyś jeszcze bałem się wody. I to było i jest niesamowite 🙂 Marzenia są do tego, aby jest spełniać!

Byliśmy ze sobą

Dwa razy udało nam się z Aldonką pobyć tylko ze sobą. Porozmawiać o ważnych sprawach. Wysłuchać siebie, podzielić tym co przeżywamy. Także czas z dziećmi był niepowtarzalny. Wspólne posiłki, zwiedzanie, plażowanie i nauka jazdy na skuterach. Takie proste rzeczy, na które w Gdańsku nie ma czasu lub po prostu ich nie zauważamy i nie doceniamy.

A jeśli do tego dodamy jeszcze czas dla samego siebie, spotkanie z wewnętrznym „ja”, poznawanie kultury Azjatów i życie bez pośpiechu to mamy jakiś obraz tego co się wydarzyło. Jakiś , bo nawet mnie, nam ciągle się nie mieści czego pięknego doświadczyliśmy w ciągu tych dwóch tygodni ferii.

Bo życie potrafi być piękne…

 

Marcin Dybuk

 

 

Żelazny tata przed człowiekiem

Nastolatek tego nie powie, ale możecie być pewni drodzy rodzice, że potrzebuje waszego wsparcia. Raczej się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie temu zaprzeczy. Ale potrzebuje przewodnika, kogoś, kto pomoże mu przejść przez ten trudny, burzliwy okres dojrzewania.

 

 

W połowie października oczy triathlonistów zwrócone są w stronę Kona. Tam odbywa się najważniejsza dla tego środowiska impreza. Na piękne Hawaje zjeżdżają najlepsi zawodnicy z całego świata. Ci, którzy w ciągu roku udowodnili, że są dobrzy i zdobyli kwalifikacje. Ironman, impreza z 40-letnią tradycją przyciąga setki tysiące ludzi. Tylko na Facebooku w nocy z 14 na 15 października 2018 roku zmagania live śledziło około 60 tysięcy ludzi.

 

Być jak mistrz świata

Następnego dnia nie brakowało emocjonujących relacji osób, które właśnie ukończyły legendarne zawody. Te pobudzały marzenia wielu o starcie na pełnym dystansie. I ja znalazłem się wśród nich. To już trzeci październik, kiedy śledziłem, co dzieje się na Hawajach. Przed rokiem, w noc przed startem w maratonie w Budapeszcie podglądałem jak idzie Marcinowi Koniecznemu. Kiedy rano się obudziłem, był mistrzem świata w kategorii wiekowej. Pamiętam naszą poranną wymianę smsową. Oprócz gratulacji zapytałem go w jakim czasie przebiegł maraton. 3:20 – odpowiedział.  I wtedy pomyślałem, że spróbuję swój przebiec w podobnym czasie. „Być jak mistrz świata. Być jak MKON” – myślałem. To miała być moja tajna broń do rozbijania kryzysów. Przygotowany byłem na złamanie 3:30h. Zdaniem trenera Tomasza Spaleniaka nawet na czas o kilka minut lepszy.

 

Bolesna życiówka

A jeśli tak, to dlaczego nie 3:20h, stwierdziłem krótko przed starem. Do 26 kilometra tak biegłem. Niestety, pogoda w stolicy Węgier zmieniła się. Temperatura poszybowała z 20 do 30tu kilku stopni w cieniu. I tutaj zaczęła się walka o dotarcie do mety. Było ciężko. Bardzo! Ostatecznie skończyło się z życiówką 3:38h i porządną lekcją, jak przetrwać w trudnych chwilach. Dziś wiem, że to był mój najlepszy bieg. Jeszcze lepsze przede mną.

To była także pierwsza z wielu lekcji, które muszę odbyć, aby zrealizować moje bezczelne marzenie. Zostać ironmanem. Bo czy nie w takich upalnych warunkach triathloniści kończą rywalizację na Hawajach?

 

Kiedy zostać człowiekiem z żelaza?

W połowie października jestem jedną z tysięcy osób, których marzenia o starcie na pełnym dystansie budzą się ze zdwojoną siłą. Tutaj jednak pojawia się pytanie: Tylko kiedy to zrobić? Na razie jestem na etapie połowy dystansu. Mój czas z Gdyni to 5:20h. Rewelacji nie ma, ale dla mnie, amatora to fajny czas. Jeszcze niedawno bałem się wody, nie potrafiłem pływać. Dopiero od sześciu lat biegam. Od dwóch trenuję pod okiem trenera. Efekty są. Największe w bieganiu. 10 kilometrów pokonałem we wrześniu 2018 roku w czasie poniżej 40 minut.

 

To w czym problem?

Dlaczego nie przygotuję się do startu w Ironmanie? Zrobię to, ale jeszcze nie teraz. Za kilka lat. Ile? Nie wiem. Marcin Konieczny powiedział kiedyś, że przygotowywanie się do startu na pełnym dystansie nie jest wskazane dla rodziców małych dzieci. Powinno się poczekać, aż pociechy skończą dziesięć lat. Do tego momentu potrzebują naszego czasu. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak pójdę dalej. Jako ojciec trójki dzieci, który od kilku lat ma w domu przynajmniej jednego nastolatka, a w kulminacyjnym momencie było ich troje, uważam, że czas po 10 urodzinach jest jeszcze ważniejszy. Dziecko przestaje być tylko dzieckiem, a zaczyna być nastolatkiem. A co za tym idzie, w jego organizmie dochodzi do wielkich przemian. On sam nie wie, co się z nim dzieje. Każdy kto ma w domu nastolatka dokładnie wie, jak ten proces przebiega. Huśtawka nastrojów, zmiany upodobań, zamykanie się w sobie, „syf” – delikatnie mówiąc w pokoju, coraz częstsze i dłuższe przebywanie poza domen lub przed komputerem, coraz mniej czasu spędzanego z rodzicami, odmawianie wspólnych wyjazdów itd. Objawów dojrzewania jest dużo więcej. I jest to naturalny proces.

 

Odrzucają świat rodziców

Dziecko pozostawia nasz świat i zaczyna budować swój. Nie ma pojęcia jak to zrobić, ale podświadomie wie, że jest to czas buntu, odrzucenia tego, co do tej pory zaoferowali mu rodzice. Oczywiście nie przekreśla tych wszystkich wartości, które im wpoiliśmy, ale na jakiś czas odstawia na boczną półkę. Na jak długo? Różnie. Na pewno na ileś lat. A co w zamian? No właśnie. Teraz zaczyna czerpać garściami ze świata rówieśników. Szuka akceptacji, nowych przyjaźni. Marzy o miłości. Hormony szaleją! I co najważniejsze on nie wie co się naprawdę dzieje. Skąd to się bierze? Od dorosłych najczęściej słyszy, że to normalne, że każdy to przeżył i że kiedyś znowu będzie „normalnie”. Tylko, że jak usłyszy taki komunikat, to prawdopodobnie jeszcze bardziej się zamknie w sobie, odetnie od rodzica i pomyśli: Co wy mi tutaj za głupoty gadacie (delikatna wersja tych myśli).

„Nastolatek tego nie powie, ale możecie być pewni drodzy rodzice, że potrzebuje waszego wsparcia”.

Raczej się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie będzie temu zaprzeczał. Niekiedy może nawet w wybuchowy sposób. Ale potrzebuje przewodnika, kogoś kto pomoże mu przejść przez ten trudny, burzliwy okres dojrzewania. Jest tylko jedno ważne ALE. Na jego zasadach. Nie chce słuchać naszych „mądrości”. To nie my decydujemy, kiedy porozmawiamy. To on jest „panem” czasu. To on decyduje, kiedy przyjdzie do Ciebie i zaczepi z jakiegoś błahego powodu.

 

Być czujnym jak pantera

O coś zapyta. Opowie coś mało znaczącego. Może być tak, że tylko na tym się skończy, a może tak, że to jest początek ważnej rozmowy, a ten wstęp ma służyć jednemu. Sprawdzeniu, czy masz dla niego tyle czasu, ile on potrzebuje. To jest niekiedy niemal niezauważalny moment. To są sekundy. Łatwo je przegapić. Zaprzepaścić. To w takich momentach budujemy więzi. Rozmowa dla nas może być nieznacząca, ale dla niego może mieć inną rangę. To może być ten moment, do którego wróci w chwili ważnego wyboru.

 

A my idziemy na trening

I teraz wyobraźmy sobie taką sytuację. Przychodzi do nas nasz nastolatek. 11 czy 17-letni. Zagaja rozmowę. Pyta jak minął dzień, albo czy dobrze się czujemy. Zadaje każde inne, zdawałoby się błahe pytanie. A my właśnie wróciliśmy z pracy, szybko się przebieramy, bo mamy do zrobienia trening. W pośpiechu odpowiadamy, że porozmawiamy później. Ale później już nie będzie. Nawet, jak będziemy po treningu pamiętać, że dziecko coś od nas chciało, to raczej jest już czas przeszły. Pociąg odjechał. Poszuka kogoś innego, z kim będzie mógł porozmawiać. O czym? Tego nigdy nie wiadomo… O przyjaźni, o miłości, o trudnej sytuacji, o czymś nieprzyjemnym, co go spotkało, o szkole, o koleżance, koledze, który go zranił. Lista jest długa. W takich momentach potrzebna jest uważność. Czas. A kiedy przygotowujemy się do Ironmana jako amatorzy, rodzice, pracownicy – tego brakuje nam najbardziej.

 

Brakuje czasu

Tygodniowy limit czasowy na trening podczas przygotowań do pełnego dystansu to według różnych celów i opinii od 12 do nawet 20 kilku godzin tygodniowo. Do tego dochodzi jeszcze wiele innych aspektów. Regeneracja – sen, dobre odżywianie, czyli przygotowanie posiłków, praca zawodowa, minimum 8 godzin, sprawy rodzinne, te elementarne jak choćby zakupy, troska, wspólnie spędzony czas z drugą połówką itd. Szaleństwo. I w tym szaleństwie przychodzi ten moment, kiedy nasz nastolatek chce porozmawiać. Łatwo przegapić tę chwilę. Bardzo łatwo. Wiem, co piszę.

 

Bunt jest dobry

Nasze nastoletnie dzieci, zresztą nie tylko nastoletnie, potrzebują naszej uwagi. Jak są młodsze potrzebują „tylko” naszego czasu. Wtedy można zabierać je na zawody, zachęcać do aktywności. Jesteśmy dla nich wzorem i to działa. Wsiąkają w to. Niekiedy, to zostaje na dłużej i w okresie nastoletnim też się sprawdza. Dzięki sportowi czują się dobrze. Odreagowują stres, problemy. Pomaga im. Ale to nie działa na wszystkie dzieci. Większość raczej w okresie dojrzewania będzie się buntować i odrzucać świat wartości rodziców. A co za tym idzie, nasz ukochany triathlon. I to jest naturalne. Jako jednostka ma prawo, wręcz obowiązek to przeżyć. Tylko w ten sposób ma szansę być dojrzałym, dorosłym człowiekiem. Ale w tym czasie potrzebuje nas.  On często nie rozumie tego, co dzieje się w jego życiu, tych przemian, procesów, które zachodzą chociażby w jego mózgu (zachęcam do uważnego przeczytania rozmowy z psychologiem na ten temat).

 

Wysłuchać, doradzić

Tak więc mój Ironman musi poczekać. Ile czasu? Nie wiem. Dziś w domu mam jeszcze dwoje nastolatków. Przed nimi ważne wybory. Trudne sytuacje. Wiem, że nie uda mi się za każdym razem być w odpowiednim miejscu i czasie, ale nie trenując naście godzin tygodniowo mam większe szanse nie przegapić tego momentu. Wysłuchać, a może czasami coś doradzić. Niekiedy wystarczy tylko być obok, innym coś powiedzieć, a jeszcze innym zareagować, także stanowczo.

 

Jednak najważniejsze to być, nie koniecznie na treningu…

 

Marcin Dybuk