Tata pyta Maję o kobiety

Maja nie przestaje mnie zaskakiwać. Na pytanie jaką chce być kobietą odpowieda, że chce mieć spojrzenie pełne miłości, a jej uroda nie ma tkwić w wyglądzie zewnętrznym, ale ma się odbijać w jej duszy. Po takich słowach człowiekowi robi się weselej na sercu.

 

Trzy pytania Taty do Majki na Dzień Kobiet.

 

Lubisz Dzień Kobiet?

Nie powiem, żeby Dzień Kobiet był dla mnie jakimś specjalnym dniem. Po prostu. Taki sam jak każdy inny. Nie przeżywam go. Jednak według mnie dobrze się stało, że kobiety mają dzień tylko dla siebie. Wtedy one są najważniejsze, a tego czasami potrzeba.

 

Czy masz jakieś szczególne kobiety, które są dla Ciebie autorytetem, wzorem?

Nigdy nie zastanawiałam się jaką kobietę cenię. Jednak pierwszą osobą, która przychodzi mi do głowy jest mama. Nie mam ani starszej, ani młodszej siostry. Jesteśmy same wśród chłopaków. Tylko do mamy mogę się zwrócić w sprawach dziewczęcych, że tak powiem. To bardzo ważne, by mieć kogoś komu można powiedzieć o rzeczach, o których nie powiedziałoby się np. tacie. Poza tym mama pomaga mi, kiedy nie mam się w co ubrać i w jeszcze wielu ,,babskich” sprawach .

 

Drugą osobą, która przychodzi mi do głowy to jest pani Iwona Guzowska. Szanuję ją, bo marzy i walczy, by te marzenia się spełniły. ,,Nie jest klęską umrzeć nie spełniwszy swoich marzeń, ale klęską jest nie marzyć”. Pani Iwona nie poddaje się i mimo tych wszystkich trudności, które napotkała na swojej drodze, potrafi się uśmiechać i cieszyć z życia. Jest niezwykle energiczna. To nie są częste cechy, jeśli można tak to nazwać.

 

Trzecią osobę lubię. Grono osób, za którymi przepadam nie zawęża się oczywiście do jednej. Jednak to jest co innego. Pewnie, dlatego że tą dziewczyną jest sympatia mojego starszego brata, Dawida, Julia. Sama nie wiem, dlaczego ona.

 

A jaką kobietą Ty chcesz być?

Odpowiem cytatem, który kiedyś zapisałam sobie w zeszycie. Niestety, nie pamiętam autorki. Ale przechodząc do sedna: ,,By mieć ponętne usta, zwracaj się do innych życzliwie. By mieć spojrzenie pełne miłości, szukaj w ludziach ich dobrej strony. By być szczupłą, dziel się swoim posiłkiem z cierpiącymi głód. By mieć piękne włosy, pozwól, by dziecko choć raz w ciągu dnia pogładziło cię po głowie. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować pomocnej dłoni, pamiętaj, że masz ją zasięgu swoich własnych rąk. Kiedy osiągniesz sędziwy wiek, odkryjesz, że masz dwie ręce: jedną, by pomóc samej sobie, i drugą, by pomóc innym. Z upływem lat kobieta staje się coraz piękniejsza. Jej prawdziwa uroda nie tkwi w wyglądzie zewnętrznym, ale odbija się w jej duszy…”

Mam 40 dni, aby się zatrzymać

Muszę się zatrzymać, bo inaczej rozpadnę się na drobne kawałki. Tysiące. Próbując poskładać to w całość zabraknie mi sił, aby być dobrym mężem, ojcem, synem, bratem, przyjacielem…

 

Był taki moment w życiu, że nic nie układało się tak jak powinno. Pozornie było świetnie. Puściłem się w wir pracy. Godzina za godziną. Dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Bez przerwy. Wspinałem się na szczyt. Niespełna 30-letni menedżer, który ma do udowodnienia starszym kolegom, że zasłużył na stanowisko. Szefowi, że dobrze zrobił stawiając na niego. Czytelnikom, że potrafi dobrze zredagować gazetę. Wymyślić dobry tytuł. Przyczynić się do zahamowania spadku sprzedaży gazet. Zaplanować i koordynować jeszcze jedną i jedną akcję społeczną.

 

Byłem młody i pewny siebie. Szybki i wściekły. Tak szybki, że nie zauważyłem, jak to co najważniejsze zostaje daleko w tyle. Życie ustawiło na drodze znaki ostrzegawcze. Nie zwracałem na nie uwagi. Mnie się nic nie może zdarzyć. To mój czas. Teraz, albo nigdy. Przyspieszam.

 

Kiedy dziś, ponad dziesięć lat później wspominam tamten czas, to ciesze się, że na zakręcie była barierka. Taka solidna, która wyhamowała zawrotną prędkość. Nie zatrzymała. Pozwoliła jednak nie wypaść z drogi. Kiedy rysując do bólu lakier swojego życia, kątem oka zauważyłem najbliższych, przeraziłem się.

 

Zaraz się rozbiję. W imię czego? Ulotnej chwały. Kilku błysków fleszy. Fałszywego uznania. Jeszcze jednego szczebelka na drabinie ludzkiej próżności. Dość. Spakowałem plecak, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Krakowa. Tam spędziłem siedem dni w ciszy. Hamowanie bolało. Układanie poszczególnych spraw nie było łatwe. Naprawianie trwało.

 

40 dni. To dobry czas, aby zwolnić, a może nawet zatrzymać się i spojrzeć na życie. Sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu. Aby nie stracić tego co najcenniejsze. Życia w zgodzie z sobą. W wolności z miłością.

Pozytywna motywacja i kanapa ignorantów

W ostatnim dniu karnawału nie opuszczał nas dobry humor. Można powiedzieć, że opanowała nas swoista głupawka podczas, której rodziły się dziwne rodzinne dialogi. Kosmiczne dialogi.

 

Pozytywna motywacja?

 

Taki dialog rodzinny przy obiedzie

Dawid: Dostałem pięć minus z Niemca

Mama: A za co ten minus?

Dawid: Za to, że jestem chłopakiem. Dziewczyny mają lepiej.

Mama: To prawda, ale później Ty będziesz miał lepiej…

Maja: ?

Mama: Bo mężczyźni za tą samą pracę lepiej zarabiają. Są firmy, gdzie kobiety są gorzej traktowane.

Maja: ?

 

Kanapa ignorantów

 

Taka scena. Na kanapie siedzi tata, mama i Dawid. Każdy zajęty czymś innym.

Mama do taty: Ty mnie lekceważysz. W ogóle nie słuchasz moich komentarzy.

Tata: Jakich komentarzy?

Mama: Wrrr

Dawid: Mamo, mamo…

Mama nie słyszy…

Dawid: Ty mnie nie słuchasz. Masz mnie gdzieś…

Wchodzi Maja.

Maja: Dawid spływaj, ja chcę coś od mamy. Muszę usiąść obok.

Maja: Mamo…

Mama: Maja posłuchaj piosenki…

Maja: Aha, co ja chciałam od Ciebie?

Mama: Tak, A-ha, to był kiedyś mój ulubiony teledysk

Maja: Aha

 

aha

W świetle wojny codzienność zmienia oblicze

Niedziela. Ledwo zdołaliśmy z Aldonką otworzyć oczy, a do sypialni wszedł wyraźnie podekscytowany najstarszy syn. Tak, jakby czekał pod drzwiami. – Rosja wysłała na Krym sześć tysięcy żołnierzy – powiedział.

 

Po tych słowach czekałem na pytanie, które dzień wcześniej z jego ust padło kilka jeśli nie kilkanaście razy: Będzie wojna? Tym razem nie zapytał. Leżąc w łóżku rozmawialiśmy o sytuacji na Wschodzie. Trudno było wytłumaczyć dzieciom jednoznacznie, co się dzieje, bo człowiek sam nie potrafi tego pojąć. Oczywiście łączy fakty, patrzy na świat przez pryzmat historii tej starszej i tej z ostatni tygodni i próbuje poukładać to wszystko w głowie. Jednak jednego obrazka z tych puzzli nie da się ułożyć. Mało tego, po kilku godzinach wszystko się rozsypuje w drobny mak. Trudno pojąć, że o wojnie Rosji z Ukrainą może zdecydować jeden człowiek – Władimir Putin.

 

Po śniadaniu Dawid poprosił mnie, abym go zawiózł do szkoły na kiermasz. Do samochodu wsiedliśmy kilka minut przed godziną 10. Odszukaliśmy w radioodbiorniku informacji. Nic nowego. Ciągle te same, złe wiadomości. Sytuacja na oddalonym od Gdańska o 1950 kilometrów Krymie jest napięta. Padają strzały. Wojska rosyjskie próbują rozbroić ukraińskie. Żądają podporządkowania władzom na Krymie, które są poddane Putinowi. Jedziemy skupieni przez senne miasto. Po kilku minutach dojeżdżamy na miejsce. Dawid idzie na kiermasz. Wracam do domu. Rozglądam się po mieście. Cisza, spokój. Wjeżdżam na ulicę Słowackiego. Jadę nowym wiaduktem przy Galerii Bałtyckiej we Wrzeszczu. Kilkaset metrów dalej przejeżdżam pod jednym, a za chwilę pod drugim, budowanym wiaduktem kolei metropolitalnej. Na Morenie kolejny plac budowy. Już niebawem będzie jeździł do jednej z największych dzielnic Gdańska tramwaj. Pięknie wszystko się rozwija. Wracam do domu. Maja i Kajetan na podwórku wyczesują Ozziego. Niesamowity widok. Z kolumn słychać łagodne dźwięki jazzu. Robię herbatę dla Aldony i siebie. Smakuje jak nigdy. Siadam do komputera i zaczynam pisać…

 

2 marca 2014 roku. Dziś kiedy czytam kolejnej niepokojące informacje z Ukrainy, wszystko nabiera innego wymiaru. Kolejny raz świat przekonuje się, jak kruchy jest pokój. Ile mamy szczęścia, że żyjemy, a może żyliśmy w spokojnych czasach. Nie chcę demonizować tego, co się dzieje, ale jak inaczej spojrzeć na wydarzenia u naszych wschodnich sąsiadów. Jadąc samochodem przez miasto jeszcze bardziej cieszyło mnie, że miejsce w którym żyję pięknieje. Na chodnikach co kilkanaście metrów mijałem biegaczy. Uśmiechnięci ludzie aktywnie odpoczywają. Liczni idą do kościołów. Życie toczyło się tak leniwie. Spokojnie.

 

Inaczej niż u sąsiadów… Tam w jednym momencie huk strzałów zmienia wszystko. W ułamku sekundy kobieta zostaje wdową, a dzieci sierotami. W świetle tych wydarzeń rzeczy zwykłe, codzienne nabierają innego wymiaru. Cudownego… Tylko czy potrafimy to docenić?

 

Marcin Dybuk

Jak Majka „najadła” się pozytywnej energii

Nie sposób nie kochać Włoch. One działają jak narkotyk. Gdy już raz do nich zawitasz, nie możesz im się oprzeć i musisz jeszcze raz je odwiedzić. I ja nie zdołałam się im oprzeć. Wróciłam do nich i jak zawsze zachwycałam się ich pięknem.

 

Przez pierwsze niecałe trzy dni pogoda nam nie dopisywała. Była śnieżyca. Nie było radości z jeżdżenia, a zamiast tego walczyłeś z muldami, zimnem i śniegiem. Aż pewnego razu, zjeżdżając ze stoku, by podjechać do karczmy, ujrzałam słońce. Na jego widok zaczęłam podskakiwać ze szczęścia, dziękowałam Bogu. Tylko trochę chmury ustąpiły słońcu, ale to mi wystarczało. Później pogoda była zmienna. Tak naprawdę dopiero wychodząc z karczmy, słońce zaświeciło pełną mocą. Nareszcie! Dobrze, że zmieniliśmy zdanie i nie wracaliśmy wcześniej niż o 16 do apartamentu. Reszta dnia była super, bo w końcu mogliśmy poszaleć i pojeździć na czerwonych szlakach .

 

Nazajutrz pojechaliśmy na Alpe Cermis. Włoska lampa, szlaki, ludzie… to wszystko zapewniało szczęście. Na końcu zjechaliśmy całą grupą czerwoną trasą Olimpia 3. Wrażenie niesamowite. Świetnie się jedzie z tymi wszystkimi osobami, z którymi pojechaliśmy do Włoch. A było nas 60 osób. Potem minął czwartek. A w piątek zawody! Zajęłam trzecie miejsce w kategorii juniorek! Wielkie zdziwienie, ale też radość.

 

Po południu niestety, mama już poszła, bo była zmęczona. Lecz my – Kaj, tata i ja – zostaliśmy i nawet zjechaliśmy czarnym szlakiem! Ja trochę mozolnie… ale jednak! Była też pewna chwila… Pod koniec zjazdu, zauważyliśmy w karczmie ludzi z naszej grupy, więc się przysiedliśmy. Zamówiłam czekoladę (jak zawsze), przymknęłam oczy i… poczułam się szczęśliwa. Lampa, prawdziwa włoska czekolada, przyjaciele to wszystko sprawiło, że… było cudownie! Ostatni zjazd na nartach roku wśród tych ludzi też się udał. Moje serce przepełniała radość. Żałowałam tylko, że nie ma mamy i Dawida. Piątkowy wieczór wspominam do teraz. Ten nieustający śmiech, żarty, coś pięknego. Sobota z resztą była podobna. Pełna radości. Żal mi było wyjeżdżać. To był niezapomniany tydzień. Tylko dziękować Bogu. Kiedy wróciłam, powiedziałam: na wyjeździe „najadłam” się pozytywnej energii.

 

Teraz pozostaje mi tylko powiedzieć – Bóg jest wielki… wszechmogący.

 

Maja

Pozdrawiamy Justynę Kowalczyk, zamiast krytykować

Niektórzy Polacy, to dziady! Justyna Kowalczyk w pierwszym starcie na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi zajmuje szóste miejsce i nagle odzywają się liczni krytycy. Zamiast wspierać zawodniczkę zawodzą, choć pewnie nigdy nie przebiegli na nartach nawet kilku kilometrów. My, razem z Aldoną nagraliśmy dla Justyny krótkie pozdrowienia z Alpe Cermis. Miejscu, gdzie pokazuje jak wspaniałym jest sportowcem.

 

Środa 12 luty 2014 roku. Jedziemy z Aldoną, Majką i Kajetanem na narty do Alpe Cermis. Tego samego miejsca gdzie Justyna Kowalczyk w ostatnim wyściugu Tour de Ski wbiegała po trasie, po której w normalnych warunkach narciarze zjeżdżają. Jesteśmy podekscytowani. Zobaczyć to miejsce. Wyobrazić sobie jak dzielna góralka wbiega na górę i wygrywa, raz, drugi i trzeci mordercze zawody. Jest w tym coś niesamowitego. Już sam zjazd, nisko na nogach, daje popalić. Mięśnie czworogłowe pieką jak cholera. A kiedy musiałem podejść pod górę kilka metrów, bo któreś z dzieci zgubiło kije, jeszcze bardziej zrozumiałem na jaki morderczy wysiłek decydyje się nie tylko Justyna, ale wszystkie zawodniczki, które kończą zawody na górze Alpe Cermis.

 

I wtedy poczułem złość. Jakim trzeba być dziadem, aby krytykować Kowalczyk za zajęcie szóstego miejsca w pierwszym jej starcie podczas Igrzysk Olimpijskich w Soczi. Ciekawy jestem, czy wszyscy Ci mądralińscy chociaż raz zdecydowali się na taki wysiłek? My w dniu poprzedzającym start Justyny na 10 km w stylu klasycznym nagraliśmy na Alpe Cermis krótkie POZDROWIENIA dla Justyny Kowalczyk.

 

Pozdrowienia Justyna

 

Nie wiedzieliśmy, że następnego dnia zdobędzie złoto. Osobiście liczyłem na medal. Powiedziałem sobie, że jak go zdobędzie, to ja jeszcze tego samego dnia zamienię narty zjazdowe na biegówki i w pobliskim Lago, na stadionie przebignę kilka kilometrów. Tak też się stało. Miałem podwójną satysfakcję bieć w padającym gęsto śniegu wśród Włochów, którzy w przeciwieństwie do mnie, nie mieli tego dnia takich powodów do radości. Ale przyznać muszę obiekty to mają piękne. Tym bardziej doceniam naszą Kowalczyk, która mogła w przeszłości tylko pomarzyć o takich warunkach treningu. W czwartek, 13 lutego 2014 roku, wieczorem na stadionie spotkałem licznych narciarzy. Od tych najmłodsyzch, kilku letnich, do najstarszych. Wszyscy czerpali radość z biegania. I ja byłem wśród nich. To co było jednak najfajniejsze, oprócz zmęczenia, to świadomość, że tylko ja tego wieczou na stadionie w Lago, mogłem się cieszyć złotym medalem rodaczki.

 

Dziękuję Pani Justyno i życzę dalszych sukcesów.

 

Marcin Dybuk

 

A w takich to warunkach przyszło mi biegać. Było super. I żal, że po pierwsze nie mamy w Polsce takich pięknych obiektów, a po drugie, że zima taka krótka.

 

 

Taniec ze strachem, czyli samotna podróż Majki

Maja zapragnęła w ferię chodzić na kurs tańca. Problemem było dotarcie do szkoły, kiedy rodzice w pracy. Rozwiązaniem okazały się jej samotne podróże tramwajem. Było tylko jedno ale… Jak zapanować nad niepewnością rodziców podczas 45 minut drogi z domu do szkoły.

 

Ferie, oprócz wypoczynku dzieci, przyniosły rodzicom dużą dawkę nerwów. A to za sprawą Majki pomysłu na wolne dni. Zapragnęła chodzić na zajęcia do szkoły tańca. Lekcje odbywały się od poniedziałku do piątku, w godzinach 11-13.15. To oznaczało jedno. Maja musiała sama dotrzeć do szkoły. Z domu, na przystanek – pięć minut drogi, tramwajem około 30 minut i kolejne pięć z przystanku do szkoły. Razem około 40-45 stresujących minut dla rodziców. Umowa była prosta. Jak wysiądziesz z tramwaju daj znać, że wszystko ok. Jak dojdziesz do studia tańca tak samo. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak trudno się czekało na sms-a. Człowiek z głową pełną złych, mrożących w żyłach informacji, które docierają do nas każdego dnia nie potrafił do końca zapanować nad nerwami. Niestety, wypuszczanie dziecka w świat nie należy do łatwych. Kiedy Dawida pierwszy raz puściliśmy samego ze szkoły do domu, a miał wtedy 9 lat, zrobiliśmy to pod kontrolą. Ten pierwszy raz szedłem w pewnej odległości za nim. Sprawdzałem jak się zachowuje i czy zgodnie z przykazaniami idzie do domu. Okazało się, że wszystko jest ok. I tak, od tego momentu zaczął sam wracać, a czasami jak trzeba było także chodzić do szkoły. Majka ma jedenaście lat. Już od pewnego czasu wraca ze szkoły, w centrum miasta do domu, razem z koleżanką. Tym razem stopień trudności wzrósł. Miała dotrzeć do szkoły tańca sama. Łatwo nie było. Ale egzamin zdała na piątkę.

 

Tata

 

A co na to Maja:

Zapisałam się na zajęcia taneczne, nie chcąc nudzić się w ferie. Był mały problem z dojazdem, ale na szczęście udało się go załatwić. Skakałam z radości. Tak bardzo lubię tańczyć, a nie chodzę na żadne zajęcia! Ale do rzeczy. Do szkoły miałam jeździć tramwajem. Sama. Pamiętam, jak kiedyś drżałam na myśl o samotnej wyprawie. Na szczęście robiłam to z koleżanką, więc nie było aż tak źle. Najgorzej, kiedy na dworze robiło się ciemno, a ten krótki kawałek, z przystanku do domu, miałam przejść sama. Rozglądałam się na wszystkie strony, a kiedy ujrzałam jakiegoś podejrzanego typa patrzyłam na zegarek i biegłam udając, że się spóźniłam . Rozmawiałam o tym z koleżanką, która po zapytaniu mówiła, że ona się nie boi i mi też tak radziła. Coraz więcej osób wracało do domu komunikacją miejską. Pamiętam, że dyskutowałyśmy o najlepszym sposobie uwolnienia się od potencjalnego porywacza . Jednak, kiedy coraz częściej wracałam sama, tym mniej się bałam. Zaczęłam rozumieć moją towarzyszkę samotnych wypraw ze szkoły. Ale wracając do ferii. Na przystanek odprowadzała mnie zazwyczaj babcia. Do tego czasu byłam bezpieczna. Kiedy wsiadałam do tramwaju zawsze były wolne miejsca, więc spokojnie siadałam i brałam się za lekturę Zwiadowców. Byłam zajęta czytaniem, więc nie zajmowałam myśli martwieniem się czy jestem bezpieczna. Dlatego rada dla wszystkich osób, które zaczynają jeździć sami: niech czytają, słuchają muzyki albo słuchają rozmów w tramwaju, byle by zapomnieć o samotnej jeździe. To pomaga. Jedynym problemem jest to, że można nie słyszeć dzwoniącej komórki, jak to było w moim przypadku . Wysiadając z tramwaju miałam dzwonić do mamy i powiadamiać, że wszystko ok. No cóż, było to trochę uciążliwe, ale kiedy mama ostrzegła mnie, że w innym wypadku nie będę chodzić na zajęcia, miałam motywację. Pewnego dnia, kiedy siedziałam w pokoju przyszła do mnie mama i zdradziła mi, jakie to jest dla rodziców trudne. Ile nerwów to ich kosztuje. Próbowałam to zrozumieć, ale chyba nie do końca mi się to udało. Przecież nic mi się nie stanie! Wygląda na to, że przekonam się jak to jest, kiedy będę miała własne dzieci, które będą jeździły same. No cóż, będę musiała poczekać.

 

Maja

Dzieci potrzebują odczuwalnej miłości

Rola odpowiedzialnego rodzica łączy w sobie rolę policjanta i towarzysza. Dzieci potrzebują granic, ale także czasu – twierdzą terapeuci Monika i Marcin Gajdowie*. Potrzebują? No właśnie czego najbardziej dziś brakuje dzieciom?

 

Czego najbardziej dziś brakuje dzieciom?
Mądrej miłości. Poświęcenia im należnej uwagi, czasu, odczuwalnej miłości, a nie tylko zabezpieczenia potrzeb życiowych czy edukacyjnych. Trzeba stawiać im wymagania i granice, uczyć ofiarności i przekraczania samych siebie.

 

Mówisz o wymaganiach. Co za tym się kryje?
Nie mówię o wymaganiach związanych na przykład z edukacją, gdzie często rodzice, niekiedy nieświadomie, poprzez dzieci chcą realizować własne aspiracje. Wpychają je w ten sposób w absurdalny wyścig ku sukcesowi już w przedszkolu. Mam na myśli wymagania, które pozwolą dzieciom przekraczać samego siebie. Zrobienia czegoś wbrew sobie, pomimo że im się nie chce, czegoś trudnego, co będzie je kosztowało pewien trud i wysiłek. Nie będzie nakierowane na „ja”, tylko na drugiego człowieka. Często wymagania, jakie stawiają rodzice, są związane tylko z własną osobą, czyli na przykład „kształć się, bo będzie Ci się lepiej żyło”. Oczywiście to też jest ważne, ale nie można w wychowywaniu dzieci ograniczać się tylko do tego. Ważne jest bezinteresowne obdarowywanie drugiego człowieka.

To co mówisz, jest mocno pod prąd. Dzisiaj dzieci często stają się w oczach rodziców „bożkami”, a cały świat kręci się wokół nich.
Mamy świadomość razem z żoną, że nie jest to popularny sposób myślenia, bo dziś świat proponuje styl życia bliski poziomowi jednokomórkowca. Już pantofelek kieruje się do światła, jedzenia i ciepła. Porusza się w stronę tego, co przychodzi mu najłatwiej. A ludzie są czymś więcej. Człowiek osiąga szczęście, realizując się dla drugiego, a nie tylko dla siebie samego. Niestety, wielu nie chce tego zrozumieć lub po prostu nie zostało tego nauczonych. Niesie to ciężkie konsekwencje. Po pierwsze, tak jak już mówiłem, człowiek nie osiąga szczęścia, po drugie, jak wynika z naszego doświadczenia terapeutycznego, nie osiąga integracji emocjonalnej. Często mamy do czynienia z ludźmi, którzy zaproszeni do „wyścigu szczurów”, ponoszą duże straty w życiu osobistym i emocjonalnym. Wymagają pomocy terapeutycznej. I w takiej sytuacji okazuje się, że nie jest to kwestia tylko światopoglądu, ale także zdrowia, i trzeba pokazywać ludziom, co jest dla nich dobre i niesie szczęście.

 

A co to jest szczęście?
Przede wszystkim trzeba odróżnić szczęście od przyjemności, z którą często jest mylone. Ludziom się wydaje, że aby być szczęśliwym, trzeba ciągle odczuwać przyjemność. A szczęście jest pewnym stanem spełnienia człowieka. Subiektywnego poczucia sensu życia, a to jest często paradoksalnie związane z bólem w życiu. Ból i cierpienie są drogą do osiągnięcia szczęścia, które jest stanem ducha, a nie stanem emocji.

 

Srogi i wymagający czy pobłażliwy kumpel. Jaki powinien być rodzic?
Dla mnie idealnym określeniem rodzica są dwa słowa: łagodny i stanowczy.

 

To da się połączyć?
Błędem jest myślenie, że się wykluczają. Połączenie stanowczości i łagodności jest w zasięgu każdego rodzica, czego w swojej pracy staramy się uczyć ludzi oraz o czym przekonujemy w książce.

 

Używasz w książce stwierdzenia, że „dobry czas” to indywidualny czas rodzica z tylko jednym dzieckiem, kiedy wspólnie z nim coś robimy. Dlaczego?
Każdy potrzebuje indywidualnego traktowania, niezależnie od tego czy w rodzinie jest dwoje, czy dziesięcioro dzieci. Chce pobyć chwilę w układzie, w którym ktoś poświęca uwagę tylko jemu. To nie jest wynik egoizmu, ale tak zostaliśmy stworzeni. Potrzebujemy indywidualnej afirmacji, a nie tylko doświadczenia wspólnoty, czyli czasu spędzonego z całą rodziną, co jest oczywiście także cenne i niezbędne.

 

Co to znaczy – poświęcić się dla dziecka?
Po takim pytaniu zapala mi się lampka ostrzegawcza. Oczywiście samo określenie „poświęcić się” niesie w sobie szlachetne wartości i w tym znaczeniu poświęcenie się innemu człowiekowi lub sprawie nadaje sens życiu. Jednak w przypadku dziecka to „poświęcenie” trzeba mądrze rozumieć. Ono nie może oznaczać zatracenia nas samych lub małżeństwa w służbie dziecku. Kiedy ono stanie się dla nas najważniejsze, to może się okazać, że w pewnym wieku, kiedy powinno od nas odejść, nieświadomie możemy mu to utrudniać, a w skrajnych przypadkach nawet zatruć mu życie, bo jak możemy pozwolić odejść od nas komuś, kto jest dla nas „całym naszym życiem”, jak niektórzy rodzice mają w zwyczaju mawiać. Dziecko nie powinno być dla nas najważniejsze. Ta rola powinna być zarezerwowana dla współmałżonka.

Czyli poświęcenie musi mieć granice? Ma ono budować nasze dzieci, a zarazem nie wysysać jak wampir całej energi z nas.
Oczywiście. Zgodnie z zasadą, że aby siebie dać, trzeba najpierw siebie mieć. Trzeba najpierw być dobrymi małżonkami, aby móc się stać dobrymi rodzicami. Jeśli ten porządek jest zaburzony i rodzicielstwo wysuwa się przed małżeństwo, to z natury rzeczy coś będzie źle funkcjonowało w naszym związku, a następnie również w rodzicielstwie.

 

Piszecie w książce, że trzeba dzieciom wyznaczać granice. Dlaczego?
Świat, w którym dziecko funkcjonuje, powinien mieć granice, aby się ono czuło bezpiecznie. W drugiej kolejności stawianie granic prowadzi je ku rozwojowi i dojrzałości emocjonalnej. Ludzie przez całe życie napotykają różne granice, na przykład własnych możliwości, granice, które wyznaczają nam przepisy i prawo, granice, które stawiają nam inni ludzie. Nauczenie się respektowania ich sprawia, że możemy właściwie funkcjonować w społeczeństwie. Granice wprowadzają też w świat dziecka wymagania, przez co pobudzają je do rozwoju.

Co możemy zrobić, by dobrze się porozumieć z dziećmi, szczególnie z nastolatkami, którzy przeżywają bunt dojrzewania?
Trudno to opisać w kilku słowach. W książce poświęcamy temu zagadnieniu kilka rozdziałów. Dziecko nie tyle musi się buntować, co robić pewne rzeczy inaczej, aby się separować od rodziców. To od osoby dorosłej zależy, czy będzie potrafiła ukształtować postawę tak, aby to „robienie czegoś inaczej” odbywało się w sposób kontrolowany, bez naruszania więzi rodzice – dziecko. Napięcie, które się pojawia u dzieci w wieku dojrzewania, jest fizjologią, czymś właściwym, czego nie powinniśmy się obawiać. Oczywiście to rodzice mają problem z zaakceptowaniem inności dzieci, bo są przyzwyczajeni, że sami wszystko wiedzą najlepiej, wszystko już sprawdzili i w związku z tym nie ma sensu niczego zmieniać, skoro wiadomo, jak ma być.

 

Towarzysz czy policjant to tytuł jednego z rozdziałów. Która rola jest Ci bliższa?
Obie jednakowo lubię. Jako policjant troszczę się o bezpieczeństwo i właściwy rozwój dziecka. Ktoś musi pilnować porządku. Bez względu na to co sądzimy o policjantach, trudno sobie wyobrazić sprawnie funkcjonujące państwo bez nich. W tym pozytywnym znaczeniu rozumiemy, że funkcja kontrolna jest niezwykle istotna do tego, aby dziecko mogło się właściwie rozwijać. Bez kontroli nie ma wychowania.

 

A rola towarzysza?
Chodzi o kogoś, kto będzie z dzieckiem, spokojnym obserwatorem, będzie wspierał i mówił: „dobrze Ci idzie”, „jestem przy Tobie”. Obie role są ważne i równowaga między nimi prowadzi do sukcesu rodzicielskiego.

 

Co skłoniło Was do napisania książki?
Książka powstała jako zebranie doświadczeń z naszej wieloletniej pracy z ludźmi. Zauważyliśmy, że gdyby niektórzy mieli pewną wiedzę, to nie popełnialiby w wychowywaniu dzieci błędów, które niosą za sobą niekorzystne dla dzieci konsekwencje.

Rozmawiał Marcin Dybuk, jeszcze w czasach, kiedy pracowałem w „Dzienniku Bałtyckim”. Minął kawał czasu, ale jak ostatnio wróciłem do rozmowy z Moniką i Marcinem zobaczyłem, że jest ona ciągle aktualna, a może nawet jeszcze bardziej, dlatego postanowiłem ją powtórzyć.

 

 

gajdy*Monika i Marcin Gajdowie,
małżonkowie od 1991 roku. Marcin jest lekarzem i mgr. nauk o rodzinie, Monika pedagogiem ogólnym i specjalnym oraz choreoterapeutą. Oboje są psychoterapeutami i od wielu lat prowadzą działalność rekolekcyjną, konferencyjną oraz terapeutyczną. Więcej www.gajdy.pl

Kłótnia to emocjonalna ocena rzeczywistości

Czy można w dzisiejszych, pędzących czasach, się nie kłócić? Okazuje się że tak, nawet jak się rozmawia o bardzo istotnych sprawach. Przekonuje o tym profesor Zbigniew Szczurek, ojciec Wojciecha, prezydenta Gdyni.

 

Mówią o nim ojciec gdyńskiego sukcesu, choć On sam broni się przed takim określeniem. Profesor Zbigniew Szczurek*, ojciec Wojciecha, prezydenta miasta wystąpił w Radiu Gdańsk w audycji Piotra Jaconia „Gdynia Główna Osobista”. Podczas prawie godzinnej rozmowy dotykano wielu tematów. Tych, od działalności opozycyjnej w harcerstwie, do takich z czasów współczesnych. Słuchało się tego z dużą przyjemnością. Ale to, co mnie poruszyło najbardziej padło w ostatniej, czwartej części rozmowy. Zbigniew Szczurek zdradził, że kiedy jego syn Wojtek postanowił zaangażować się w pracę w samorządzie i odejść z sądu, usłyszał od profesora nakaz ojcowski:

 

– Kariera karierą, ale kwalifikacje musisz podnosić – powiedział profesor przyszłemu prezydentowi Gdyni. I tak też się stało. – Zrobił doktorat. Prowadził przez kilka lat na uniwersytecie wykłady z prawa europejskiego, jest autorem paru książek – dodał Pan Zbigniew.
– Dlaczego Pan taki warunek postawił? – zapytał dziennikarz.
– Bo uważam, że człowiek powinien zdobywać  wiedzę  do końca życia. Nie może stać w miejscu – wyjaśnił profesor. Przestrzegał także syna, aby ten angażując się w pracę w samorządzie nie zapomniał o tym, co jest najważniejsze. Dobro społeczne.

 

Drugi godny uwagi, szczególny moment tej rozmowy to niedzielne śniadania rodziny Szczurków. Kto z nas spotyka się z rodzicami w niedzielę na śniadanie? Ja nie. Żałuję. Po wysłuchaniu audycji jeszcze bardziej.

– Bardzo często spotykam się z synem na niedzielnym śniadaniu. Jest to czas na różne rozmowy. Ale nie kłócimy się. Każdy broni swoich racji używając argumentów. Kłótnia to emocjonalna ocena rzeczywistości. Zbyt długie mam doświadczenie życiowe i wiem, że emocje są złym doradcą. Obserwowałem to w pracy w sądzie, między innymi podczas rozpraw rozwodowych. Przygotowałem nawet kilka publikacji na temat emocji. Doszedłem do wniosku, że gdyby zostały opanowane w odpowiednim momencie nie dochodziłoby do rozkładu pożycia małżeńskiego. Emocje to zły doradca. Trzeba dyskutować, rozmawiać – przekonywał profesor Szczurek.

Szkoda, że to takie trudne. Ale jak mawia mój Przyjaciel „Ciężko jest łatwo żyć”. A idąc za słowami Zbigniewa Szczurka, człowiek nie może stać w miejscu, tak więc każdy moment życia jest dobry, aby uczyć się codziennie panowania nad emocjami. Szczególnie jak się ma trójkę dzieci 🙂

 

Marcin Dybuk

 

* Zbigniew Szczurek – rocznik 1932. Polski prawnik, sędzia, doktor nauk prawnych, specjalizujący się w prawie cywilnym. Ojciec Wojciecha Szczurka, prezydenta Gdyni, także prawnika.