Rosołowy zapach imienin rodem z Bollywood

Mamy taką świecką, rodzinną tradycję. W imieniny dzieci nie mam mowy o prezentach. W tym dniu wychodzimy całą rodzinką do restauracji. Smakujemy i rozmawiamy. I tym razem tak miało być. Niestety, upatrzony wcześniej lokal został zamknięty i trafiliśmy do resturacji indyjskiej. Zaiste ciekawe to było spotkanie. Całkiem inne…

 

Pachnie rosołem! – wykrztusiła Maja z grymasem na twarzy zaraz po tym, jak wszyscy zajęli wygodne miejsca na kanapie w restauracji. Cóż! Kawa po indyjsku może brzmieć dziwnie – pomyślałam. Chyba godzinę temu nie wpadłabym, że można iść „specjalnie” na kawę do indyjskiej restauracji. Chłopcy wyraźnie też byli tym zaskoczeni. Trudno. Tak wyszło i nie ma na co narzekać. Trzeba się odnaleźć.

 

Tradycyjnie Kajtek miał problem z zajęciem swojego miejsca.  Bo zawsze jest lepiej tam, gdzie akurat ktoś siedzi. Ale daliśmy radę. Miękkie poduszki na kanapie przy stole tak go kusiły perspektywą leżenia, że przesuwając Majkę w moją stronę szybko się usadowił.

 

To miał być nasz tradycyjny imieninowy wypad. Dlaczego? A bo mamy taką świecką tradycję, że imieniny dzieci, TYLKO dzieci, spędzamy w piątkę na tzw. wyjściowej kawie. Zawsze jest miło. To okazja do rozmowy, wyrażenia drobnych uszczypliwości między dziećmi, i tak dalej. Standard. Jak w normalnej rodzinie. Jest czas, żeby ze sobą pobyć. Ale tym razem miało być inaczej.

 

Zaraz po tym, kiedy dostaliśmy menu szybko przekonaliśmy się, że nie znajdziemy ciepłej szarlotki, czy malinowego deseru. A to, co jest w karcie brzmi nieznajomo. Nie był to dla nas z Marcinem problem. Lubimy próbować nowych rzeczy, zwłaszcza kuchni. Co innego nasze dzieciaki. Ale do rzeczy.

 

Metodą prób i błędów, częstymi zmianami decyzji w końcu udało się cos zamówić. Koktajle, napoje, słodkie placki, indyjskie lody etc. Pierwszy eksperyment nie wyszedł najlepiej. Te kulinarne eksperymenty najbardziej dotkliwe okazały się dla Kajtka, który skończył na zwykłym soku. Reszta była dzielna, choć już dawno nie widziałam tak często zdziwionych dzieci. Ale nie chodzi tyle o jedzenie, co o to, co podczas tego naszego „tradycyjnego” wypadu pochłaniało naszą uwagę.

 

Po pierwsze wiadomo – muza. Jest inna, bo indyjska. Zawodzenie indyjskich wokalistek nie sposób było nie usłyszeć. Ale było coś jeszcze! Traf chciał, że rozsiedliśmy się na wielkiej kanapie vis a vis ekranu tv, gdzie nieprzerwanie można było podziwiać kunszt Bollywoodzkiej kinematografii. Dzieci nie mogły oderwać oczu. Na początku najbardziej sfrustrowany postawą nowo upieczonych fanów Bollywood był Marcin. W jednej chwili kadry indyjskiej kinematografii  stały się sednem imienin, a nie spotkanie, rozmowa, po prostu bycie razem.

 

I tu właściwie mogłabym zrobić puentę i podsumowanie, że imieninowa kawa nie wyszła, nie to miejsce, nie te desery itd. Jednym słowem wielkie BUUUUU. Można tak, ale nie trzeba. Bo jeśli „nie zawiesisz się” na negatywach okazuje się, że to, co cię spotyka innego, zaskakujące może obrócić się w dobro. Niekoniecznie w takim kształcie jakbyś tego oczekiwał.

 

Więc do rzeczy – niby mimowolnie zaczęliśmy dyskusję nt. kina Bollywood i jak tam są tworzone filmy. A są bardzo charakterystyczne , chyba przyznasz mi rację. Mówiliśmy o systemie społeczno – politycznym i życiu w Indiach, ludziach, strojach, tradycji, wierzeniach i tak dalej, i tak dalej. A wszystko przy próbowaniu tamtejszych specjałów, które są przygotowywane na oczach klientów. Wytworzyła się bardzo ciekawa, spokojna rozmowa, było dużo śmiechu, smakowania potraw, a przede wszystkim smakowania inności. Uczenia i uświadamiania sobie i dzieciom, że inny nie równa się gorszy, czy lepszy. Inny oznacza ciekawy, wart zauważenia.

 

A puenta? Była i ona. Odtąd postanowiliśmy, że z okazji imienin dzieci będziemy próbować kuchni różnych kultur. Bo rutynie mówimy – NIE!

 

Aldona

Maja o imieninach

Jak co każde imieniny wybieramy się do restauracji. Dziewiątego kwietnia czyli wieczór moich imienin spędziliśmy w indyjskiej restauracji. Nie miałam nic przeciwko temu. Byłam wręcz ciekawa. Na powitanie menu. Mieliśmy zamawiać desery, ale ja tam dużo tego nie widziałam. W końcu zamówiłam lemoniadę na słodko (bo była też na słono) oraz lody indyjskie.

 

W trakcie czekania tak naprawdę większość czasu gapiłam się na telewizor, na którym były wyświetlane bollywood’y. Mimo, że było to idiotyczne i niezliczoną ilość razy załamywałam ręce, wciągało. Sama nie wiem dlaczego. Wszyscy śmialiśmy się z tego rodzaju filmu, w którym bohater patrzy na dziewczynę co najmniej dziesięć sekund :).

 

Zawsze smakujemy od siebie napoje lub dania. Więc tym zwyczajem posmakowałam soku z mango od Kajetana i… się skrzywiłam. Pierwsze wrażenie przyznam szczerze było okropne. I tak pierwsza rzecz odstawiona dla rodziców, którym to smakowało.

 

Drugie białe coś… jak dla mnie maślanka. Następny napój dla rodziców. Na szczęście moja lemoniada była dobra, tak samo koktajl Dawida. Jednym z deserów były placki. Smakowały. Przyszła kolej na lody. Zupełnie inne niż europejskie. Takie orzechowe, karmelowe… trudno opisać. Zjadłam trochę, lecz całej miski nie dałam rady. Ostatnia była chałwa z marchwi. Tata powiedział, że ten smak zapamięta się do końca życia. Dawid nie chciał wziąć całej porcji danej przez mamę. Z tych powodów stwierdziłam, że lepiej nie ryzykować. Chałwa z marchwi została dla reszty rodziny. Mimo, że jedzenie nie było najlepsze, podobała mi się atmosfera. To ona sprawiała, że ten wieczór nie był zwykły.

 

Maja

Tata o imieninach

Zaczęło się trochę nerwowo, bo mieliśmy trafić do innego miejsca. Na szczęście zapanowaliśmy szybko nad tym. Przecież to imieniny dziecka. I jak już zamówiliśmy dania indyjskie rozpoczął się festiwal żartów, komentarzy, smakowania. Dużo radości. Bo czasami nie trzeba nic nadzwyczajnego, aby było super. Wystarczy ze sobą być. A na deser dostaliśmy jeszcze pomysł, o którym już pisała Aldona. Teraz za każdym razem będziemy odwiedzać miejsca, w których poznamy nową kulturę, kuchnię czy jeszcze coś innego. Bo przecież inność jest nam zadana. Jest rozwijająca i trzeba otwartości na nią. Uczy nas stawać się lepszymi. I tego nam trzeba.

 

Na następne rodzinne spotkanie imieninowe wybierzemy się do… Jakieś propozycje?

 

Marcin

 

Ps. Resturacja o której mówimy to Kuchnia Indyjska Ganesh, Gdańsk – Kowale, ul. Staropolska 32.

Zarażony pozytywnym wirusem. Wróciłem do szybszego biegania

Wirus Narodowego Święta Biegania, które odbyło się w Warszawie, dopadł mnie w Gdańsku. Podziwiając, gratulując i trochę zazdroszcząc wszystkim znajomym, którzy biegli na 10 lub 42 kilometry w stolicy, nie wytrzymałem. Założyłem buty i poszedłem sprawdzić na co mnie stać po kontuzji kolana.

 

Ostatnie tygodnie mijały pod znakiem powolnego powrotu do dawnej sprawności. Biegałem zgodnie z harmonogramem zaakceptowanym przez fizjoterapeutkę z RehaSport Clinic. Dwanaście tygodni. Na początku kwietnia miałem bez przerwy przebiec 20 minut. I tak się stało. Nie wszystkie zalecenia wypełniłem. Jednak jedno najważniejsze tak. Nie spieszyłem się. Nie było mowy o gorącej głowie. Ważniejszy był powrót. Ostatnio biegałem nawet po 40-50 minut. Tempo bardzo wolne. 6-7 minut na kilometr. I czasami zastanawiałem się już, czy niezbyt asekuracyjnie. Czy nie powinienem trochę zaryzykować? Przyspieszyć? Jednak kilka miesięcy przerwy szybko studziły moje zapędy. I tak już zapłaciłem niemałą cenę.

 

W Warszawie w maratonie startowało dwóch moich kolegów, z którymi zaczynałem przygodę z bieganiem. Ja dziś próbuję dojść do siebie. Oni ukończyli królewski dystans. Tak więc już raz się spieszyłem i teraz nie mam zamiaru. Kiedy tak całą niedzielę docierały do mnie kolejne informacje o wyczynach koleżanek i kolegów coraz bardziej nie mogłem wytrzymać. Szczególnie słowa uznania kieruję w stronę Piotra. Przebiec w czasie 2:56 minut? Piękny wynik! To była jego kolejna próba złamania 3 godzin. Tym razem się udało. Cierpliwość i misterny plan przyniósł efekt. Inne wyniki, szczególnie debiutantów: Kuby i Łukasza też budziły podziw. Ale Wam dobrze!

 

Nosiło, nosiło, aż stwierdziłem: Idę przebiec 5 kilometrów w szybszym tempie niż do tej pory. Chciałem sprawdzić na co mnie stać po prawie dziesięciu miesiącach wolnego lub żadnego biegania. Liczyłem na 26-27 minut.

 

Zanim jednak zacząłem biec, zrobiłem kilometr truchtu i solidne rozciąganie. Pogoda nie sprzyjała, bo wiatr na połowie 400 metrowego kółka dawał się mocno odczuć. Biegłem spokojnie. Tak mi się wydawało. Na trzecim kilometrze lekko przyspieszyłem. Na czwartym planowałem zwolnić, aby nabrać sił przed dłuższym finiszem. Na piątym kilometrze czułem ból w nogach. Także lekki dyskomfort w kolanie. Ale nic, co powinno mnie przerazić. W końcu „meta”.

 

Jakie było moje zdziwienie, kiedy na zegarku zobaczyłem 24 minuty 4 sekundy. Wow! To naprawdę nieźle i to po tak długiej przerwie. Cierpliwość się opłaciła. Nie ukrywam, że dałem sobie pozytywnego kopa. I zamiast zazdroszczenia znajomym, którzy walczyli w Warszawie, poczułem radość. Jest energia do dalszych treningów. W poniedziałek o świcie basen. Wtorek lekki rozruch biegowy. Środa rower. W czwartek zaczyna się Święte Triduum Paschalne, tak więc krótka przerwa od treningów. Do 19 lipca 2014 roku i głównej mojej imprezy zostało trochę czasu, tak więc można pracować.

 

Narodowe Święto Biegania z Warszawy dotarło do Gdańska. I dobrze. A jeśli dodamy do tego zwycięstwo gdańskich żużlowców nad dream teamem z Torunia, czas spędzony z rodziną, wspólne śniadanie i obiad oraz świętowanie Niedzieli Palmowej to okazuje się, że był to bardzo dobry dzień. Super!

 

Marcin Dybuk

 

Ps. Poranny basen z energią, którą otrzymałem po bieganiu przebiegł dużo lepiej. Udało się wyeliminować kilka błędów zarówno w żabie jak i w kraulu. Pozytywna energia jest ważna.

Jeden uśmiech cenniejszy niż jeden procent

Kwiecień to ostatni moment, by zastanowić się komu przekazać jeden procent podatku. To czas, kiedy każdy z nas może pomóc drugiemu człowiekowi, którego często nawet nie zna. Robimy to coraz chętniej i więcej. Możemy jednak zrobić jeszcze więcej bez większego wysiłku. Warto! Tym razem dwugłos Mamy i Taty.

 

Warto pójść krok dalej. Pomóc sobie. Tak, pomóc sobie. Kiedy będziesz wypełniał w rubryce stosowne miejsce, dzięki któremu Twój jeden procent trafi do potrzebujących pomyśl, co możesz jeszcze zrobić dla drugiego człowieka.

 

7 kwietnia 2014 roku w Radiu Gdańsk rozmawialiśmy o pomaganiu. W audycji o godzinie 11 spotkałem się z Anną Kotowską oraz Beatą Szadul z Fundacji Marka Kamińskiego. Pani Anna jest mamą 11-letniego Piotrusia dla którego w ramach akcji „Pomorze Biega i Pomaga” zbieramy pieniądze na pionizator. Brakuje jeszcze 14 tysięcy złotych. Jednak to, na co chciałem szczególnie zwrócić uwagę, to dobra energia, która biła i bije od obu Pań. Pani Anna walczy o lepsze życie dla syna, którego lekarze sugerowali sześć lat temu, po wypadku, oddać do hospicjum. Pani Beata angażuje się w pomaganie innym. Podczas rozmowy zarówno tej na antenie, ale także poza nią, usłyszałem wiele przejmujących historii. Na przykład o mężczyźnie, który na balkonie ustawił dykty. Tak, aby nikt nie widział jego niepełnosprawnego syna. Albo o ludziach, którzy podchodzą do Piotrusia i zaczynają go żałować, litować się nad nim, a On wolałby z nimi porozmawiać i pośmiać się.

 

Pani Beata opowiadała o chłopcu, któremu lekarze nie pozwalali się ruszać, bo tak był chory. Rodzice nosili go na rękach, aby się nie zmęczył, aby ciśnienie nie skoczyło zbyt wysoko, bo to przecież dla niego niebezpieczne. Rodzice usłyszeli, że syn może umrzeć każdego dnia. I tak rodzina żyła z przekonaniem, że to może być ten ostatni dzień. Wieczorem chłopiec żegnał się z rodzicami, mówiąc, że może jutro się nie obudzi. Płacz i ból. Kiedy następnego ranka wstawał, mówili, mamy jeszcze jeden dzień. Do dnia, kiedy udał się do nich lekarz, który powiedział, że nie jest tak źle i by chłopak nie tracił nadziei. Reakcja? Zaczął biegać ze szczęścia, żyć…

 

Dlaczego o tym piszę? Bo bardzo ważne jest nastawienie psychiczne. I tutaj pojawia się przestrzeń, w której i my możemy pomóc. O przekazaniu 1 procenta już wiemy. Każda złotówka jest ważna. Dosłownie każda. Ważny jest jednak także nasz uśmiech i chwila rozmowy zarówno z osobą niepełnosprawną, jak jej rodzicami. Osoby sprawne inaczej nie chcę być traktowane inaczej. One potrzebują normalności, pozytywnych bodźców, a nie litości. Potrzebują akceptacji. Naszej wrażliwości. Odwdzięczą się tym samym. Kontakt z takimi osobami zmienia nasze spojrzenie na życie. Przestajemy zwracać uwagę na drobiazgi, o które potrafimy się kłócić w życiu codziennym z najbliższymi. W imię czego? Mojej racji? Szkoda życia. I to jest to, w jaki sposób możemy sobie pomóc. Od osób niepełnosprawnych możemy nauczyć się empatii. To dużo więcej niż jednej procent, parę złotych, czy jeden uśmiech.

 

Zainwestuj w siebie. Zainwestuj w relacje.

 

Tata

Niepełnosprawność podziwiam i szanuję

Z niepełnosprawnością zetknęłam się dość wcześnie. Bo jeszcze w dzieciństwie. A to za sprawą bliskiej osoby w rodzinie. Niepełnosprawnej. Była inna. Tak bardzo różniła się od nas, „normalnych dzieci”. A jednak przez tę inność ciekawa. Bardziej przyciągała. Lubiłam z nią rozmawiać. Nie pamiętam, o co pytałam. Pamiętam, że słuchałam. Ponieważ zdarzyło się to tak wcześnie, niepełnosprawność drugiego człowieka była dla mnie czymś powszednim. Oswoiłam ją. Nie czułam zagrożenia, spięcia, nerwowości w bliskości z nią. Więcej, nauczyłam się wychodzić jej naprzeciw, zaczepiać. Ona mnie intrygowała. Dziś wiem, że to nauczyło mnie cierpliwości. Ale takiej innej, niepowszedniej. Bo tej często mi dzisiaj brakujeJ. Bardziej niż cierpliwości braku zniecierpliwienia. Kiedy ktoś mówi niewyraźnie, że trudno go zrozumieć, kiedy musisz czekać, bo nie nadąża za twoim krokiem, gdy widzisz rozbiegany wzrok i nie masz pewności, do kogo kierowane są słowa. To uwrażliwia.

 

Te moje spotkania z niepełnosprawnością ukształtowały w dużym stopniu moją wrażliwość. Ale też otwartość. Zawsze, ilekroć spotykam kogoś niepełnosprawnego – uśmiecham się. Nie umiem inaczej. Ten uśmiech to nie jest wyraz współczucia. To podziw i szacunek. Kiedy widzę przyzwolenie staram się zaczepić słowem. Bo wiem, jak takim ludziom potrzebna jest normalność. Drażnią mnie gapie. Myślę, że osoby sprawne inaczej nie chcą szczególnych taryf ulgowych. Chcą być zauważeni bez zwracania nadmiernej uwagi. Tak, jak powinniśmy widzieć każdego człowieka bez względu na to, czy jest zdrowy, czy też nie. Współczucie jest ważne. Ale jego sztuczny nadmiar szkodzi bardziej niż obojętność.

 

Paradoksalnie niepełnosprawność domaga się od nas, zdrowych ludzi normalności. Byśmy byli autentyczni, zrzucili maski i dostrzegli drugiego człowieka. Nie ma różnicy chory, czy zdrowy. Tego trudnego, myślącego inaczej, nadąsanego, który nie nadąża i wreszcie tego, kto jest obok Ciebie.

 

Bo widzieć to znaczy patrzeć, dostrzegać, pochylić się, oddać czas. Niekiedy wbrew „muszę”, „powinnam”, „mam obowiązek”, „teraz nie mogę”. Możesz. Rozejrzyj się wokół czym prędzej.

 

Mama

 

Ps. MOŻESZ JESZCZE TAK POMÓC. To tylko dwie minuty. Czy faktycznie?

 

Maja wyróżniona w międzynarodowym konkursie literackim

Opowiadanie „Spacer po szynach” docenione przez jury na czele, którego stała Wanda Chotomska, ceniona pisarka. To już drugie z rzędu wyróżnienie Majki. Oczekiwaniu wyników towarzyszyły duże emocje.

 

Maja:
Jak zwykle wpisałam w wyszukiwarce ,,XXX Międzynarodowy Konkurs Twórczości Literackiej Dzieci i Młodzieży w Słupsku”. Robiłam to już od jakiegoś czasu, bo z doświadczenia wiedziałam, że wyniki mają być w kwietniu. Nagle patrzę, a tam lista laureatów i osób wyróżnionych! Nie posiadałam się z radości, ale byłam także niezwykle zdenerwowana. Co jeśli mi się nie udało? Oczekiwałam laureata, ale co z tego będzie? Sprawdzenie rezultatu pracy opóźniła jeszcze rozmowa, którą prowadziłam z koleżanką i przymus napisania odpowiedzi. W końcu naciskałam na rubrykę z wynikami z lekko spoconą ręką. Moje zdenerwowanie rosło… Najpierw byli laureaci poezji, klasy I-IV, V-VI i gimnazjum. Później jeszcze wyróżnienie poezji, gdzie znalazłam moją koleżankę ze szkoły Ulę. Następnie – wreszcie! – proza. Laureaci, wśród których dwie dziewczyny z szóstej klasy z naszej szkoły. Zaniepokojenie rosło… A co nie jeśli ja nie? Na początku natknęłam się na moją koleżankę z klasy Weronikę. Poświęciłam na nią tyle uwagi, że dopiero od taty dowiedziałam się, że jestem wyróżniona. Skakałam z radości. W dodatku czym prędzej zawiadomiłam o tym Ulę i Weronikę. Ula myślała, że to żart, a Weronika nie dowierzała, ale czułam w jej głosie radość. Mój też musiał tak brzmieć. Żal mi tylko moich koleżanek, którym się nie powiodło…

 

Tata:
Jak usłyszałem od Majki, że są wyniki XXX Konkursu Literackiej Twórczości Dzieci i Młodzieży Gimnazjalnej w Słupsku, chwyciłem za komputer. Gdzie te wyniki? – szukałem nerwowo. Jak już się udało znaleźć odpowiednią stronę, zaczęło się ich przeglądanie. W końcu doszedłem do prozy V i VI klas Szkół Podstawowych. I znalazłem nazwisko Dybuk. Uff. Jak fajnie. Super. Majka gratuluję. Przed rokiem córka także otrzymała wyróżnienie. W tym powtórzyła wynik. To cieszy, bo szczerze mówiąc to sam się zastanawiałem, czy uda jej się ponownie znaleźć wśród wyróżnionych. Udało się, a to potwierdza, że ma talent. Jestem dumny.

 

Na konkurs nadesłano 6547 zestawów wierszy i opowiadań z 453 szkół podstawowych i gimnazjów z całej Polski, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Litwy i Turcji. Nagrodzone i wyróżnione utwory literackie zostały opublikowane w książce pokonkursowej „Piórem poznaję siebie”.

 

„Spacer po szynach” powstał po rodzinnym, grudniowym spacerze Bożonarodzeniowym. OPOWIADANIE ZNAJDZIECIE TUTAJ. Zapraszamy także do lektury „Dziwnego Przyjaciela”, pracy wyróżnionej przed rokiem.

Wodny demon kontratakuje. Wygrana bitwa to za mało

Przepłynąć kilometr. Bezcenne. Kiedy kończyłem 40 basen żabką czułem niesamowitą radość. Zajęło mi to 29 minut 31 sekund. Ten dzień i ten czas zapamiętam na długo. To była druga bitwa, którą wodny demon przegrał ze mną. Ale wojna ciągle trwa. Dał o sobie znać szybciej niż się spodziewałem.

 

33 dni po pierwszym treningu zdecydowałem, że sprawdzę, czy przepłynę tysiąc metrów i ile czasu mi to zajmie. Najmłodszego syna zawiozłem na urodziny koleżanki na ściankę wspinaczkową, a sam udałem się na pobliski basen. Cel był prosty. Sprawdzić, czy dam radę przepłynąć kilometr żabką. Ten styl najlepiej do tej pory opanowałem. Zresztą, z tego co zdążyłem się zorientować wielu początkujących triathlonistów po przepłynięciu iluś tam metrów kraulem zaczyna płynąć właśnie tak.

 

Do 600 metra płynęło mi się dobrze. Żadnych problemów. Nawrót za nawrotem. Żadnego odpoczywania. Pierwsze zmęczenie i co teraz? O rezygnacji nie było mowy. Cel musi być osiągnięty. Szybko przypomniałem sobie słowa Dawida, trenera. Wydłużyć ruch pod wodą. Odpoczywać. Przepłynięcie czterdziestu 25 metrowych basenów zajęło mi 29 minut 31 sekund. Nie mam pojęcia, czy to dużo, czy mało, ale biorąc pod uwagę, że ponad miesiąc wcześniej mogłem tylko pomarzyć o takim dystansie, czułem się świetnie. To był następny krok w drodze do celu. Radość trwała kilka dni i dodawała sił na następnych treningach. Wygrałem kolejną bitwę. Dwa zero dla mnie. Wodny demon jednak nie miał zamiaru dać łatwo za wygraną. Cios, i to bolesny zadał tydzień później. W sobotę 29 marca 2014 roku.

 

Tego dnia byliśmy z Aldoną na Kaszubach. Jadąc samochodem obok jeziora popatrzyłem na drugi brzeg. Jakieś 400 metrów – pomyślałem. Niby niedaleko. Tylko w głowie pojawiło się jedno, przygnębiające pytanie. Przepłynąć czterysta metrów żabką nie stanowi już problemu. Tylko jaka jest głębokość? To nie basen. Nie widać kafelków, obok nie ma trenera, nie ma ratownika. Chwilę później poczułem, jak ściska mnie w mostku. Trudne do opisania uczucie. Strach. Przypomniał się tego dnia jeszcze dwa razy. Raz, kiedy spacerowałem nad rzeką, a drugi kiedy wracaliśmy do domu i jechaliśmy obok tego samego jeziora. Głęboka woda. To z nią przyjdzie mi się zmierzyć i dopiero po tej bitwie będę mógł powiedzieć, że wygrałem wojnę. Ale póki co jeszcze dużo pracy. Co najważniejsze są chęci, determinacja i moc. Zdałem sobie też sprawę, że w całym tym zmaganiu potrzebna jest pokora. Wobec wysiłku, dystansu, głębokości, żywiołu.

 

Walka trwa.

 

Marcin Dybuk

 

Ps. TUTAJ możecie przeczytać pierwszy tekst o moich zmaganiach ze strachem przed głęboką wodą. „Pokonać demona, który prześladuje mnie ćwierć wieku. A co jeśli się nie uda?”

 

Moje przygotowania do triathlonu realizowane są w ramach akcji „Aktywuj się w TRIATHLONIE” 19 lipca 2014 Gdańsk. Partnerami projektu są: Mosir Gdańsk, Radio Gdańsk, powerOn3city, Calypso, Argonaut

Uczę się pływać, choć przez 25 lat bałem się wody

Kiedy miałem 15 lat topiłem się. Od tego czasu bałem się wody. Aż do dnia, kiedy powiedziałem dość i poszedłem na basen pokonać demona. Dziś lubię pływać, a zdjęcia obrazują ile czerpię z tego radości. I co z tego, że jeszcze  nie wszystko mi wychodzi jak należy…

 

TUTAJ znajdziesz tekst o tym dlaczego zdecydowałem się pokonać wodnego demona, który prześladował mnie od prawie ćwierć wieku.

Pokonać demona, który prześladuje mnie ćwierć wieku. A co jeśli się nie uda?

Niemal każdy z nas ma demona. Coś, co sprawia, że sztywnieją mu mięśnie, przestaje racjonalnie myśleć, wpada w panikę, a w ostateczności najchętniej by uciekł. Dla mnie to pływanie. Denerwuję się nawet jak dzieci i żona kąpią się w jeziorze. Okropne uczucie. Oni w wodzie, a ja na brzegu cały mokry z nerwów.

 

Stało się tak, gdyż dwa razy się topiłem. Pierwszy raz jak byłem małym chłopcem. Na wczasach zostałem wrzucony do jeziora i kazano mi pływać. Skończyło się na strachu i płaczu. Kilka lat później, około 15 roku życia podczas kąpieli w morzu prąd zniósł mnie w głąb. Zmęczony postanowiłem stanąć na dnie. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dno jest dużo dalej niż powinno. Wpadłem w panikę. Nic nie pomagało. Po kilku, a może kilkunastu sekundach walki w głowie pojawiła się jedna myśl: To koniec. Spojrzałem do góry. Zobaczyłem błękitne niebo. To miał być ten ostatni raz. Pożegnanie. I nagle poczułem jak ktoś mnie chwyta, wypycha do góry, abym złapał oddech. I tak kilka, kilkanaście razy, aż znalazłem się na brzegu. Tam padłem na piasek i łapałem powietrze niczym ryba. Żyłem.

 

Od tamtego dnia, a to już prawie ćwierć wieku, nie lubię głębokiej wody. Boje się jej. Kiedy przed ponad rokiem rozmawiałem z Marcinem Wojciechowskim, zastępcą dyrektora gdańskiego MOSiR-u i triathlonistą właśnie o triathlonie, powiedziałem mu, że to nie dla mnie. Nie dam rady. Mój demon mi nie pozwoli. On stwierdził, że wszystko jest w głowie. Problem, że trzeba jeszcze chcieć się zmierzyć ze strachem. W tym roku jeszcze raz zaproponował przygotowanie do startu. Tym razem w ¼ Ironmana. Biegam od prawie dwóch lat. Mimo ponad półrocznej kontuzji dystans 10 km nie będzie dla mnie problemem. 45 km na rowerze także wyjeżdżę. Ale jak przepłynąć prawie kilometr na otwartym akwenie? Robi mi się gorąco na samą myśl. Ale postanowiłem na tym nie poprzestawać. Pod okiem fachowców spróbuję się przygotować do triathlonu, a w rzeczywistości do przepłynięcia kilometra na otwartym akwenie. Wiem, że najgorsze będzie przejście z basenu, gdzie nauczę się pływać, do morza. Nie mam nawet pewności, że dam radę.

 

Za mną miesiąc zajęć na basenie. Trzy razy w tygodniu. Poniedziałek godzina 5.40. Czwartek 22 i piątek 20.40. Polubiłem wodę. Nawet żona się ze mnie teraz śmieje. Jednak pierwsze treningi nic takiego nie zapowiadały. Byłem w totalnym dole. Praktycznie cała grupa wyłoniona w konkursie MOSiR-u i Radia Gdańsk, która w ramach „Aktywuj się w triathlonie 2014” przygotowuje się do Triathlon Gdańsk, wyprzedzała mnie o kilka długości basenów. „Co ja tutaj robię?” – pytałem wściekły sam na siebie. „Nie mam ciekawszych zajęć?”. Na pierwszych treningach padło pod nosem wiele niecenzurowanych słów. Dawid Dobroczek, trener Szkoły Pływania Nurkowania i Ratownictwa Argonaut 1988, który wspólnie z ojcem wzięli najsłabszych pod swoje skrzydła wykazywał się anielską cierpliwością. W wodzie ćwiczenia, a na brzegu rozmowy i tłumaczenia co i jak.

 

Pierwszym przełomowym momentem był siad na dnie basenu. Nie od razu pojąłem jak wypuścić nosem powietrze z płuc i usiąść na dnie, porozglądać się i poczuć, że woda nie jest taka zła. Nauka „chodzenia” w wodzie, poruszania się w niej trwa w najlepsze. Pływanie żabką, nauka kraula i grzbietu, poszczególnych ich elementów, nurkowanie, kładzenie się na wodzie, fikołki pod, to wszystko z każdym treningiem sprawia, że coraz bardziej lubię ten żywioł. Doszło do tego, że w niedzielę zabrałem rodzinę na basen do Alchemii i dobrze się bawiliśmy.

 

Na każdych zajęciach uczę się czegoś nowego. Robię drobne kroki do przodu. Przede mną dużo pracy, ale dziś wiem, że pływanie potrafi być fajne i chcę nauczyć się robić to dobrze. Nie wiem, czy zdążę przygotować się do gdańskiego triathlonu, 19 lipca 2014 roku. Ludzie z naszej grupy, która pod okiem powerOn3city i Argonautu przygotowuje się do zawodów, dodają sobie otuchy. Damy radę! – można usłyszeć niemal na każdym treningu i w rozmowach prywatnych. I dobrze! Wsparcie innych jest ważne, choć dla mnie ważniejsze jest, bym to co robię, robił w zgodzie z samym sobą.

 

Może się okazać, że będę potrzebował więcej czasu, aby zrobić następny, jakże ważny krok. Przełamać kolejny raz strach i zacząć pływać nie tylko w basenie, ale także w morzu, jeziorze, co jest niezbędnym elementem triathlonu. Wiem, że będzie to dla mnie bardzo trudne, choć nie ukrywam, że czasami leżąc w łóżku zmęczony po treningu projektuję sobie moment, kiedy najpierw wychodzę z wody po przepłynięciu 950 metrów, a następnie wbiegam na metę.

 

Podczas zajęć na basenie uczę się łagodności dla siebie, robienia kolejnych kroków w swoim tempie. Nie oglądam się na innych. Nie porównuję. Jestem ja i moje „strachy”, które krok po kroku rozbrajam. Uczę się siebie, analizować drobne sukcesy i porażki. Wyciągać wnioski. I kiedy tak się dzieje, to dziękuję Bogu, że trafiłem na tak fajnych ludzi, zarówno trenerów jaki i trenujących, z którymi pokonujemy kolejne granice. Każdy inne.

 

A co jeśli się nie uda i nie przepłynę 950 metrów w morzu lub innym otwartym akwenie? Skłamałbym gdybym powiedział, że nie zadaję sobie tego pytania. Czy będę przegrany? Pewnie dla wielu, w tym zwariowanym świecie, w którym tak często króluje kult jednostki, zwycięstwa, tak będzie. Jednak nie zawsze się wygrywa. Choć i to pojęcie jest względne. Bo ja wchodząc do basenu, przepływając kolejne metry czuje się dzisiaj cudownie!

 

Marcin Dybuk

 

BOSKA ODPOWIEDŹ MOJEJ ŻONY na mój tekst o walce z demonami. Powstał dwa dni po mojej publikacji. SUBIEKTYWNIE, GORĄCO POLECAM

 

TUTAJ znajdziesz galerię zdjęć, na której widać, że pływanie już nie tylko mnie nie stresuje, ale także sprawia dużo radości.

Maja tańczy, a rodzice szukają umiaru

Życie z pasją jest receptą na dobrą przyszłość. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś przekuje ją w pracę ma dużą szansę być szczęśliwym. Maja kocha taniec. Czy to jest jej droga? Tego z Aldoną nie wiemy, ale wiemy, że musimy jej stworzyć dobre warunki do rozwoju. Jednej recepty na to nie ma.

 

Dawid, Majka i Kajetan, a każde z nich inne. Żyją w czasach kiedy mogą przebierać w zajęciach pozalekcyjnych. Dawid jako sześciolatek zaczął grać w klubie piłkarskim. Tam spędził kolejne sześć lat. Dobrze sobie radził. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, aż któregoś razu po obozie sportowym stwierdził, że to już koniec. Później była koszykówka i taniec nowoczesny. Jednak to nie trwało już tak długo. Po Dawidzie także Maja i Kajetan zaczęli chodzić na różne zajęcia pozalekcyjne. W którymś momencie staliśmy się taksówkarzami, którzy po pracy wozili dzieci z jednego na drugie spotkanie. Czyste szaleństwo. Dodatkowo dzieci szybko nudziły się zajęciami i próbowały innych. Uznaliśmy, że tak być nie może. Wprowadziliśmy prostą zasadę. We wrześniu dzieci wybierają zajęcia pozalekcyjne na które chcą chodzić. Podejmują decyzję, która obowiązuje minimum pół roku. Jeśli po dwóch miesiącach któreś z nich stwierdzało, że nie chce chodzić na przykład na kółko teatralne nic w zamian nie mogło nowego wybrać. Kolejna tura wyborów przypada po feriach. I tak już od kilku lat. Dzieci mają prawo poszukiwać tego, co im się podoba. Uczą się wytrwałości i podejmowania decyzji. My ustawiamy tak plan tygodnia, aby nie wcielać się w rolę taksówkarzy. Dziś Kajetan gra w piłkę nożną i chodzi na kółko sportowe w szkole. Dawid postawił na język angielski i przygotowania do egzaminów gimnazjalisty. Majka uczęszcza na kółko teatralne, wolontariat i malarstwo, a po ostatnich feriach zamieniła język francuski na taniec. Taniec, który pokochała już w łonie mamy… Ale co ja będę Wam o tym pisał.

 

Oddaje głos Mai:

Taniec zawsze gdzieś tam był. W zasadzie od samego początku, jeszcze w łonie mamy podrygiwałam, kiedy ona tańczyła. Pamiętam jak niezliczoną liczbę razy obiecywałam sobie, że nigdy już nie będę tańczyć, aby później zmienić zdanie. Taka już byłam. Taniec zawsze mnie pociągał. Najpierw rodzice zapisali mnie na zajęcia baletu w Operze Bałtyckiej. Byłam wtedy jeszcze szkrabem. Chodziłam do przedszkola. Tam spędziłam dwa lata. Później zaczęły się pierwsze kroki w szkole. Nadal uczęszczałam na taneczne zajęcia, tym razem jednak w szkole. W ten sposób balet tańczyłam pięć lat, a moje ciało było wyizolowane i rozciągnięte. Później „spotkałam się” z tańcem tylko dwa razy. Tańcząc przez rok break dance i przez jeden semestr ,,Dance Mix”. I nastąpiła przerwa. Tak bardzo mi go brakowało! Na szczęście mama kupiła bilety na pokaz Szkoły Tańca Dance Avenue, gdzie uczyli się z tatą tańczyć salsę. Poszliśmy z mamą, tatą i Kajetanem. Podobało się nam wszystkim. Wrażenie niesamowite! Z coraz większym utęsknieniem patrzyłam na tancerzy. I wreszcie nastąpił przełom. Po tak długich oczekiwaniach zaczęłam chodzić na zajęcia street dance właśnie do Dance Avenue. Na razie były trzy, ale mogąc na nie chodzić czuję się szczęśliwa. Bo taniec we mnie drzemie.

 

Szeroki uśmiech Majki

Już po pierwszych zajęciach tanecznych Majki zauważyłem, że na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. To był strzał w dziesiątkę. Aby tak zostało musimy jednak z Aldoną zachować umiar. Bo w życiu dziecka obok nauki i pasji potrzebny jest czas na nudę. Taką dobrą, zdrową nudę. Nie ma nic gorszego, kiedy dziecko biega z jednych zajęć na drugie, a że nasza córka jest typem działaczki i kocha jak wokół niej się dużo dzieje, to my musimy dbać o zachowanie umiaru. Bo lepszy jest niedosyt, niż przejedzenie. Niestety, w tych czasach często rodzice chcą dać dziecku dosłownie wszystko. Ono już nie musi się o nic starać i z czasem zaczyna się nudzić tym co ma…

 

Maja i Tata

Czy mężczyzna może się wzruszać?

Wzruszyłem się. Wpływ na to miało kilka wydarzeń, które skumulowały się niemal w jednej chwili. A wszystko zaczęło się od złotego medalu Polki na Halowych Mistrzostwach Świata w Sopocie.

 

Sobota. To był niesamowity i niepowtarzalny wieczór. Po raz pierwszy w życiu na żywo byłem świadkiem jak zawodnik/zawodniczka polska zdobywa mistrzostwo świata. I to w lekkiej atletyce. Królowej sportu. Sam od pewnego czasu biegam i bardziej niż kiedyś potrafię docenić wysiłek, który sportowcy wkładają w przygotowania. Wiem, ile trzeba czasu, bólu i poświęcenia, aby poprawić się choć o centymetr, sekundę.

 

Kiedy już było pewne, że Kamila Lićwinko zdobyła złoty medal uroniłem łzy. To było niesamowite widzieć najpierw piękną walkę Polki, a następnie jej wzruszenie, z tak bliska. Kiedy Kamila ze szczęścia płakała stojąca obok niej Hiszpanka, która zajęła trzecie miejsce, pokazywała jej, aby ta się uśmiechnęła. Później Polka z biało czerwoną flagą przebiegła przy aplauzie tysięcy rodaków, po bieżni, wokół areny. Cudowny widok, który na długo pozostanie w pamięci. Dodatkowo udało mi się zrobić zdjęcie złotego skoku. Jakość nie najwyższa, bo telefonem, ale czy to ważne, przecież nie żyję z robienia zdjęć.

 

 

Od zawsze, kiedy słyszałem hymn Polski, a na najwyższym podium stawał mój rodak/rodaczka lub rodacy jak jest w przypadku drużyn, po plecach przechodziły mi ciary. W niedzielę, słyszałem Mazurka Dąbrowskiego razem z tysiącami kibiców w Ergo Arenie na granicy Sopotu i Gdańska. Po wielokroć cudowne uczucie.

 

Ilu facetów, po przeczytaniu pierwszego zdania tego tekstu pomyślało, ale z tego Dybuka mięczak. Wzrusza się, bo Polka zdobyła medal, a przecież faceci nie płaczą. Czy na pewno? Poznałem wielu wspaniałych dojrzałych mężczyzn, którzy nie wstydzą się łez, bo trzeba mieć odwagę i niezwykłą wewnętrzną siłę i wrażliwość, aby się wzruszyć. I to był kolejny z powodów. Uświadomiłem sobie, jaką drogę przeszedłem w ostatnich latach. Ile pracy włożyłem i wkładam, aby stawać się coraz lepszym mężczyzną. Pełniejszym. Nie tylko takim, który biega, ćwiczy, dba o tężyznę czy kolejne zbite kilogramy. Ale także takim, który dba o rozwój wewnętrzny. Bo ważna jest równowaga. Stawać się mężczyzną, który jest na tyle wrażliwy, że na widok piękna, jego współudziału, zaczyna czuć to niepowtarzalne uczucie.

 

Kolejny powód, który przyczynił się do mojego stanu to świadomość, że żyję w pięknych czasach. Doczekałem chwili, kiedy w moim kraju, w Trójmieście odbywają się imprezy rangi mistrzowskiej. Najpierw w piłce nożnej, teraz w lekkoatletyce, a za chwilę w siatkówce. I co warte podkreślenia impreza była świetnie przygotowana. Ponadto kibice na trybunach dobrze się bawili, a sportowcy z całego świata dziękowali nam za świetny doping. To jest niesamowite. To ma moc i dla takich chwil warto żyć! Brawo dla wszystkich, którzy przyłożyli się do tego sukcesu!

 

Oczywiście, nie zapominam o tym, co dzieje się na Krymie, z jakimi problemami borykają się Polacy, ile trzeba naprawić. Ale i to jest dla mnie zwyczajnie niezwykłe, że można się cieszyć życiem, delektować nim, nie zapominając o tych, którzy potrzebują także naszego wsparcia. I wspierać…

 

Marcin Dybuk