Westerplatte jakiego nie miałem

Nigdy nie byłem tak wykończony na mecie jak po Biegu Westerplatte 2014. Nigdy też nie byłem tak szczęśliwy. Biegłem ze starszym synem, który debiutował i w tym wyjątkowym także dla niego dniu, postanowił mi pomóc zamiast walczyć o jak najlepszy czas dla siebie.

 

Pomysł na start w 52 Biegu Westerplatte 2014 zrodził się dawno. Kilka miesięcy temu kolega zaproponował zakład. „Chcę Cię wyprzedić na trasie” – powiedział Rafał. Proponował, aby to się stało w maju lub czerwcu. Jednak przygotowując się do lipcowego triathlonu w Gdańsku, będąc po kontuzji kolana, nie chciałem biegać szybko. Nie chciałem ryzykować. Najawżniejszy był start w triathlonie. Padło więc na wrzesień.

 

Triathlon wypadł dobrze. Kolano wytrzymało, choć z trzeciej dyscypliny byłem najmniej zadowolony. To był słaby bieg. Musiał taki być, bo podczas treningów poświęciłem jemu najmniej uwagi. Cel jednak został osiągnięty. Pokonałem strach przed pływaniem, a dokładnie nauczyłem się pływać po tym jak 25 lat temu się topiłem, wystartowałem i złamałem w debiucie trzy godziny w 1/4 Ironmana (950 m woda, 45 km rower, 10,55 km bieg).

 

19 lipca była radość, by niemal następnego dnia zacząć myśleć o 13 września. Rafał trenował razem z Akademią Biegania.

 

byczki w pionie

Dwa byczki przed startem: Rafał i ja.

 

Zajrzałem na jego Endomondo. Cholera – pomyślałem. – Może nie biega szybko, ale pod górę i długie trasy. Wybieganie, siła. Co on szykuje na Westerplatte? – pytałem siebie. Długo jednak nie czekałem. Napisałem do Moniki Smaruj. Pomożesz? – zapytałem. Miałem niewiele ponad miesiąc czasu i urlop przed sobą. Zgodziła się. Rozpocząłem pierwszy w życiu profesjonalny trening. Pięć razy w tygodniu. Inny niż dotychczas. Chwilami mocny, ale ciekawy. Wykonałem 90 procent zaplanowanych zajęć. Pod koniec cyklu kolano odezwało się. Lekarz zalecił dwutygodniową przerwę i fizjoterapię. Tydzień przed startem. Ból głowy okropny. Co zrobić? Większość radziła: Zdrowie najważniejsze. Będzie następny bieg… Niby tak, ale oprócz zakładu, a może nawet to było ważniejsze, debiutował Dawid, mój starszy syn. Zaproponował pomoc. Poprowadzę Cię – powiedział.

 

Decyzja miała zapaść w ostatniej chwili. Wizyta we wtorek u Magdy, fizjoterapeutki. Rewelacja. Miałem wrażenie, że łokciem tnie mi mięśnie. Czwórkę i przywodziciela. Wytrzymasz? – pytała. Oczywiście. Rób. Zaciskałem zęby. Oby tylko pomogło. Pomogło. Ból ustąpił. Ostatni mocniejszy trening przed sobotą w czwartek. Próba generalna. Kolano wytrzymało tempo 4:00 i szybsze. To jednak były tylko kilometrowe przebieżki. Jednak nie boli i to jest najważniejsze. W piątek jeszcze wizyta u Magdy. Ostatnie rozmowy z Moniką.

 

Sobota. Rano wyszedłem z psem. Nie wiało, ale to cholerne słońce. Było kilka minut po siódmej i już jest ciepło. Łatwo nie będzie. Nerwówka. Czy wytrzyma kolano, czy głowa podoła. Przygotowany fizycznie byłem dobrze. Treningi do triathlonu od lutego oraz miesiąc intensywnych przygotowań do Westerplatte dało kopa. Niepewność jednak była.

 

Na Westerplatte byliśmy kilka minut po godzinie 10. Dawid wyluzowany. Tak przynajmniej wyglądał. Aldona niestety, nie pobiegła, bo źle się czuła. Z Dybuków jeszcze moja Siostra Agnieszka debiutowało. Miało być nas czworo. Tak dużo jeszcze nigdy nie było. Troje też dobrze.

 

guzowscy i dybuki

Przed startem dużo spotkań ze znajomymi m.in. Iwoną Guzowską i Jackiem Wiśniewskim. Mimo wszystko humor dopisuje…

 

Wśród znajomych Arek, który przyłączył się do biegu ze mną i z Dawidem. Słyszał, że planuję złamać 45 minut. Co trzech to nie dwóch. Ustawiliśmy się na starcie. Pierwszy raz tak blisko z przodu. Gdzieś w okolicach strefy dla 40 minut. – Pusto jakoś. Ale to dobrze. Przynajmniej nie będą nas wyprzedać – pomyślałem.

 

Start. Pierwsze dwa kilometry ok. Starałem się utrzymywać tempo poniżej 4:30. Jednak trudno było biec w równym tempie. 4:30, 4:20, 4:00. Starałem się nad tym panować. Słońce dawało popalić. Na trzecim kilometrze poczułem pierwszy raz zmęczenie w łydkach. Czyżbym za mało odpoczął? – pytałem siebie. – Nie ważne. Biegłem. Obok mnie Dawid i Arek. Trzy kilometry dalej już tak dobrze nie było. Miałem dość słońca. Przeklinałem pod nosem. Wszystko mnie denerwowało. Co pewien czas słyszałem jak ktoś ze znajomych wykrzykiwał moje imię. Najgłośniej krzyczała Monika, która biegła ze znajoma trochę za nami, a że byliśmy już po pierwszym nawrocie to się mijaliśmy. Dawaj Marcin, dawaj! To był ważny moment. Zwątpienie przynajmniej na chwilę ustąpiło. Dawid co chwilę proponował wodę. Trochę płukałem usta, trochę polewałem głowę. Syn się nie odzywał. Tak się umówiliśmy.

 

umieram

 Na ostatnim kilometrze miłem wrażenie, że umieram. W przeciwieństwie do Dawida, który miał jeszcze dużo sił…

 

W okolicach ósmego kilometra Dawid „przejął” inicjatywę. Pokazywał zacienione miejsca, które z lekkim wiatrem dawały chwilę wytchnienia. Sugerował zwolnienie tempa. Kiedy zerknąłem na zegarek zobaczyłem średnie tempo 4:31. To oznaczało, że biegniemy za wolno. Byłe jednak czas na przyspieszenie. Od tego momentu przestałem kontrolować czas. Przyspieszyłem na ile mogłem. Dawid chyba coś do mnie mówił. Okrzyki Aldony, dzieci i znajomych na ostatnich metrach dały potrzebnego kopa energi. Kiedy wbiegłem na metę nie mogłem uwierzyć. Czas 43:42. Nie dowierzałem. To oznaczało, że biegłem w tempie 4:22. Bez szans. Kiedy chwilę później jeszcze raz zerknąłem na zegarek wszystko było jasne. GPS pokazywał 9,73 km. Szlag by to trafił. Jak to możliwe? Kto wpadł na pomysł, aby na biegu 10 kilometrowym przygotować o ponad 200 metrów krótszą trasę. Co za głupota!!! delikatnie rzecz ujmując. To był bieg do którego przygotowywałem się dość mocno. Biegłem po życiówkę do której zabrakło 270 metrów. Nie czasu, bo okazuje się, że średnią na mecie miałem 4:30. To oznaczało, że biegłem w czasie 45 minut, a może troszkę szybciej. Tak jak chciałem. Ile osób wśród biegaczy było w podobnej sytuacji jak ja? Pewnie dużo. Szkoda, że organizatorowi zabrakło wyobraźni lub odwagi, aby jeszcze przed startem poinformować, że trasa ma ok 9,8 km.

 

No dobra, ale prawda jest też taka, że po pierwszym zdenerwowaniu przyszedł czas na radość. Udało się zrealizować drugie sportowe marzenie tego roku. Zostałem triathlonistą i biegam dziesięć kilometrów 45 minut. Szkoda tylko, że nie uda mi się powtórzyć takiego biegu w tym roku. Teraz czas na odpoczynek. Policzyłem, że w 2014 roku już przez 180 dni ciężko trenowałem. 5-6 jednostek treningowych tygodniowo. To dużo.

 

Dawid i jaWesterplatte Aldona i ja

Dybuki i Jacekz siostr

Wiele osób chciało sobie ze mną zrobić zdjęcie: Dawid, Aldonka, Jacek i Agnieszka, siostra… No dobra, żartowałem. To ja chciałem z nimi 🙂

 

Teraz czas zająć się kolanem, a później rozpocząć przygotowania do nowego sezonu, przede wszystkim triathlonowego. Okazuje się, że pływanie i jazda na rowerze ma dobry wpływ na kolano, a samo bieganie zbytnio je obciąża. I tego będę się trzymał.

 

Mam jeszcze nadzieję, że Dawid pobiegnie 10 kilometrów w Sopocie lub w Gdyni. Obstawiam, że zajmie mu to około 40 minut. Więcej, czy mniej? To zależy od wielu czynników. Wiem, że ma potencjał, a że triathlon go wciągnął, tak więc…  Jakoś to wszystko będzie trzeba w domu poukładać. W tym roku zadebiutowała, zresztą jako pierwsza w rodzinie, w triathlonie Aldonka. Majkę ciągnie do biegania, a Kajetana do piłki nożnej. Sport wkardł się do naszego życia dość wyraźnie. Oby tylko nie stracić przez to z oczu tego co najważniejsze…

Marcin

medale

 

Dwa lata temu przygodę z bieganiem zaczynałem podczas Biegu Westerplatte. Czas 54 minut 38 sekund. W tym roku biegłem w tempie 4:30, co daje 45 minut. Satysfakcja. Dużo się nauczyłem w tym czasie. Kontuzja mnie nauczyła. Bardziej wsłuchuję się w swój organizm. Mam kolejne cele i nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Daj Boże…

 

Tri Dybuki, czyli debiut Dawida

Dawid ma za sobą debiut w triathlonie. W Mrągowie, jako najmłodszy zawodnik, mierzył się z rywalami. Przede wszystkim jednak walczył ze sobą. Trudno na mecie było dostrzec u niego uśmiech. Tyle rzeczy zrobiłem źle – mówił. Ale cieszysz się? – dopytywaliśmy. Tak – powiedział, aby za chwilę dodać. – Ale…

 

Czerwiec należał do Aldony, która jako pierwsza została w naszej rodzinie triathlonistką. 8 czerwca stanęła na starcie i mecie 1/8 Ironmana (475 metrów pływanie, 22,5 km na rowerze i 5,275 km biegania) w Brodnicy. Już wtedy Dawid chciał z nią wystartować. Mama jednak nie chciała dodatkowo denerwować się, oprócz swoim startem, zmaganiami 16-letniego syna. Tak więc „wyrok” został odroczony. Lipiec należał do Marcina. 1/4 IM w Gdańsku. Oba starty dały nam dużo pozytywnej energii i przemysleń.

 

W tle tych wydarzeń do swojego startu przygotowywał się Dawid. Data i miejsce oraz dystatns został ustalony jeszcze w czerwcu. 31 sierpnia Mrągowo, 1/8 IM. Trenował ostro. Czasami nawet za ostro. Ale kto młodemu broni… I tak mijały dni, aż nadszedł czas wyjazdu. Pobudka 4.30. Ekipa techniczna czyli Mama i Tata zajęła się swoimi zadaniami. Kanapki, pakowanie samochodu i inne takie. Godzinę później wszyscy członkowie rodziny Dybuków, także pies, siedzieli już w samochodzie. Jazda… Kilka minut przed godziną 8 dotarliśmy na miejsce. Odebraliśmy pakiet startowy. Czas na wstawienie roweru do strefy zmian…

 

tri Dawid 2

 

Zaczęło wyczuwać się nerwowość zawodnika i pozostałej części ekipy. Dawid nastawil się na wynik. Rodzice przekonywali go, aby cieszył się startem. On jednak wiedział swoje, a my swoje :). Co nas nie zniszczy to nas wzmocni. Ponadto i tak wyszło na nasze… Ale co z tego. Jeszcze nie raz wyjdzie, a nastolatek i tak będzie wiedział swoje. Taki klimat, takie życie.

 

tri Dawid 3

tri Dawid 4

 

Najpierw do zmagań stanęli uczestnicy 1/2 i 1/4 IM. Dawid miał okazję przyjrzeć się startowi. Obejrzeć teren i poczuć jak adrenalina rośnie. W tym czasie skupienie coraz bardziej pukało do jego umysłu. Trudno było wypatrywać uśmiechu… Ale my się nie dziwiliśmy. Też to przeżyliśmy. W końcu to debiut. A ten rządzi się swoimi prawami 🙂

 

tri Dawid 5tri Dawid 6

 

Czas na ostatnie przygotowania. A to oznaczało, że ekipa techniczna miała ręce pełne pracy. Ostatnie poprawki, ostatnie uwagi i czas do wody. 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1… Start. I popłynął, a my wypatrywaliśmy go z pomostu.

 

tri Dawid 7

 

Jedenaście minut później był już na brzegu…

 

tri Dawid 8

 

Po pływaniu czas na rower. Tego Dawid chyba obawiał się najbardziej. Jechał na pożyczonym od Taty sprzęcie. Dwa pierwsze treningi skończyły się dla niego upadkiem. Green Boy, jak nazwał go Tata Marcin, do pokornych nie należał. Ale w końcu udało im się zaprzyjaźnić i pojechali…

 

tri Dawid 9

 

44 minuty i średnia prędkość ponad 30 kilometrów na godzinę w debiucie wstydu nie przynosi, ale jak sam stwierdził Dawid pierwszą część dystansu mógł pojechać szybciej. Podobnie jak lepiej mógł popłynąć. Kopniaki od rywali i dwa razy się zachłysnął, to cena jaką zapłacił w wodzie. Podobnie jak Mama i Tata, który po debiucie też stwierdzili, że mogli popłynąć lepiej. Ale kto nie mógł w pierwszym starcie tego zrobić lepiej. W końcu debiut służy zbieraniou pierwszych doświadczeń…

 

dawid meta

tri Dawid 11

 

Meta. Już sam finisz pokazuje, że bieg mimo kolki był najlepszy w wykonaniu Dawida. Gdyby tylko patrzeć na wynik tej dyscypliny to Dawid zająłby 30 miejsce, a warto przypomnieć, że był najmłodszym uczestnikiem. Ostatecznie zajął 49 miejsce w czasie 1:24:29. Nieźle – jak stwierdził Marcin Sobczak, zwycięzca całego cyklu 1/8 IM oraz Monika Smaruj, która może już niebawem będzie przygotowywała Dawida do startów za rok. – Jeśli lubi ciężko pracować możemy popracować – powiedziała. Dawid też chce. Pozostają już tylko ostatnie ustalenia i kto wie…

 

Póki co jednak cieszymy się triathlonowym, debiutanckim sezonem. Przed nami jeszcze start w Biegu Westerplatte 13 września. Prawdopodbnie całej trójki. Tym razem staniemy razem na starcie, a później pogratulujemy sobie wyników na mecie. I będziemy się dobrze bawić, bo przede wszystkim o zabawę w tym wszystkim chodzi.

 

Marcin

 

Ps. Warto dodać, wręcz trzeba, że także Majka ma za sobą triathlonowy debiut. Jednak w jej przypadku była to wersja dla dzieci. Aż strach pomyśleć co będzie się działo w naszej rodzinie jak będzie chciała kontynuować tą zabawę 🙂 Ale ciśnienia na szczęście u nas w domu nie ma, tak więc wybór należy do Niej.

 

Ps. 2 Kajetam do Taty: Jak będę mnie w szkole pytać jakie sporty uprawiamy to dziwnie będzie brzmieć moja odpowiedź…

 

Tata: ?

 

Kajetan: Tata uprawia triathlon, Mama triathlon, Dawid triathlon, Maja triathlon, a ja piłkę nożną 🙂

Fajnie mieć sportową rodzinę

Fajnie mieć sportową rodzinę – powiedział Dawid podczas rodzinnego biegania w Berlinie. I miał rację. Ostatni akcent naszego rodzinnego urlopu sprawił nam dużo radości. Maja i Kajetan po raz pierwszy pobiegli w zorganziowanej imprezie. I to z wielkim uśmiechem na buziach. Podobny mieli rodzice kiedy dobiegli na mętę 10,55 kilometrowej trasy w stolicy Niemiec.

 

Wyjazd do znajomych w Berlinie Aldona zaplanowała już kilka mięsięcy temu. To był jeden z przezentów, który sprawiła mi na 40 urodziny. Pakiet startowy w 1/4 maratonu. Dwuosobowy. Tak więc wyjazd do stolicy zachodnich sąsiadów oznaczał dwie pieczenie na jednym ogniu. Spotkanie ze znajomymi, z którymi przez wiele lat byliśmy w Gdańsku sąsiadami i start na 10,55 km.

 

Zanim jednak rodzice pobiegli z koleżankami i kolegami z Niemiec rywalizowała Maja i Kajetan. Udało się naszego największego przeciwnika biegania namówić do startu. Mowa oczywiście o Kajetanie. 900 metrów przebiegli niemal równocześnie i co najważniejsze z uśmiechem na twarzy.

 

A tak opisuje to Maja:

 

Dotarliśmy na miejsce zawodów. Chłodne powietrze smagało nasze twarze. Było zimno, ale to nam nie przeszkadzało. Emanowaliśmy ekscytacją i małym stresem. Po ostatnich przygotowaniach razem z Kajem stajemy na starcie. Najpierw młodsze dzieci, którzy będą biegać 300 metrów. Leci muzyka, mimo że jest zdenerwowanie jest super. Jakiś pan pyta o coś kilka osób z przodu. Dobrze, że tam nie stoimy, bo obawiam się, że ledwo bym wyjąkała ,,I don’t speak English” 🙂. Oprócz tego było też odliczanie. To było takie fajne, że mogłam to robić. A potem… wreszcie pobiegliśmy. Na początku było wszystko w porządku, ale wracając nagle bardzo zaczęła mnie boleć łydka. Dzień przed biegłam 6 kilometrów i raczej nie wyszło mi to na dobre. Mimo, że dobiegłam na metę z bólem to i tak stwierdzam, że było to ciekawe doświadczenie i bardzo się cieszę, że wystartowałam w Berlinie :).

 

Ledwo dzieci zdążyły odebrać medale, Dawid zrobił nam zdjęcie, a już rodzice ustawiali się na starcie. Maja i Kaj tym wspólnie z Dawidem wcielili się w rolę kibiców.

 

Plan dla rodziców był następujący. Biegniemy w swoim tempie. Pierwszy raz w tym roku osobno. Szczerze mówiąc trochę się tego obawiałem. Aldona już kilka dni przed startem była pełna obaw. Nie czuła się zbyt mocna. Myślała nawet o rezygnacji. Ale jak się jedzie do Berlina, to jednak nie po to, aby odpuszczać. Na mecie? Nie widziałem Jej wcześniej tak zadowolonej. Czuła się świetnie, a czas tylko to potwierdził. 10,55 km przebiegła w godzinę i siedem sekund. Dycha pękła z nową życiówką – 56:59. Prawie trzy minuty lepiej niż w czerwcu. Jeszcze nigdy tak dobrze mi się  nie biegło – powiedziała. Dobrze ją rozumiałem. Mnie także się tak dobrze nie biegło jeszcze nigdy. I czas dał dużo satysfacji. 10,55 km w 48:40, a 10 km w czasie 46:03 to nowe rekordy. Ten drugi poprawiony ponad o minutę. A mogło być lepiej gdybym zdążył przed startem skorzystać z toalety…

 

Na mecie zastanawialiśmy się co się stało, że tak dobrze nam się pobiegło. Znalaśliśmy kilka przyczyn. Mniej i bardziej poważnych:

 

– biegliśmy osobno i każdy robił co chciał. Zwalniał, przyspieszał, rozmawiał. Aldonka gawędziała z koleżanką z Niemiec poznaną na trasie 😉

 

– wprowadziliśy przed startem kilka zmian w przygotowaniach, a dokładnie ja. Pierwszy raz truchtaliśmy dzień przed zawodami. Chyba pobudziliśmy organizm przez co nie był ospały w dniu zawodów (Moniko dziękujemy za sugestie. Robią wrażenie)

 

– pogoda była do biegania. 17 stopni, niewielkie słońce

 

– przyjemna i bezwietrzna trasa

 

– wyprzedzać tylu Niemców na trasie… to jednak dawało kopa. Przynajmniej mnie. Zastanawiałem się czy gdybym biegł w Moskwie nie byłoby lepiej? 😉

 

– efekt przygotowań do triathlonu. Są owoce ciężkich treningów

 

– to były ostatnie dni urlopu, czyli byliśmy wyluzowani i wypoczęci 🙂

 

Aldona, Marcin i Maja

A gdyby to były ostatnie chwile życia

Tu i teraz. To jest to. Nie ma nic ponad. Tak czułem się kiedy w kawiarni patrzyłem na córkę i Jej radość z pierwszej prawdziwej, kupionej Jej kawy. Delektowałem się obrazem. Blaskiem bijącym od Niej. Potrafić cieszyć się chwilą, która trwa krótko, ale nadaje życiu smak…

 

Kiedy 19 lipca ukończyłem triathlon cieszyłem się. Bardzo. Jeszcze na początku 2014 roku nie sądziłem, że to możliwe. Nie potrafiłem pływać, bałem się wody. Nauczyłem się. Przygotowałem i wystartowałem. Przepłynąłem 950 metrów w Bałtyku. Przejechałem na rowerze 45 kilometrów i przebiegłem 10,55. Po zawodach usłyszałem, przeczytałem wiele ciepłych słów. Słów uznania. Niekiedy słyszałem, że jestem człowiekiem z żelaza. I jakoś to określenie wywoływało we mnie największy sprzeciw. I wcale nie dlatego, że wystartowałem „tylko” w ¼ Ironmana. A dlatego, że człowiekiem z żelaza nie chcę być… Choć całego Ironmana (3,8 km pływania, 180 km na rowerze i 42 km biegu) kiedyś ukończyć może się uda. Nie chcę być, aby nie zapomnieć jak kruche jest życie.

 

Do napisania tych niepoukładanych przemyśleń natchnął mnie wpis panczenistki, srebrnej medalistki z Igrzysk Olimpijskich w Soczi. „Człowiek planuje pół roku do przodu… cały sezon, poszczególne dni i treningi. Tyle miałam w planie: Górski Wyścig Wałbrzyski, obóz z kolarkami torowymi, Mistrzostwa Polski na torze w Pruszkowie i wiele innych planów oraz sukcesów na ten sezon. Proponuję żyć z dnia na dzień, nie planując za dużo w życiu… kręgosłup połamany + 12 szwów = zderzenie z traktorem” – napisała Natalia Czerwonka na swoim profilu na FB. Szok.

 

Sekundy. Tyle może zdecydować o zmianie wszystkiego. Przez wiele lat naszego małżeństwa, życia w rodzinie odkładałem „wakacje marzeń” na później. Pieniądze oszczędzałem, aby zabezpieczyć byt rodzinie. I co? Na wakacje nie pojechaliśmy, a pieniądze chowane w skarpecie szczęścia  nie dawały. Przez długi czas Aldonka cierpliwie pracowała nade mną, nad zmianą spojrzenia na życie. I w końcu Jej się udało. Powiedzieliśmy: Koniec. Teraz planujemy wszystko tak, aby udało nam się zwiedzić ciekawe zakątki. Ale przede wszystkim pobyć razem. Byliśmy na Krecie, w Barcelonie, Rzymie, Berlinie i kilku innych miejscach. Wspomnienia pięknych chwil. To mogę zostawić po sobie.

 

W ostatnich dniach gościliśmy Przyjaciółkę z Pragi. To co mnie w niej zachwycało i zarazem denerwowało, to jej brak pośpiechu. Wszystko robiła jakoś tak wolno. Na Jarmarku św. Dominika delektowała się niemal każdym stoiskiem z biżuterią. Ja się spieszyłem, a Ona czerpała garściami. Ja nie zauważałem pięknych rzeczy wokół siebie, a Ona kupiła je dla najbliższych. Dobra to była lekcja.

 

Kiedy Gabi wyjechała przyjechał zaprzyjaźniony zakonnik. Ten to potrafi żyć. Na długo zapamiętam jak przeglądał z najmłodszym, 10-letnim synem, jego gazetę o piłkarzach. Ja zerknąłbym tylko, aby nie robić przykrości Kajetanowi. On z dużym zainteresowaniem przejrzał ją, a na stronie z sytuacyjnymi żartami uśmiał się jak dziecko. Od samego patrzenia na Niego humor się poprawiał. Kiedy już wyjechał zapytałem dzieci o wrażenia z wizyty Ojca. Dopiero go poznały. Super – stwierdziły wszystkie. – Taki otwarty, szczery. Długo wieczorem siedziały z nami i słuchały Go z zainteresowaniem, choć przeważnie jak mamy gości to raczej wolą swoje zajęcia. Kolejna lekcja do odrobienia.

 

We wtorek Aldona i Maja umówione były do fryzjera. Ja później miałem z córką pojechać do sklepu, aby uzupełnić jej garderobę. Nie za bardzo miałem na to ochotę, ale jak trzeba to trzeba – powiedziałem żonie. Kiedy już zapłaciłem za poprawioną fryzurę córki pojechaliśmy do sklepów. Udało nam się kupić bluzki i niezbędne kosmetyki. Majka wyjeżdża za chwilę na obóz. Później okazało się, że mamy trochę czasu czekając na mamę. Poszliśmy do kawiarni.

 

– Tato kupisz mi kawę – zapytała Majka, która już od dłuższego czasu chciała napić się swojej kawy, a nie tylko podpijać od rodziców.

 

– Ok. Ale jakąś słabą – powiedziałem. I tak ja piłem cappuccino, a Maja latte. Jej radość, a później opowieści to było coś najlepszego, co mogło mi się przydarzyć tego dnia. Słuchałem jej i się uśmiechałem. Przestałem zerkać na zegarek i cieszyłem się spotkaniem. A muszę przyznać, że od żartów i lekkich tematów, buzia jej się nie zamykała, przeszliśmy do poważniejszych. To były piękne chwile. I co z tego, że w tym czasie nie załatwiłem jakiejś sprawy z długiej listy spraw do załatwienia. Zrobię to później. A w tym czasie cieszyłem, delektowałem się chwilą. Ciągle się tego muszę uczyć…

 

Tata

Zagadka biblioteki. Nowe opowiadanie Majki

Udało się! W końcu Maja przesłała Tacie opowiadanie, które został nagrodzone w szkolnym konkursie. Niesamowite. A pomysłami na fabułę autorka mogłaby obdzielić kilka osób. Oczywiście to subiektywna opinia Taty. Ale sprawdźcie sami…

 

 

Zagadka bibliotek

Biblioteka to mój drugi dom. To on mi daje to ciepło, którego nie dostaję od ciotki. Spędzam tam całe dnie. Kończę szkołę i biegnę do biblioteki. Jest tylko jedna. Mieszkam w malutkiej wsi, ale w wielkim domu. Moja ciotka jest wdową, odziedziczyła majątek po mężu. Pewnie myślicie, że wyszła za niego dla pieniędzy, jak to jest w większości książkach. Ale nie, muszę was zaskoczyć… Kochała go. Niestety wujek umarł. Chyba od tamtego momentu ciocia nie potrafi nikogo obdarzyć miłością. A jak to się stało, że tutaj wylądowałam? No cóż, jestem sierotą. Moi rodzice zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Miałam wtedy dziewięć lat. Od tamtego czasu, czyli od trzech lat inne dzieci się mnie boją. Dosłownie. Omijają mnie szerokim łukiem i patrzą z przerażeniem jakbym była co najmniej czarownicą albo kosmitą. Bolało i nadal boli, ale nauczyłam się z tym żyć. Przepłakałam wiele nocy. Teraz nie płaczę, wiem jak się powstrzymać. Teraz jestem silna. Ale ja nie płakałam za rodzicami, o nie. Ich, mimo że miałam wtedy dziewięć lat w ogóle nie pamiętam. Czasami widzę ich w snach. Ale czy to na pewno moi rodzice też nie mogę wiedzieć, bo nie zachowały się żadne zdjęcia. Jedyna pamiątka to imię Anastazja…

 

Jak się pewnie domyśliliście nie mam przyjaciół wśród rówieśników. Ale w bibliotece znalazłam swoje miejsce. Są tam książki, które tak kocham. Nasza jedyna na wsi biblioteka jest malutka, ale za to przytulna. No i jest tam Monika. Dziewczyna pracująca w bibliotece, jedyna która mnie akceptuje. Często rozmawiamy. Teraz chyba przyszedł czas na przedstawienie się. Jak już wiecie mam na imię Anastazja. Moje kruczo-czarne włosy okalają twarz, a z niej na świat patrzą kocie zielone oczy. Oczywiście uwielbiam czytać książki i… patrzeć na ludzi. Przeszywam ich wtedy wzrokiem i dowiaduję się wszystkiego. Pewnie nie powinnam, ale czuję satysfakcję, kiedy zmieszani spuszczają wzrok. Monika mówi, że ładnie piszę, ale trudno jest mi w to uwierzyć. Ok. Nadszedł czas na moją historię. Nadszedł czas na zagadkę biblioteki.

 

Słychać gwar rozmów. To uczniowie, którzy z radością skończyli lekcje. Idą do domów grupami. Ja jestem jedyna, samotna. Ale nie przeszkadza mi to. Na samą myśl, że zaraz będę w bibliotece czuję radość. Ta radość mi wystarczy. Z resztą kto chciałby ze mną wracać ze szkoły? Nikt. Dlatego rozkoszuję się w mojej samotności. Obserwuję ludzi wzrokiem. Nie patrzę, ja obserwuję. Wszystko. Może dlatego ludzie się mnie boją? – myślę. Ale więcej nie zaprzątam sobie tym głowy, bo już dotarłam do biblioteki. Witam się z Moniką:

 

– Cześć! Co tam? – zapytałam.

 

– Ah, nic – wzdycha. – Dobrze, że przychodzisz, bo życie byłoby nudne. Zdecydowanie za nudne. Przyszła dostawa książek.

 

– Tutaj? – zdziwiłam się.- Ktoś w ogóle tu jeszcze przychodzi? – zapytałam z rozbawieniem. Mam kiepskie poczucie humoru.

 

– Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne. Pomogłabyś mi rozpakowywać te tomy – jak zwykle się droczyłyśmy.

 

Zdjęłam kurtkę i zabrałam się do pracy. Wtedy jedna książka przykuła moją uwagę. Była to bardzo stara książka.

 

– Mogę zobaczyć? – zapytałam.

 

– Jasne – odpowiedziała Monika.

 

Na okładce widniały zielone, kocie oczy. Wyglądały dokładnie tak samo jak moje. I miały to samo spojrzenie. Z zaciekawieniem otworzyłam tom. A tam ujrzałam… siebie. To byłam ja z tym znamieniem w kształcie gwiazdy. A co dziwne był tam też mój opis. Przewróciłam kartkę. Nic. Pusto. Tak samo dalej, i dalej. Byłam już totalnie zbita z tropu, kiedy przyszła Monika. Na widok okładki wytrzeszczyła oczy, choć szybko to zamaskowała. Ale ja nie patrzyłam, ja obserwowałam i dostrzegłam tą reakcję. To sprawiło, że byłam jeszcze bardziej zainteresowana tajemniczą księgą.

 

– Wiesz, że dowieźli ją aż z Portugalii?

 

– Naprawdę? – to się robi coraz bardziej intrygujące.

 

– Yhm. Dziwne, nieprawdaż?

 

– Tak, nawet bardzo – stwierdziłam. – Twoja reakcja też mi nie pomaga.

 

Monika się poddała. Wiedziała, że mnie nie przechytrzy.

 

– No dobra, poddaję się. Wygrałaś. Ale to ty musisz rozwiązać zagadkę – powiedziała i odeszła.

 

Jeszcze raz otworzyłam książkę i odkryłam krótki wierszyk. Byłam pewna, że wcześniej go nie było, ale nie zastanawiałam się nad tym długo, bo zaintrygowała mnie treść:

 

Kocie spojrzenie

Da nam ocalenie

Harfy brzmienie

Da nam ukojenie

Moc ze Szmaragdu się wywodzi

Ta moc na nowo się narodzi

Lecz nie nam niemowlę będzie dane

Ale im oddane

Słowa te moc zyskają

Kiedy kocie oczy je przeczytają

I zrozumieją

 

Muszę przyznać, że ten tajemniczy i niezwykły wierszyk dał mi do myślenia. Przepraszam, nie wierszyk – zagadka. Przypomniałam ją sobie, ale jakby przez mgłę. Co wcale nie oznacza, że ją rozumiem. Bo np. co oznacza ,,nam”? Kim są ci ,,nam’’? Albo jaka moc ze szmaragdu? I jakie niemowlę? Te myśli kotłowały się w mojej głowie. Przeczytałam go Monice, ale ta zareagowała tak jak wcześniej. Miałam sama sobie z nim poradzić. Sama musiałam rozwiązać zagadkę. W ten sposób upłynęły mi kolejne dni. Na rozmyślaniu. Szukałam odpowiedzi wśród ludzi. Obserwowałam z większą uwagą, o ile w ogóle jest to możliwe. Ale to nie poskutkowało. Jakby ta zagadka była nie z tego świata. Zdałam sobie sprawę z odpowiedzi przesiadując w bibliotece i oglądając album z moimi zdjęciami , który zabrałam ze sobą. Na jednej fotografii napisane było ,,Na zdjęciu widnieją kocie oczy Anastazji, jak nie z tego świata. Przeszywające na wskroś i mrożące krew w żyłach” . Ten podpis coś we mnie tknął. Szybko wyjęłam z plecaka przysłaną tu książkę. Na głos raz jeszcze przeczytałam zagadkę. I zrozumiałam. Że na okładce są moje oczy. Że moja rodzina nie pochodzi z tego świata. Że z powodu mocy moich oczu ludzie się mnie boją. Że od dawien dawna największym atutem moich prawdziwych przodków jest moc oczu. Wszystkie te wiadomości dotarły do mnie jednocześnie.

 

Nagle zapadła ciemność. Dostałam mdłości i bóle brzucha. W następnej sekundzie znajdowałam się w… no właśnie nawet nie wiedziałam gdzie. Byłam mocno zdezorientowana. Ale oczywiście zaczęłam obserwować. Znajdowałam się w wielkiej sali, można by powiedzieć, że sali tronowej. Dla kogoś trudno byłoby cokolwiek zobaczyć, ale ja jestem inna i wszystko doskonale widziałam. Okna były zasłonięte bordową tkaniną. Pode mną rósł mech, a tron został upleciony z gałęzi drzew. Sala była bardzo skromna. Zaledwie parę mebli z sosnowego drewna. Na tronach, bo były dwa, siedzieli mężczyzna i kobieta. W tych zachwycających szatach wyglądali majestatycznie. Obaj mieli takie same oczy jak ja. A obok nich siedziała ostatnia osoba, której bym się tutaj spodziewała. Była to Monika o zielonych oczach. Nie niebieskich, lecz zielonych. Zdałam sobie sprawę, że nie wszystko wyglądało tak jak myślałam. Wtedy kobieta wstała. Podeszła do mnie posuwistym krokiem. Miała wydatne kości policzkowe (kolejne podobieństwo do mnie), piękne, gęste czarne włosy i uderzająco czerwone usta. Mężczyzna o umięśnionych i barczystych ramionach miał dość długie czarne włosy i krzywy nos. W jej i jego oczach widać było przenikliwość, potęgę i inteligencję. Nie miałam wątpliwości, oni byli moimi…

 

– Anastazjo, miałem nadzieję, że trochę szybciej do tego dojdziesz – powiedział mężczyzna. – Nie mów do mnie tata, jestem Dawid.

 

– Nie zamierzałam – stwierdziłam.

 

W tym czasie kobieta była już przy mnie. Podniosła mi brodę i powiedziała:

 

– Pokaż mi się – zaczęła coś mamrotać pod nosem. Kiedy moja matka oglądała mnie uważnie z wszystkich stron Dawid opowiadał.

 

– Przepraszam cię za nią. Przed zaakceptowaniem kogoś musi go najpierw dokładnie obejrzeć… jak pies – kobieta rzuciła Dawidowi groźne spojrzenie.

 

– Jestem Eleonora. Mów do mnie jak chcesz. Oh, kochanie jak ja za tobą tęskniłam – przytuliła mnie. Nie wiedziałam jak zareagować, bo jeszcze nikt mnie nigdy nie przytulał. Więc pozostałam bez ruchu. Na twarzy Eleonory odmalował się ból, ale szybko go ukryła. – Skoro już tu jesteś, zapewne zrozumiałaś moc naszych oczu. Możemy dzięki nimi zabijać, uzdrawiać i o wiele więcej. Ty masz ten specjalny dar, dzięki któremu potrafisz splatać dwa światy. Musisz się tego nauczyć.

 

– Chwila – przerwałam. – To znaczy, że ja tu będę mieszkać?

 

Eleonora pokiwała z entuzjazmem głową. Widocznie niezwykle się cieszyła z mojego powrotu. W przeciwieństwie do mnie.

 

– Dorastając, obudzisz nowe zdolności. Oh, będziesz cudowną władczynią! – krzyknęła.

 

– Zaraz, zaraz. Władczynią?! – to już była lekka przesada.

 

-Ups, wymsknęło mi się – Eleonora zasłoniła sobie usta rękoma, a wtedy Dawid przewrócił oczami.

 

– Mieliśmy powiedzieć ci to trochę później, ale Ta jak zwykle się wygadała… – nie usłyszałam więcej, bo ja już wyszłam z pomieszczenia. Nawet nie wiedziałam gdzie idę. Byle dalej od nich. No dobra, to trochę przereklamowane, ale tak się naprawdę czułam. Weszłam do jakiegoś pokoju, gdzie było łóżko. W następnej chwili już spałam.

 

Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam Monikę. Siedziała przy łóżku. Poderwałam się.

 

– Cii – uspokoiła mnie.

 

– Dlaczego? – pytam.

 

– Musisz wiedzieć, że jestem siostrą twojej matki, a więc twoją ciocią. A dokładniej matką chrzestną. Zostałam wysłana razem z tobą na tamten świat jako opiekunka. Wiedz, że twoi rodzice to para królewska. I to Tobie ich jedynej córce przypada tron. Musisz się z tym pogodzić – powiedziała Monika.

 

– Co właściwie robi królowa w takiej krainie?

 

– Właściwie nie nazywamy tak władczynię. Mówimy Czuwająca. Ty będziesz musiała czuwać nad dwoma światami, a zarazem je łączyć. Jeden nie może żyć bez drugiego i odwrotnie. Żyjemy na snach i wyobraźni ludzi. Od ciebie zależą losy wszystkich ludzi… z dwóch światów.

 

Przypatrywałam się jej szukając jakiejś oznaki, że to po prostu dobry żart, ale nic nie znalazłam.

 

– Dajcie mi tydzień – stwierdziłam po dłuższym namyśle.

 

Tak więc kolejny tydzień upłynął mi na rozmyślaniu. A przy okazji poznawałam tą niesamowitą krainę o wielu urokach. Widziałam niezwykłą roślinność i zwierzęta. Jedno nawet tak się do mnie przywiązało, że chodzi za mną wszędzie. Oboje doskonale się rozumiemy. Powoli, ale tak też się staje ze mną i z rodzicami. Spędzam z nimi trochę czasu. Spotkałam się również z Mędrcem czyli drzewem połączonym z ludźmi o wielkiej mądrości. Drzewo łączy ich, zbiera i dzięki temu jest niesamowicie inteligentne. Jest Mędrcem. Dostałam od niego radę: „Idź za głosem serca”. Znowu przereklamowane, ale nadal prawdziwe. Poznałam także mieszkańców tej krainy. Zdążyłam się też zaprzyjaźnić z dziewczyną o imieniu Diana.

 

Minął tydzień i nadszedł czas podjęcia decyzji. Wracam do mojej wioski czy zostaję. Doszłam do wniosku, że pokochałam tą magiczną krainę. Zdecydowałam, że tutaj będzie mój nowy dom.

 

Maja

Triathlon Gdańsk przygoda jakich mało

Po 150 dniach przygotowań w końcu Tata wystartował w triathlonie. Do przepłynięcia miał 950 metrów, na rowerze przejechał 45 kilometrów i przebiegł 10,55. Dużo pozytywnej energii przed, w trakcie i po starcie. Niesamowita atmosfera i czas, który dał jeszcze więcej radości. Po cichu marzył o złamaniu trzech godzin i się udało. Czyli marzenia się spełniają…

 

 W czwartek Tatę na ulicy zaczepił sąsiad i zapytał jak poszło w triathlonie.

 

– A skąd on wie? – pomyślał Tata, ale nie dopytywał. Tylko odpowiedział, że super i bardzo jest zadwolony ze startu. Po chwili wyjaśniło się skąd Andrzej wiedział. Jego żona czyta bloga.
– Dobry jest – dodał Andrzej z uśmiechem.
A Tata się zmartwił. Przecież jeszcze nic nie wrzuciłem na bloga o zawodach. To duży błąd. Ale jak to zrobić jak na wszystko brakuje czasu – pomyślał. – Kilka zdjęć i podpisy. Na fotkach widać atmosferę, która towarzyszyła przed, w trakcie i po zawodach – stwierdził Tata.

 

Tak więc do dzieła:

 

triathon gdans przed startem male

 

Pominiemy kilka nerwowych szczegółów z domu i przed startem. Jednak co trzeba napisać to trzeba. Tata nie był najspokojniejszym zawodnikiem 🙂 A rodzinka nerwowo, albo nie przygotowywała różna hasła, plakaty, które miały jeszcze bardziej dodać Tacie energii. I dodały, co widać już na powyższym zdjęciu. Tuż przed startem On i jego koleżanki i koledzy pełni energii…

 

TG z wody mala

 

Udało się. Wyszedł z wody przed 25 minutą, tak jak sobie zaplanował. Owszem, jak sam później mówił, można było szybciej, ale w debiucie trzeba frycowe zapłacić. Jednak w tamtym momemcie w ogóle mu to nie przeszkadzało, co zresztą można zobaczyć na kolejnym zdjęciu 🙂

 

TG po wodzie mala

 

Co z tego, że nie ostre. Liczy się uśmiech na twarzy, kciuk w górze. Tak miało być i było.

 

TG ja

 

Po pływaniu czas na rower. To był najlepszy start Taty w tym dniu. 1:27 minut to więcej niż się spodziewał. I ten uśmiech, ale czemu się dziwić jak ciągle jechał ze średnią prędkością ponad 30 km/h, a do tego na trasie wiele znajomych twarzy, które dopingowały. Tata dziękuję z całego serca, szczególnie Akademii Biegania za zorganizowany i głośny doping.

 

TG 3 mala

 

Pojechane, to czas na bieg. To był najtrudniejszy odcinek. Tym bardziej, że po kontuzji Tata miał najmniej czasu na przygotowania w tej dyscyplinie. W końcu przede wszystkim chodziło, aby przepłynąć, tym bardziej, że jeszcze w lutym kiedy wchodził do basenu nie potrafił pływać i bał się głębokości. A to był efekt traumy po tym jak ćwierć wieku wcześniej się topił. Teraz jednak to przeszłość. I o to przede wszystkim chodziło.

 

TG 1 mala

 

Jest udało się! 2:55:52 czas marzenie dla debiutanta. Po cichu myślał o złamaniu trzech godzin i tak się stało. Na mecie gratulacje od Żony, która w tym dniu wcieliła się w rolę technicznego i chwilę po Tacie wbiegła na metę.

 

TG 2 mala

 

Zrobiła to wspaniale. Woda, izotonik, lód, podpowiedzi, doping to wszystko przygotowane perfekcyjnie. A z lodu to skorzystało jeszcze klika zawodniczek i zawodników z grupy „Aktywuj się w Triathlonie”, z którą Tata przygotowaywał się do startu. Warto dodać, że w roli technicznego wystąpił tego dnia także najstarszy syn Dawid. Maja i Kajetan oraz babcia dopingowali startujących. Każda rola ważna. Tata dziękuje.

 

triathlon gdansk mala

 

Już na mecie z Dawidem i Tomkiem, Aldoną, Agatą, Anią, Natalią i Mikołajem. Ponadto z super prezentami od Dawida i Aldony. Od syna dostał koszulkę biegową na której z przodu przeczytać można, że „wkurza jak cholera”, a z tyłu, że „jeste najlepszym tritatą”. Mama przekazała piękną, białą koszulkę, a na niej napis ironmarcin. Tata tego dnia paradował w obu na zmianę. I nie ma co się dziwić…

 

I na koniec podziękowania…

 

Tata start dedykuje Tacie, który po ciężkiej chorobie zmarł tydzień wcześniej.

 

A dziękuję nastepującym osobom:

Aldonce za wsparcie  od początku do końca, za każde słowo w chwilach zwątpienia, za uśmiech, za… wszystko

Dawidowi, Majce i Kajetanowi za wsparcie i cierpliwość…

Marcinowi Wojciechowskiemu za możlwiość zmieżenia się ze słabością i jej pokonanie…

Dawidowi i Tomkowi Dobroczkom za każdą chwile poświęconą na basenie…

Radkowi Kozal za treningi rowerowe i udział w spisku rowerowym…

Rodzinie i Przyjaciołom, którzy złożyli się na prezent, rower dzięki, któremu Tata mógł pojechać tak dobrze. Czarno zielona strzała jest niesamowita…

Monice Smaruj za konsultacje…

Ludzikom z grupy „Aktywuj się w Triathlonie” za wspólne treningi i start. Jesteście super…

Iwoni i Jackowi za wiarę i wsparcie…

I wszystkim innym osobom o których Tata niechcący zapomniał przez swoje gapiostwo…

Kocham Cię. Oby nie powiedzieć za późno

Śmierć bliskiej osoby każdy z nas przeżywa indywidualnie. Nie można się na nią przygotować. Nawet jeśli nadchodzi jest zaskoczeniem. Boli. Ale czy musi wywoływać rozpacz? Oby nie.

 

Mój Tata poczuł się źle 19 czerwca wieczorem. Dlaczego o tym piszę? Bo to były moje czterdzieste urodziny. Kilka godzin później był w szpitalu. Lekarze nie mieli wątpliwości. Ostre zapalenie trzustki. Stan ciężki. Zaczęła się walka z czasem. Dotarłem do szpitala w piątek wieczorem, kiedy wróciłem z rodziną z krótkiego urlopu. Nie wyglądał dobrze. Krytyczny okazał się 24 czerwca. Wtedy jego stan jeszcze się pogorszył. Wprowadzono go w śpiączkę farmakologiczną. Lekarka stwierdziła, że ośmiu na dziesięciu pacjentów umiera. Wspólnie z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi modliliśmy się. Prosiłem Boga o uzdrowienie ducha i ciała. O odrobinę czasu dla naszej rodziny. Każdego dnia jak odwiedzałem Ojca opowiadałem mu o tym co czuję. Prosiłem, aby walczył. Nie poddawał się. „Umówiliśmy się”, że moje przygotowania do triathlonu ofiaruję jemu. Miał czekać na mnie na mecie.

 

I nagle zwrot w sprawie. Stan zdrowia się poprawił. Odzyskał przytomność. Wprawdzie nie mógł mówić, tylko słuchać. Miał wprowadzoną do organizmu przez usta rurkę, która „wspomagała” oddychanie. W tych dniach wiele razy powiedziałem mu o tym, że go kocham. Pytałem czy on mnie. Pokiwał twierdząco głową. Podziękowałem mu. Powiedziałem, że to pierwszy raz kiedy mi to „powiedział”. W jego oczach wyczytałem zaprzeczenie. Po raz pierwszy powiedziałeś to do mnie jako dorosłego mężczyzny – wyjaśniłem mu. Do oczu napłynęły nam łzy. Jeszcze cztery razy widziałem go w szpitalu wzruszonego. Nigdy nie zapomnę tych momentów. Tak samo jak nie zapomnę uścisku dłoni, kiedy żegnałem się z nim przed wyjazdem w góry z Dawidem i Kajetanem. To była trudna decyzja. Zostać czy jechać? Czułem, że powinienem pojechać. To był już od dawna zaplanowany nasz męski czas. Opowiedziałem Ojcu o wyprawie. Był zaskoczony, że wyjeżdżam tylko z chłopakami. My nigdy razem tego nie zrobiliśmy. Generalnie jako syn z ojcem spędzaliśmy mało czasu. Od dzieciństwa mi tego brakowało. Obiecywałem sobie, że jak sam już zostanę tatą to zawsze będę dotrzymywał słowa i spędzał czas z synami, dziećmi. Jestem wierny tej obietnicy.

 

Wyjechaliśmy. Stan zdrowia Taty się poprawiał. Jeszcze podczas podróży siostra wysłała mi sms-a, że przenieśli go z intensywnej terapii na oddział chirurgii. To była dobra wiadomość, ale szybko nadeszła kolejna. Już w górach dowiedziałem się, że Tata zachłysnął się. Serce stanęło. Lekarze odratowali go, ale przytomności nie odzyskał. Kiedy wróciłem leżał nieprzytomny w szpitalu. Nie było żadnych dobrych wieści. Aż w końcu nadeszła ta ostateczna. Tata odszedł. Po trzech tygodniach walki w szpitalu, tydzień przed moim debiutem w triathlonie.

 

Czas płynie, a ja za każdym razem kiedy przypominam sobie moje wizyty w szpitalu i nasze „rozmowy”, łzy i uścisk dłoni wzruszam się. Płaczę jak mężczyzna. Mimo smutku cieszę się, że mieliśmy czas, aby pobyć ze sobą. Tylko ze sobą. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy role rodziców i dzieci zmieniają się. Pamiętam, kiedy miałem 26 lat i powiedziałem pierwszy raz do Taty, że go kocham. Nic nie odpowiedział. Wtedy też rozpoczął się proces poprawiania naszych relacji. Miałem dosyć kłótni o pierdoły, był czas najwyższy, aby z tym skończyć. Nie od razu było dobrze. Musiałem spojrzeć w historię życia. Podziękować za to co było dobre, wybaczyć to co się nie udało i przeprosić za to co sam schrzaniłem. To była trudna praca. Trwała latami. Jednak od tamtego czasu przynajmniej kilka razy w roku mówiłem Tacie, że go kocham. Nie były to żadne słodkie pierdoły. Ale męskie KOCHAM CIĘ. I to wszystko. Lata mijały, a mojemu Tacie nie przechodziły przez gardło te dwa słowa. Aż do tamtego dnia w szpitalu.

 

Dziś kiedy Taty już nie ma wśród nas tutaj na ziemi pozostają wspomnienia i satysfakcja, a może nawet radość, że zadbałem o to, aby nasze relacje poprawiły się. Dziś, kiedy przyjaciele, znajomi pytają się mnie jak się czuję mogę odpowiedzieć, że dobrze, że to są trudne chwile, że będzie mi brakowało tej naszej tak niedoskonałej miłości, ale nie rozpaczam. Zrobiłem jeden, drugi, trzeci i kolejne kroki w Jego stronę, a On przyjmował je tak jak potrafił. Nie wszystko było piękne i kolorowe, ale było. Nie zapomnę słów mojego kolegi, który przed laty stracił ojca. Powiedział wtedy, że dopiero nad grobem powiedział mu, że go kocha. Dopiero wtedy potrafił to zrobić. Relacje między mężczyznami, ojcem i synem potrafią być trudne. Takie były i nasze. Jednak, aby to się zmieniło ktoś musi wyciągnąć pierwszy rękę. I tym kimś w którymś momencie życia powinien być syn. To moment kiedy role się zmieniają. Nie ma gwarancji, że wyciągnięta ręka zostanie przyjęta. To także nie zwróci straconego czasu, ale jest szans, że nie stracimy go jeszcze więcej.

 

Taka postawa, próba daje jeszcze jedną nadzieję. Że z czasem, dzięki nawet tak bolesnym spotkaniom jak moje z Tatą w szpitalu, po Jego odejściu dobre wspomnienia zaczną zacierać te gorsze.

 

Dziękuję Tato za 40 wspólnie spędzonych lat. I do zobaczenia…

 

Marcin

Wyjechały trzy chłopaki w góry

Spodziewałem się, że mój wyjazd w Beskid Śląski z synami będzie udany. Nie sądziłem jednak, że przyniesie tyle dobrego. A pewnie wiele wydarzeń jest ukrytych przed moimi oczyma. W końcu było nas trzech, a w każdym z nas inna krew…

 

O tym wyjeździe wiedziałem dawno. Podobnie jak moi synowie. Sprawę postawiłem jasno. Jedziemy. Na sprzeciw miejsca za bardzo nie było. Użyłem argumentów, które trudno było można obalić. Wiem, przesadziłem, ale nie chciałem stracić takiej okazji. Nas trzech w górach, wspólnie z innymi ojcami i ich synami. Przyjaciel już dwa lata temu wynajął schronisko na Klimczoku.

 

chopaki schronisko

 

Całe dla nas. W sumie zjechało nas 65 chłopa z każdego zakątku Polski. Większych i mniejszych. Dużo wspólnego czasu, wspólnej modlitwy, wędrówek i rozmów. Takich męskich. Ale to co dla mnie był najważniejsze to czas z moimi chłopakami i ich wspólny, kiedy nie walczyli ze sobą, ale rozmawiali. Na długo w pamięci pozostanie mi sytuacja, którą podzielił się ze mną Kajetan. Otóż jeden z 17-letnich młodzieńców nabijał się z niego. Co zrobił starszy brat Kajetana? Kazał mu się „zamknąć gębę”. Poskutkowało. Kajetan dumny z brata. Ja też…

 

chopaki k i d

 

Wspólne wędrowanie nas trzech też było niesamowite. Szliśmy, rozmawialiśmy, podziwialiśmy widoki

 

chopaki widok

 

mobilizowaliśmy Kajetana do walki ze stromym podejściem na czerwonym szlaku. Miało być łatwo, ale pomyliliśmy drogę, a Kajetan nie lubi takich sytuacji. Nagadał się jak zwykle, ale ostatecznie dał radę. Pograliśmy w karty, zjedliśmy trochę lodów i zup, ja wypiłem piwo. Oj, jak dobrze złocisty napój smakuje w słonecznych górach. Takie zwykłe rzeczy, które stały się niezwykłe…

 

Niezwykłe były także Dawida i moje wspólne treningi biegowe. Szczególnie ten dziesięcio kilometrowy. Znaczy się ja tyle przebiegłem, bo starszy syn zrobił ich więcej.

 

chopaki biegaja

 

Wybrałem trase między dwoma schroniskami. W obie strony 10 kilometrów, tylko nie popatrzyłem na przewyższenia. I okazało się, że 500 metrowe podbiegi po kamieniach, gdzie różnica w wysokości wynosiła niekiedy nawet 200 metrów dało się mocno oddczuć. Biegam od dwóch lat, ale przyznaję sapałem jak parowóz. W jednym momemencie już nawet nie miałem siły truchtać. Szedłem.

 

chopaki Dawid

 

Dawid cały czas biegł. Jak już zdobył kolejny szczyt wracał do mnie i pytał, czy chcę się napić wody. Nie pobiegł do schroniska nawet jak mu powiedziałem, aby to zrobił. Do tej pory to ja Ojciec pomagałem synowi. Widać, że zbliża się czas, kiedy to On coraz częściej będzie wspierał mnie. I dobrze mi z tym.

 

Były także rozmowy bardziej poważne. Takie Ojca z Synem. Każdym z nich osobno, ale także razem. Mówienie o tym co jest dla mnie ważne. Odpowiedź na pytanie czym we współczesnym świecie jest dla mnie skarb, gdzie warto go ulokować, jak zdobywać. W tym przypadku chłopaki słuchały. Co pozostało w ich sercach? Nie wiem. Nie komentowali moich słów. Co do jednego jestem przekonany, takie zresztą jest moje wcześniejsze doświadczenie. Kropla drąży skałę. Mnie w moim życiu brakowało rozmów z Tatą. Takich, które wskazywałyby drogę. Mówiły o wartościach, które nas kształatują. Tyle mogę dać moim Synom. Swój czas, podzielić się doświadczeniem i nie popełniać błędów, które popełnił mój Tata. Po prostu stwarzać okazje, aby z być z chłopakami. Bo czasami wcale nie potrzeba wielkich słów. Poprostu trzeba być zarówno z tym, który ma 10 lat jak i tym co ma 16. Dlatego to był dobry czas…

 

chopaki kaj

 

Oby do następnego razu!

 

Marcin

 

Triathlon. Ale czy warto?

Lipiec. Jeśli przed nazwą miesiąca dodamy 19 będzie to oznaczało start w triathlonie. Patrząc wstecz ponad 130 dni treningów. Dziś, tuż tuż przed startem czuje zmęczenie. Mega zmęczenie. Nie tylko fizyczne. I pytanie czy warto było?

 

Do napisania tego tekstu zobligował mnie w jakimś sensie najstarszy syn. Kiedy rozmawialiśmy o zmęczeniu i trudnym czasie dla mnie on stwierdził: Przecież to rekreacja, odpoczynek – powiedział o 130 dniach przygotowań do startu. O zgrozo – pomyślałem i wyszedłem z pokoju…

 

Trudno zliczyć wszystkie godziny przygotowań. Tylko na pływalni endomondo zliczyło 66 treningów i 57 przepłyniętych kilometrów. A to wszystko od 20 lutego, kiedy zacząłem się uczyć pływać. Do tego jeszcze trzeba dodać rower i bieganie. Mało tego nie było, choć oczywiście niektórzy „fachowcy” twierdzą, że powinno być więcej…

 

Czy faktycznie? Triathlon to połączenie trzech dyscyplin. Pływania, kolarstwa i biegania. A jak nazwać połączenie trzech sfer życia. Rodzinnej – dbanie o relacje małżeńskie, wychowywanie trójki dzieci w wieku 10, 12 i 16 lat, spotkanie z Przyjaciółmi (a raczej ich brak), zawodowej – kierowania zespołem i odpowiedzialność za wyniki finansowe oraz praca na uczelni i trzecia sfera treningowa. Sześć dni w tygodniu i jeden dzień przerwy na relaks. Relaks? Śmiesznie to brzmi z perspektywy tych wszystkich dni. Raczej walka ze zmęczeniem, próba znalezienia chwili na jeszcze jedną chwilę snu. Tego chyba najbardziej brakuje. Ile to razy dzieciaki przychodziły do sypialni i nakrywały mnie i Aldonę, która także przygotowywała się do triathlonu, kocem byśmy mogli pospać.

 

Tak więc jak to nazwać? Triathlon do kwadratu?

 

Lipiec. Za chwilę mam nadzieję zadebiutować w triathlonie. Dziś czuję totalne zmęczenie. Walka z bólem. Po jednej z majowych zbyt długich wizyt w jeziorze mam problemy z błędnikiem. Zawroty głowy zdarzają się niemal codziennie. Kręgosłup boli po przepłynięciu już 500 metrów żabką. Ale to może dobrze, bo więcej pływał kraulem. Ale tylko w piance, bo bez niej mam problemy z nogami. Plecy, nogi, ręce też bolą. Łatwiej chyba byłoby powiedzieć co nie boli. Ale przecież to triathlon i musi boleć. Nie ma zmiłuj się. Trzeba przepłynąć 950 metrów, przejechać 45 kilometrów i przebiec 10,55 km. A jak zaczynałem to mówiłem sobie, że problemem jest tylko pływanie. Błąd. W połączeniu te trzy dyscypliny nawet tylko w wymiarze ¼ Ironman dają w kość.

 

Znużenie. Oj tak. Jak ja mam dosyć treningów. Na początku, szczególnie na basenie była wielka radocha. Pierwszy kilometr, dwa, trzy. Dziś jak boli już tak się nie chce trenować. Rower, szczególnie że się zakochałem w szosie daje radochę, ale jak do tego dołączę bieganie, to nogi bolą. I nieważne, czy trening jest mocny czy słaby, brakuje czasu na regenerację. Ale cóż… nie ma że boli.

 

Tęsknota. Za żoną, chwilą z Aldoną daleko od zgiełku dnia codziennego, od treningów. Tylko my. Brakuje tego jak cholera. Dzieci. Też mi brakuje czasu dla nich, choć w tym przypadku staram się robić wszystko, aby tak nie było. Ale nie da się wszystkiego zrobić. Przyjaciele. Dobrze, że miałem niedawno czterdziestkę to była okazja się spotkać i pobyć chwilę w dobrym towarzystwie. Inaczej byłaby pustynia.

 

Dieta. Przez 120 dni życie bez alkoholu. Jedzenie jak najbardziej zdrowe i odżywcze. Mięso ograniczone, słodycze i kawa w odstawce. Ostatnie dni jednak wszystkie złe nawyki wróciły. I co? Czuć od razu to podczas treningu. Koniec ze słodyczami i ograniczenie mięsa i kawy. Do 19 lipca 2014 roku. A co będzie dalej? Nie wiem. Aldona na mecie pierwszego triathlonu powiedziała, że to dopiero początek. Tak więc jeśli to się potwierdzi i w moim przypadku… No cóż.

 

Co jeszcze? Oj dużo by pisać. Ale nie o to chodzi. Nie chodziło także o narzekanie. Nie. Raczej, aby pokazać też tą drugą stronę medalu. Na pisanie więcej nie mam już sił. Padam ze zmęczenia na klawiaturę.

 

Triathlon. Czy warto? – pytacie. Jak cholera! Mam nadzieję, że 19 lipca 2014 roku z niektórymi z Was spotkam się na mecie, na molo w Brzeźnie. Aldona powiedziała po starcie, że za linią, po wszystkim człowiek czuję niesamowitą radość. Nie wiem. Wiem za to, że droga do celu już dała, mimo zmęczenia, dużo satysfakcji. Jestem innym gościem niż przed 20 lutym 2014 roku. Poznałem też fajnych ludzi. Co jeszcze? Długo by pisać, ale czas iść spać. W końcu sen to element treningu.

 

Marcin Dybuk