Co zrobić, aby trudne pytania nie były trudne

Jak się skutecznie komunikować w relacjach z dziećmi? To tytuł konferencji do której zostałem zaproszony jako ekspert. Szczerze to trochę nieśmiało czułem się wśród ludzi, którzy od wielu lat zawodowo zajmują się pracą z młodymi. Ale jak ktoś powiedział A i mnie zaprosił, to ja powiedziałem B. Wystąpiłem w powierzonej mi roli.

 

Za mną przemawiało ponad 19-letnie doświadczenie ojca, który obecnie wychowuje w domu dwójkę nastolatków: 13 i 15 lat. Trzecie z dzieci wyleciało już z gniazda na studia do Warszawy. Myślę, że przydatna była także dobrze przepracowana historia relacji z ojcem, a raczej ich braku. Ale, tak jak napisałem, temat został przepracowany, co pomaga mi obecnie w wychowywaniu naszej ekipy. Natomiast zdaniem Joanny Matuszewskiej, dziennikarki Radia Gdańska i mojej redakcyjnej koleżanki dodatkowym atutem jest to, że mam czym zaimponować dzieciom: przebiegłem maraton i jestem triathlonistą. Nie wiem czy faktycznie tym da się dziś zaimponować młodym ludziom, ale takiego argumentu użyła Asia podczas prezentacji ekspertów.

Otwarci i odważni

Sala koncertowa Radia Gdańsk wypełniła się w poniedziałek, 20 listopada 2017 roku, w dużej przewadze młodymi ludźmi. Mieli oni odwagę nie tylko wymieniać się poglądami, ale także zadawać niewygodne pytania. 90 minut zostało podzielone na dwie części. Czyli mieliśmy pierwszą połowę, jak w meczu piłkarskim, podczas której rozmawialiśmy o komunikacji dzieci z rodzicami, zwłaszcza na trudne tematy takie jak: seksualność, uzależnienia czy religia. Z tej części rozmowy wyłoniły się dwa wyraźne przekazy od młodych do rodziców i nauczycieli, które brzmiały mniej więcej tak:

„Nie czekajcie na rozmowy z nami na trudne tematy (i nie tylko na trudne – to dodatek ode mnie) aż będziemy nastolatkami. Rozmawiajcie z nami już od najmłodszych lat”.

Pięknie powiedziane. I w samo sedno, a może używając języka piłkarskiego warto powiedzieć, że to był strzał prosto w okienko. Drugie przesłanie brzmiało:

„Budujcie zaufanie, nie tylko poprzez rozmowy, ale także postawę. Bądźcie autentyczni, a wtedy my młodzi nie będziemy mieli problemów, aby przyjść do Was na rozmowę. Wtedy też żaden temat nie będzie dla nas trudny”.

Kolejna piękna bramka. Warto także podkreślić, że sytuacji podbramkowych było w tej części dużo więcej, a i eksperci mieli kilka przepięknych wypowiedzi. Jednak nie o bramki i ewentualną rację podczas tej konferencji chodziło, a o wymianę myśli. Jedna z moich „mądrości” w tym temacie brzmi: rozmawiajmy, rozmawiajmy i jeszcze raz rozmawiajmy. Nie zawsze jest to łatwe. Szczególnie kiedy górę biorą emocje. Przytoczyłem jeden z przykładów z naszego domu. Kiedyś od Majki usłyszałem dosadnie, abym dał jej spokój. Nie pamiętam czym ją tak zdenerwowałem, ale wiem, że ona tymi słowami podniosła mi ciśnienie o 1000 stopni. W jednej chwili się zagotowałem. Na sto procent byłem purpurowy na twarzy. I nie wiem jakim cudem nie eksplodowałem. Stanąłem w drzwiach jej pokoju i powiedziałem, że idę z psem na spacer, aby się uspokoić i mam nadzieję, że i ona wykorzysta ten czas na to samo.

 

Warto próbować

Kiedy ochłonąłem i wróciłem do domu wszystko na spokojnie sobie wyjaśniliśmy. Porozmawialiśmy o całej sytuacji, przeprosiliśmy się. Jestem dumny, że potrafiłem wtedy tak zareagować, ale to nie oznacza, że udaje mi się to zawsze. O, nie! Jednak warto zawsze próbować. A jak się nie uda, to mieć odwagę przeprosić. Bo obok uważności, czasu na rozmowę ważny jest także szacunek do rozmówcy, nawet jeśli go nie rozumiemy. A przecież w domu gdzie obok siebie żyje kilka osób są to częste sytuacje.

Uczymy się wszyscy

W drugiej części spotkania rozmawialiśmy o tym, dlaczego tak trudno jest zachęcić młodzież do udziału w rozmowie dotyczącej emocjonalnych tematów. Usłyszałem pytanie od Joanny Matuszewskiej czy u nas w domu dochodzi do sytuacji, kiedy nie ma zgody w niektórych tematach. Odpowiedź jest oczywista. Oczywiście, że tak. A czy jest akceptacja na takie sytuacje. Musi być jeśli chcemy dojrzewać. Tak, dojrzewać. Bo to nie tylko nastolatków zadanie. Także my rodzice mamy się uczyć siebie nawzajem. Tak jak nauczyciele uczniów, a uczniowie nauczycieli.

Pozwólmy im płynąć

– Najważniejsze jest to, żebyśmy budowali relacje na poziomie zaufania – mówiła Elżbieta Januszewska, dyrektor IV Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku. – Nie możemy tylko przemawiać, ale musimy też zamieniać się w słuchacza. Trzeba trochę pracować ciszą i zostawić przestrzeń dla młodzieży. Z młodymi trzeba płynąć każdego dnia, nie tylko na lekcjach, musimy się na nich otwierać.

Płynąć z nimi każdego dnia. Co to znaczy? Jeśli chcemy dopłynąć do celu to musimy współpracować. Poznawać mocne i słabe strony. Rodzice nie mogą udawać twardzieli. Bo przecież my także popełniamy błędy. I dzieci dokładnie o tym wiedzą. Nie ma co udawać, że jesteśmy doskonali. Nie jesteśmy. Tak więc uzbrójmy się w słowa: przepraszam, proszę, dziękuje i do dzieła. Damy radę.

 

Eksperci

W dyskusji wzięli udział: Elżbieta Januszewska – dyrektor IV Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku, które jest szkołą mundurową, dr Grzegorz Stunża – naukowiec z Uniwersytetu Gdańskiego, członek Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej, Grzegorz Szczuka – dyrektor Wydziału Rozwoju Społecznego w Urzędzie Miejskim w Gdańsku i Radosław Nowak – terapeuta, przedstawiciel Gdańskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień. W spotkaniu wzięli również udział eksperci z Akademii Dynamicznej Tożsamości – Beata Staszyńska Hansen i Onno Hansen Staszyński, którzy od dłuższego czasu zajmują się badaniami nad komunikacją na linii nauczyciel – uczeń, czy rodzic – nastoletnie dziecko. Warto dodać, że konferencja odbyła się w ramach Akademii Dynamicznej Tożsamości.

Dziękuję za zaproszenie. To było pożyteczne spotkanie. Czerpałem garściami.

 

Marcin Dybuk

Foto: Jacek Klejment/Radio Gdańsk

Zażyj wolności

Dzieje się. Rzeklibyśmy nawet za dużo. Ale ciągnie wilka do lasu. Stąd nowa odsłona  magielrodzinny.pl. Stąd decyzja dzielenia się tym co dla nas ważne. Nie raz słyszeliśmy pytania jak my to robimy, skąd znajdujemy na to czas, skąd czerpiemy siły. Nie potrafimy do końca odpowiedzieć na te i inne pytania. Zresztą dla każdego odpowiedź może być inna. Wierzymy jednak, że to co robimy, jak żyjemy ma sens. Dlatego też decyzja o powrocie do pisania (którego zresztą mnie, Marcinowi brakuje). Uznaliśmy, że może ktoś coś dla siebie zaczerpnie z naszego magla rodzinnego.

 

Na początek chcemy się podzielić nową inicjatywą, której podjęliśmy się na początku tego roku szkolnego. Mowa o projekcie „Zażyj wolności”.

 

Maski, maski, maski

Zażyj wolności, czyli o co tak naprawdę chodzi? O prawdę o samym sobie. Tyle w jednym zdaniu. Czy to jednak wystarczy? Przeciwnością wolności jest zniewolenie. Uzależnienie od tytoniu, alkoholu, narkotyków, psychotropów, elektroniki – Internetu, a nawet pracy. Wymieniać możemy długo. Zniewala nas wszystko, co odciąga nas od prawdy o sobie. Co sprawia, że zakładamy kolejne maski. Poszukujemy akceptacji. Za wszelką cenę, a ta niekiedy jest bardzo duża.

Ambasadorem projektu „Zażyj wolności” został Jurek Górski. Jako młody chłopak ćpał. Wciągnął do piekła dziewczynę, którą kochał, a która urodziła mu dziecko. Ona zapłaciła najwyższą cenę. Umarła. On zapragnął wolności. Po 14 latach życia w piekle, codziennej walki o jeszcze jedną działkę, dawkę narkotyku, który zagłuszał ból trafił do ośrodka Marka Kotańskiego. W „Monarze” rozpoczął ciężką walkę o życie. Rozpoczął treningi triathlonowe. Nauczył się pływać, jeździć na rowerze, biegać. Wiele razy upadał. Z trudem przebiegał kilka metrów. Dosłownie. Sport, wysiłek pomagały mu w zmaganiach. Trenując dobiegł do mety podwójnego Ironmana w Stanach Zjednoczonych. Przepłynął 7,6 kilometra, przejechał na rowerze 360 i przebiegł 84,4 kilometra. Przed wyjazdem na zawody usłyszał od lekarza, że nie powinien jechać, bo organizm nie jest gotowy na taki wysiłek. Wiedział jednak, że walka toczy się w głowie. Że stawka jest najwyższa. Wolność.

 

Jego narkotykiem jest życie

Napisać, że Jurek Górski dotarł do mety, to tak jakby nic nie napisać. On na tej mecie, wśród wielu twardzieli był pierwszy. Tak!!! Został mistrzem świata!!! Ale przede wszystkim, jak sam mówi wygrał wolność. Prawdziwą. Od tego czasu nie pije, nie pali, a jego narkotykiem jest życie.

 

 

W ramach projektu „Zażyj wolności” zaprosimy młodzież, rodziców oraz nauczycieli, do których skierowany jest projekt na film „Najlepszy”. Opowiada on właśnie historię Górskiego. Po obejrzeniu obrazu w reżyserii Łukasza Palkowskiego będzie także okazja do rozmowy z Jurkiem. Zaplanowane są dwa takie spotkania. 23 listopada oraz 14 grudnia 2017 rou w gdańskim Multikinie. Co jeszcze? W szkołach odbywają się spotkania z młodzieżą, rodzicami i nauczycielami. Tematem rozmów z edukatorami są uzależnienia, cyberprzemoc czy manipulacja, której jesteśmy poddawani każdego dnia. Jednak to co wydaje się najważniejsze i na co chcemy, aby zwrócił uwagę projekt „Zażyj wolności” to komunikacja. A raczej jej brak. Ucieczka w narkotyki, alkohol, świat Internetu to przede wszystkim brak więzi. „To nie media cyfrowe niszczą więzi, to więzi, które są zniszczone bądź nadwątlone sprawiają, że powstaje przestrzeń na obce bycie dziecku on-line” – twierdzi dr Maciej Dębski, socjolog, specjalista w zakresie problemów społecznych, adiunkt w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego.

 

Najważniejsze są relacje

 

Dlatego uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że uzależnienia, od czegokolwiek to już czubek góry lodowej, a wszystko zaczyna się od relacji. W tym przypadku ich braku.

 

Aldona i Marcin Dybuk, także Fundacja IDEA

 

Ps. O samym projekcie na www.zazyjwolnosci.pl i na FB

 

PS2. Projekt „Zażyj wolności” realizowany jest przez Fundację IDEA – Innowacja dla Edukacji i Aktywności, na rzecz Gdańskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień, sfinansowany ze środków Miasta Gdańska.

 

To jedyna arena, gdzie nie możesz przegrać!

Naturalną potrzebą dziecka, w każdym wieku, jest chęć spędzenia czasu z rodzicami. Każde, a mówię to z perspektywy ojca z trójką dzieci i 19-letnim doświadczeniem, w którymś momencie zacznie zabiegać o naszą uwagę. I zrobi to w sposób bezwzględny. Często nie do zaakceptowania dla rodziców.

 

Każde z dzieci, bez względu, czy mamy troje, czy pięcioro jest inne. Często zdarza się, że przynajmniej jedno z nich odróżnia się zachowaniem, sposobem bycia od pozostałych. Tym samym w pozytywnym znaczeniu rozwala rodzinny system. Większa część naszej rodziny lubi podobną aktywność. Bieganie, pływanie, rower, taniec. Najmłodszy w naszym gronie nie za bardzo lub w ogóle nie przepada za tego typu dyscyplinami sportu. On jest fanem piłki i gier komputerowych. Odwrotnie niż pozostali. Czasami tylko da się namówić na dwukilometrowy bieg czy pójdzie na rower.

 

To wszystko sprawia, że czasami trudno znaleźć wspólny język, a konkretnie spędzać atrakcyjnie razem czas. Bo ile można grać w fifę, jedyna gra komputerowa, którą akceptuję. 🙂 Wszelkie strzelanki, zabijanie to nie dal mnie, męczy. Brakowało mi przestrzeni, gdzie mógłbym pobyć tylko z nim. Nie pytać o szkołę, lekcje, oceny. Po prostu… być.

 

Nie iść na łatwiznę

Z drugiej strony nie chciałem iść na łatwiznę, której i tak już chwilami jest za dużo. Co mam na myśli? Dokładnie te wszystkie sytuacje, kiedy dziecko po odrobionych lekcjach przychodzi z pytaniem, czy może skorzystać z komputera.

 

– Tak – padała odpowiedź. I znika w wirtualnym świecie teledysków, gier, youtube’erów, social mediów na godzinę, dwie… Cisza, spokój. Mogłoby się wydawać – zero problemów. Nic bardziej złudnego. Przynajmniej w moim przekonaniu. Owszem w czasie jego/jej korzystania z komputera, my rodzice możemy zająć się swoimi sprawami. Niestety, to szybko przynosi odwrotny skutek. Naturalną potrzebą dziecka, w każdym wieku, jest chęć spędzenia czasu z rodzicami. KAŻDE, a mówię to z perspektywy wychowywania dzieci od 19 lat, w którymś momencie zacznie zabiegać o naszą uwagę. Często nie zauważamy tych subtelnych „zaczepek”, czy pytań dziecka, które chce pobyć z rodzicami na swoich zasadach. Zmęczeni po pracy z perspektywą kolejnych domowych obowiązków odpowiadamy oschle: Później! Zajmij się lekcjami! Nie przeszkadzaj! Jestem zmęczony! Każdy z nas, rodziców ma długą listę wymówek, którymi karmi dzieci. Co wtedy się dzieje?

A kiedy już nawet piłka nożna nie pomaga…

 

Plan B – radykalny i nieświadomy

Nasza pociecha przechodzi do planu B. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie do końca świadomie to robi. Co to jest? Zaczyna szukać sposobów, dzięki którym zwróci na siebie choć na chwilę naszą uwagę. Jak? Jest niegrzeczne, zaczepia rodzeństwo, zniszczy coś w domu, pokłóci z nauczycielem, pobije z kolegą. Każdy sposób jest dobry, byle tylko rodzice się nad dzieckiem pochylili i je zauważyli. Oczywiście uwaga w dzienniku, wezwanie do szkoły, czy zauważenie zniszczonych sprzętów w domu kończy się dla niego najczęściej w jeden sposób. Rodzice są źli, krzyczą lub wymyślają kary. Lista jest długa: Nie będziesz przez tydzień grać na komputerze. Oddajesz na dwa dni komórkę. Odcinam internet. Ścinam kieszonkowe. Możliwości jest sporo. I najgorsze, że często wydaje nam się, że sprawę załatwiliśmy jak należy, a dziecko niebawem wyciągnie wnioski.

 

Zamiast karać pomyślmy

Rzadko zastanawiamy się, dlaczego tak się dzieje. Co jest przyczyną? Nasze dzieci sposobów na zwrócenie uwagi miały i mają dużo. Na szczęście w którymś momencie zorientowaliśmy się, co jest grane i dlaczego tak się dzieje. Zaczęliśmy poświęcać im czas. Kiedy zabraliśmy do kina, teatru, kawiarni, poszliśmy na rower, zagraliśmy w planszówki, na boisku w piłkę czy nawet umyliśmy w myjni wspólnie auto, wszystko wracało do normy. Warto podkreślić, że był to czas indywidualny. Spędzaliśmy go z każdym z nich osobno. Był to czas jeden na jeden. Bo dzieci potrzebują indywidualnego podejścia. Czas w grupie ma mniejszą wartość. Choć też jest ważny, ale to już inna historia. Oczywiście nie muszę chyba mówić, że scenariusz po pewnym czasie się powtarzał. Znowu nie mieliśmy dla nich chwili, bo było dużo pracy, którą musieliśmy jak najszybciej skończyć albo porządek w kuchni był ważniejszy itd. Historia zataczała koło.

 

Czas na zasadach dziecka

Co z tym zrobić? Jak zaradzić? Ustalić rytuał, który na stałe wejdzie do kalendarza. Zaplanować, że przynajmniej raz w tygodniu (!) każdemu dziecku poświęcamy czas. Porozmawiamy, oczywiście nie pytając o szkołę, oceny, lekcje. Te tematy szybko sprawią, że dziecko nie będzie chciało z nami rozmawiać i znajdzie tysiące sposobów, aby uciec. To ma być czas z dzieckiem i dla dziecka. A to oznacza, że komórkę wyciszasz i chowasz gdzieś głęboko, aby nie przeszkadzała Wam we wspólnym czasie. Zastanów się, co Twoja pociecha lubi robić, aby ten czas był na jej zasadach. Nie Twoich, w myśl, że Ty wiesz najlepiej. Nie wiesz! I nie bój się zapytać, co chciałoby robić dziecko. Oczywiście nie ma gwarancji, że zawsze otrzymasz odpowiedź. Czas, zanim znajdziecie wspólne ciekawe zajęcie, może trwać. Ale warto zacząć, próbować.

 

Od kłótni do pomysłu

Przez ostatni czas miałem spory problem ze znalezieniem wspólnego zajęcia z najmłodszym naszym dzieckiem. Kolejne próby kończyły się nawet kłótniami. On szedł zdegustowany do pokoju z komputerem, kiedy ja w złości po kolejnej porażce zabraniałem mu z niego korzystać. Zasypiał, nudził się lub słuchał muzyki, albo wyciągał komórkę i zaczynał „serfować” po necie. Ja „szczęśliwy”, że jest cisza i spokój siadałem do… komputera i zaczynałem, na przykład pracować. Bo zawsze jest coś do zrobienia. Oczywiście z czasem miałem coraz większe wyrzuty sumienia, bo przecież chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze.

 

Próbowałem, ale nie wyszło

I tutaj pojawia się ważny moment. Scenariusz pierwszy. Niestety, częsty. Rodzice mówią sobie: Próbowałem, ale nie wyszło. Nie mogę się z nim dogadać. Nie mamy już wspólnego języka, płaszczyzny porozumienia. To taki czas. W końcu on już jest nastolatkiem. Litania usprawiedliwień jest długa.

 

Co się dzieje dalej? Oddalamy się jeszcze bardziej. Problemy się piętrzą. W najlepszym przypadku dziecko dalej rozrabia i szuka sposobu na zwrócenie na siebie uwagi. W najgorszym ucieka w swój świat lub świat kolegów i koleżanek, a my przestajemy wiedzieć, co się dzieje u i z naszym dzieckiem.

 

…szukałem dalej. Aż w końcu się udało.

 

Szukamy, aż maszyna zatrybi

Scenariusz drugi. Nie poddajemy się i szukamy dalej. Nie jest łatwo. Niekiedy kolejne próby się nie udają. Doświadczyłem tego osobiście bardzo boleśnie. Nawet gra w piłkę na boisku kończyła się po kilku minutach. Nie wiem skąd miałem w sobie tyle determinacji, żeby próbować dalej. Trochę z pomocą przyszła mi choroba. Katar, kaszel nie pozwalały trenować, wylądowałem na zwolnieniu lekarskim. Był czas, aby zatrzymać się. No właśnie: ZATRZYMAĆ! Jeszcze raz pomyśleć… I nagle: A może szachy? – zapytałem w myślach sam siebie. Nasz syn kiedyś chodził w szkole na takie kółko. Wprawdzie długo to nie trwało, ale podstawy poznał. Zapytałem i zaczęliśmy grać. Pierwszego dnia dwie partie, drugiego kolejne i tak codziennie. Z każdą rozgrywką zajmowało nam to coraz więcej czasu. Przypominał sobie zasady po przerwie, słuchał porad, aż w końcu wygrał. I ta radość: Wygrałem, wygrałem… – podskakiwał i krzyczał.

 

Teraz codziennie staramy się znaleźć chwilę na partyjkę. Jest czas na grę, rozmowę, a także naukę. Wspólną. Naukę koncentracji, wyciągania wniosków i przewidywania ruchów przeciwnika. Z każdą partią jest coraz ciekawiej. A po każdej rozgrywce szachów zwycięzcami i tak zawsze jesteśmy my dwaj. Spędziliśmy wspólnie czas. To inwestycja na lata. I o to właśnie chodzi…

 

Marcin Dybuk

 

foto: Pablo by Buffer, A.Dybuk

Najważniejsze, to nie poddać się!

Wbiegam na ostatnią prostą. W nogach 21 kilometrów. Zostało jeszcze 97 metrów. Zegar pokazuje 1:46:46. Dokładnie nie pamiętam. Szybkie obliczenie. Minus 12 minut, o tyle później wystartowałem od pierwszych zawodników Onico Gdynia Półmaraton. Czyli do zamierzonego czasu 1:35 zostało 14 sekund. Nie zastanawiam się. Przyspieszam. Wbiegam na metę… mój zegarek pokazuje 1:35:05. Szkoda tych kilku sekund, ale i tak jest dobrze, szczególnie po tym, co działo się w ostatnich dniach i noc przez zawodami.

 

Piątek. Dwa dni przed starem w półmaratonie w Gdyni. Trzeci z biegów, w których założyłem w 2017 roku wybiegać życiówkę. Niestety, w piątek problem z biodrem i szukanie pomocy. Trudno przebiec 3 km bez bólu. Druga zła wiadomość trafia do mnie przy odbiorze pakietu. Startuję z ostatniej, najwolniejszej grupy. A plan był biec z pacemakerem na 1:35. A nawet jak sił i zdrowia wystarczy to urwać się i na ostatnich kilometrach przyspieszyć. Od Tomka Spaleniaka, trenera, jeszcze usłyszałem, aby trzymać się grupy, nie szarżować na podbiegach i zbiegać na luzie. Niestety, plan wziął w łeb! Nie wchodząc w szczegóły, dlaczego tak się stało, trzeba było zmienić założenia. Jednak wcześniej musiałem się uporać z bólem biodra. W sobotę Magda znalazła czas. Diagnoza: pomogę lub zaszkodzę. Robimy, bez ryzyka nie ma zabawy, nie ma zwycięstwa. Wychodzę od Magdy bez bólu.

 

Rodzinne wyścigi

W sobotę przyjeżdża Marek, szwagier, z którym ścigamy się od dwóch lat. W triathlonie i w biegach. Czasy mamy podobne. Jego życiówka to 1:37 z kilkoma groszami, moja 1:40:04. Obaj planujemy pobiec 1:35, tak więc zapowiadał się kolejny ciekawy rodzinny pojedynek. Niestety, Marek przyjechał z przeziębieniem. Smarka na prawo i lewo. Nie odpuszcza biegu, bo to nie w jego stylu, ale szanse nie są równe. Każdemu przyjdzie się zmierzyć ze swoimi problemami.

 

Wieczór sobota przygotowuję strój, dwa żele i kładę się spać. Budzik nastawiony na 6.30. Zegarek pokazuje siedem godzin snu. Wystarczy, to znaczy wystarczyłoby, gdyby nie telefon kilka minut po północy. Dzwoni syn, który wraca z bratem wieczorem autem do domu. – Samochód się zepsuł. Stoję na skrzyżowaniu. Przyjedź– słyszę zdenerwowany głos w słuchawce.

 

Nocna akcja z autem

Kolejny plan wziął w łeb. Ubieram się i jadę do chłopaków. „Zdechł” akumulator. Wracamy do domu po klucze. Wyciągamy akumulator, samochód spychamy na pobocze i wracamy do domu. Po drodze jeszcze wizyta na stacji paliw. W domu zalewam cewki wodą destylowaną, podłączam „cegłę” pod prostownik i idę spać. To znaczy próbuję zasnąć. Bez szans. Mijają kolejne cenne minuty. Już wiem, że wypoczęty nie będę. Do tego bieg z ostatniej grupy, czyli mijanka na trasie. Może w strefie A3 znajdzie się ktoś w podobnej sytuacji i pobiegniemy razem. No dobra, trzeba jednak przestać gdybać, trzeba zasnąć.

 

Ostatnia deska ratunku. Napiję się porto. Dawno nic nie piłem w ramach przygotowań do półmaratonu to może poczuję się bardziej senny. Dwie lampki i w końcu zasypiam. Śpię jednak niespokojnie. Budzę się rano jeszcze przed budzikiem. Nie wiem ile spałem, ale stanowcza za mało. Na ratunek kawa. Mocna. Na śniadanie jajówa i bułka z dżemem. Jedziemy z Markiem i Aldonką do Gdyni. Mam nadzieję, że już nie będzie żadnych niespodzianek. Pogoda i wiatr nie robią na mnie wrażenia. Miesiąc wcześniej było minus dwa stopnie i silniejszy wiatr. Dziś 6 na plusie i „wiaterek”.

 

Na rozgrzewce wszystko boli

Rozgrzewka. Trzy kilometry. I znowu coś nie tak. Nogi bolą, ciężkie i w ogóle jakiś taki ospały jestem. „Jak tu pobiec na 1:35?” – pytam sam siebie. Ale tanio skóry nie sprzedam. Plan B na bieg ze strefy A3 jest taki, że ustawiam się z przodu i biegnę w tempie 4:40-4.30, a im będzie bliżej mety to zobaczymy, co się da zrobić i na ile sił wystarczy.

Nie widać po mnie, że coś boli, ale przecież w takiej bluzie nie ma nie mogę, tak więc trzeba było biec. Prawda Szwagier? Foto. A.Masiulaniec

 

Pięć minut przed startem żel i jazda. Obok mnie do przodu wyrywa kilka osób. „O, może ktoś będzie biegł w tym samym tempie” – tak myślałem przez trzy kilometry. Szybko jednak okazało się, że dziś będę samotnym wojownikiem. Średnie tempo na zegarku 4:31. Za wolno. Z drugiej strony ciągle z szansą na zaplanowany wynik 1:35. Przez cały czas wyprzedzam zawodników z wcześniejszych stref. To dodaje mocy. Żadnych poważniejszych kryzysów. Robię swoje.

 

Kultowa Świętojańska. Lubię to!

Na 16 km postanawiam przyspieszyć. Na 18 km… coś dziwnego się dzieje. Moja ulubiona Świętojańska, lekko pod górę, kibice szaleją. Uśmiecham się. Krzyki, oklaski, gwizdy i pełno dzieciaków ze szkół dodaje energii. Niestety, zaczynają przechodzić mi po ciele dreszcze. „Odcina mnie czy co?” – myślę i biegnę dalej. „Póki biegnę jest dobrze” – tłumaczę sobie. Zakręt i po Świętojańskiej. Teraz kilometr w dół, można trochę zluzować nogi, przyspieszyć, a po drodze jeszcze napić się wody. 19 km na Bulwarze podobno wiało. Ja biegłem swoje. Tym razem meta był blisko. Ostatnia prosta. Zostało kilkanaście sekund, aby się zmieścić w 1:35. Przyspieszam. Są siły, a to oznacza, że na poprzednich kilometrach można było szybciej. Wbiegam na metę 1:35:05. Zegarek pokazuje 21 km 390 metrów. Średni czas 4:27 minuty na kilometr. Zegarek to jedno, a oficjalny wynik to 1:34:58. Sukces i niedosyt.

 

Depeche Mode nagrodą od Aldonki

Na mecie Aldonka czeka na mnie z nową płytą Depeche Mode „Spirit”. Gratuluje, całuje. Serwuje mi i Markowi czekoladę. Humor się poprawia. W końcu Depeche Mode to moja ulubiona kapela.

 

 

Plan na pierwszy kwartał zrealizowany. Trzy nowe rekordy w bieganiu:

5 km – 20.11 parkrun 11.03 2017

10 km – 43:27 Bieg Urodzinowy Gdynia 2017

21,1 km – 1:34:58 Onico Gdynia Półmaraton 2017

42,195 km Budapeszt 14-15 października 2017 – jest plan na atak życiówki 3:45 🙂

 

Nie odpuszczam…

Czy mogło być lepiej? Na pewno tak, ale niewiadomych było tak dużo po tym, co działo się przed zawodami, że pobiegłem z rezerwą. Dodatkowo to kolejny w tym roku bieg, który nauczył mnie czegoś, czego nie daje nawet życiówka. Na 10 km goniłem czas, bo na pierwszym kilometrze był zator i zamiast przebiec go w tempie 4:20, zajęło mi to 28 sekund więcej. Przez pozostałe 9 km goniłem czas i się udało. Kosztowało mnie to bardzo dużo wysiłku, ale dałem radę.

 

Pięć kilometrów zaskoczyło mnie o tyle, że okazało się, że mogę biegać 5 km w tempie 4 min/km. Niedługo postaram się przebiec ten dystans poniżej 20 minut.

 

Półmaraton to od początku do ostatniego kilometra bieg z samym sobą. Nie dało się podłączyć do nikogo. Nikt nie biegł w moim rytmie. Cały czas wyprzedzałem. Na mecie nie umierałem, czyli można było mocniej. Pewnie gdybym biegł z kimś mocniejszym o kilka sekund na kilometrze to bym wytrzymał. Nie, nie piszę tego, aby narzekać. Wręcz przeciwnie. Jestem zadowolony z tego jakie efekty dają trzy miesiące treningów z Tomaszem Spaleniakiem. Dzięki „trenejro” 🙂

 

Marcin Dybuk

Bolało na treningach, są efekty

Już dawno po zawodach nie byłem tak zadowolony, a sam start nie dał mi takiego kopa do treningów. Udało się poprawić pływanie o 27 sekund na stu metrach. Coś w co przed chwilą nie wierzyłem staje się realne. Ciężka praca przynosi efekty, a do najważniejszego startu, Ironman 70.3 Gdynia jeszcze dużo czasu.

 

Nadszedł czas, aby zmierzyć się z Ironman 70.3. Po pierwszych miesiącach biegania i entuzjazmie, że mogę wszystko, który ostudziły problemy z kolanem, do wszystkiego zacząłem podchodzić z większym rozsądkiem. Ten nakazywał trochę postartować na krótszych dystansach w triathlonie. Trzy sezony i przyszedł czas na decyzję o „połówce”. Oczywiście w Gdyni. Lubię debiutować na swoim podwórku. Tak było z biegiem na 10 km, półmaratonem i maratonem oraz triathlonem. Wszystkie w Gdańsku. W Gdyni będzie Ironman 70.3. Bo Trójmiasto to mój dom.

 

Poszukiwania trenera

Decyzja związana była z inną. Aby przygotować się trzeba rozpocząć współpracę z kimś, kto pozwoli mi to zrobić dobrze. Rozważałem różne scenariusze. Rozglądałem się z kim mógłbym popracować i kto uwzględni kilka ważnych dla mnie elementów. Po pierwsze, że jestem ojcem trójki nastolatków i to rodzina jest dla mnie najważniejsza. Po drugie zaangażowanie zawodowe w kilka projektów. Praca w radiu, współpraca z uczelnią oraz pomoc w organizacji cyklu imprez Triathlon Energy. Trzecia, że naprawdę słabo pływam i idzie mi to ciężko. Nauczyłem się zaledwie trzy lata temu, kiedy postanowiłem wyjść ze strefy komfortu i pokonać strach przed wodą, którego nabawiłem się jako nastolatek, topiąc się w Bałtyku. Kolejna sprawa, która po części wynika z poprzednich, to ograniczony czas. Uwzględniając to wszystko wybór padł na Tomasza Spaleniaka z Endure Team. Współpracę rozpoczęliśmy na początku grudnia 2016 roku. Mam taki zwyczaj, że jak zaczynam z kimś pracować to nie zadaję za dużo pytań. Ustaliliśmy czas jaki mogę poświęcić na treningi i ruszyliśmy do roboty. Tomek zna się na tym i wie co i jak zrobić, aby w sierpniu było jak należy. Chcę złamać 5 godzin 30 minut. Jak dla mnie ambitnie, ale inaczej by mi się nie chciało.

 

Luty to miesiąc testów, po trzech miesiącach intensywnych treningów.

 

Tak więc prace ruszyły. W grudniu dużo biegania i pływania. W styczniu dołożyliśmy rower. Trenażer oczywiście. W lutym przyszedł czas na pierwsze: sprawdzam. Podczas Biegu Urodzinowego w Gdyni na 10 km oraz gdański Torus Triathlon In Da House w sprincie. Obie imprezy o tyle dobre do sprawdzianu, że w Gdyni w ubiegłym roku pobiegłem życiówkę – 43:48, a w sprincie można było spojrzeć na pływanie.

 

Pierwszy sprawdzian. Nie poddałem się

Zaczynając od biegu urodzinowego. Miałem biec 4:20/km. Ambitnie pomyślałem, ale jak trener mówi, że się da to spróbujemy. Pogoda podła. Minus pięć stopni, silne podmuchy wiatru. Dobrze, że organizatorzy uporali się niemal na całej trasie ze śniegiem. Tak więc ruszyliśmy. I już na pierwszym kilometrze zonk. Korek. Wąska droga. Trzeba było się przepychać. Pierwszy kilometr 4:48. 28 sekund gorzej niż zakładałem. Nawet przez chwilę przeszła mi myśl, że już po życiówce. Drugi kilometr z wiatrem w twarz. Trzeci solidny podbieg. Cały czas jednak przyspieszałem. Postanowiłem jednak gonić czas. I to był mój największy sukces tego dnia. Do mety dobiegłem z nową życiówką 43:27. Bardziej jednak cieszyło, że nie poddałem się na pierwszym kilometrze i do ostatniej chwili goniłem zakładane 4:20. Dopadłem na ostatnim. Tam ściana wiatru, która trochę mnie spowolniła i odebrała energię. Ostatecznie jednak udało się. Pierwszy plan na rok 2017 wykonany, a jestem przekonany, że to nie ostatni rekord w tym roku na tym dystansie. Oczywiście, jeśli zdrowie pozwoli. Bo po sukcesie podczas tego samego biegu w 2016 roku też tak pomyślałem. Życie jednak przyniosło inny scenariusz i na długi czas wyeliminowało mnie z aktywności.

 

Przeżyć pływanie! Czy faktycznie tylko?

Drugi sprawdzian miał być jednak trudniejszy, bo składający się z trzech elementów. Pływanie, które bardzo lubię, ale słabo mi to wychodzi. A nie ma nic fajnego, kiedy z wody wychodzisz jako jeden z ostatnich. W ubiegłym roku przepłynięcie 750 metrów zajęło mi aż 17:47. Sto metrów w 2:22. Słabo. W listopadzie sprawdzian na 1000 metrów pokazał, że przerwa zrobiła swoje i jest jeszcze gorzej. 2:40 na sto i 26:35 na kilometr. Byłem zdołowany. Pierwsze treningi z Tomkiem i analiza wykazała, że praktycznie w wodzie chyba nie robię nic dobrze. Trenowałem zgodnie z harmonogramem, aż przyszedł czas zawodów. W tygodniu poprzedzającym usłyszałem, że warto złamać 17 minut. Gdzie? – pomyślałem. – Bez szans. Nogi toną. Praktycznie każdy ruch nimi bardzo rzadki sprawia, że są jak kotwica. Ruch ręki pod wodą także padliniarski. Przeżyć wodę i nadrabiać na rowerze, a w szczególności na bieganiu. – Taki miałem plan.

 

 

Na treningach i na zawodach bolało. Trudno jednak poprawiać wyniki bez wychodzenia ze strefy komfortu

 

W dniu zawodów denerwowałem się, mimo że to tylko zabawa i sprawdzian. Sygnał Iwony Guzowskiej i popłynąłem. Przeżyłem mimo, że już po 300 metrach złapał mnie ból w mostku. Później kolejny kryzys przydarzył się na bieganiu. Rower w hali do lekkich nie należał. To był mój najsłabszy „występ”, ale jak powiedział Tomek nie było z czego, bo najmniej uwagi poświęciliśmy na ten element treningu. Tak więc przejechałem 20 kilometrów na trenarzeże w hali gdzie promienie słoneczne podgrzewały temperaturę. Lekko nie było. A przede mną była jeszcze niezbyt lubiana bieżnia mechaniczna. Dwa pierwsze kilometry to kryzys. Znajomi, który podchodzili pokibicować szybko odchodzili.

 

Wyraz gęby miałem nie tęgi

Z trudem utrzymywałem tempo 13,5 km na godzinę. A obok jeszcze biegł Szwagier, którego musiałem gonić. Na rowerze wypracował 30 sekund przewagi, a warto dodać, że biegamy na bardzo podobnym poziomie. Nie chciałem przegrać z nim na moim podwórku. Niestety, głowa jedno, a ciało drugie. Zaciskałem zęby i biegłem niczym chomik na karuzeli. Wkurzony byłem niemiłosiernie. Niech to się w końcu skończy – myślałem. Od wolontariusza co chwilę słyszałem, że dam radę, że mam siły, że mam wysoko trzymać kolana itp. Przełom przyszedł na 3 kilometrze. Zacząłem przyspieszać. 14km/h, 14,5/km 15 aż doszło do 16 km/h. Na metę wbiegłem przed Markiem dwie sekundy szybciej. Łączny czas 1:21:24. To o siedem minut i 16 sekund lepiej niż przed rokiem. Owszem w 2016 roku rower był trudniejszy, ale na to nie patrzyłem. Dwa parametry szczególnie cieszyły. Pływanie 16:39, co dało 2:13 na sto metrów. Aż o 27 sekund lepiej niż podczas listopadowego sprawdzianu na 1000 metrów. Z wody nie wyszedłem wykończony, a Tomek który obserwował mnie z góry stwierdził, że chwilami płynąłem nawet ładnie. Zresztą sam to widziałem na jednym z filmików. Także bieganie okazało się lepsze niż przed rokiem. W 2016 5 km przebiegłem na bieżni w czasie 23:30, a w tym 22:16. I te dwa wymierne pomiary na tym samym dystansie i w tych samych warunkach pokazują, że czas łączny lepszy o ponad 7 minut nie wziął się z przypadku. Mam też wrażenie, że dodał mi siły do dalszych niekiedy ciężkich treningów w wodzie.

 

Rywalizujemy z Markiem od dwóch lat. Zawsze nas to pozytywnie nakręca. Dobra zabawa z odrobiną stresu

 

Podsumowując sprawdziany wypadły obiecująco. Jest progres poprzedzony ciężką, niemal trzy miesięczną pracą z Tomaszem Spaleniakiem. Ponadto dodatkowo cieszy mnie to, że dwukrotnie zarówno w Gdyni i Gdańsku poradziłem sobie z kryzysem. Małe sukcesy, a cieszą.

 

Treningi w liczbach:

95 godzin treningów

99 treningów

32 godziny pływania

35,5 godziny biegania

24 godziny na trenarzeże

4 godziny zakładki – brrr biegać w tych mrozach zaraz po trenarzeże. To nie było lekkie zadanie dla głowy.

4 kilogramy w dół, jeszcze z cztery do sezonu 🙂

 

Przede mną kolejny cel i sprawdzian. Półmaraton w Gdyni. 21 km chcę przebiec poniżej godziny i 40 minut. Już po rozpisce najbliższych treningów widać, że czeka mnie ciężka praca. A nie można zapominać, że mocny akcent postawiony jest także na pływanie, rower dla podtrzymania. Na dwa kółka pewnie przyjdzie czas już wiosną.

 

Marcin Dybuk

 

Foto: Paweł Marcinko

Cierpienie ma sens. Udowodnił to ksiądz Kaczkowski

Dwa osobiste obrazy ostatniej Wielkiej Nocy. Oba związane ze śmiercią. Pierwszy przerażający, drugi radosny.

 

W Niedzielę Zmartwychwstania jechaliśmy samochodem na Mazury do rodziców. Czytaliśmy tekst, który pokazał nam najstarszy syn. O eutanazji. Tekst o filmie dokumentalnym, który pokazywał proces zabijania drugie człowieka w Holandii. Nie będę opisywał tego, to zrobił już dziennikarz magazynu „Press”. Jedna tylko refleksja, która towarzyszy mi od dłuższego czasu. Cierpienie ma sens. Jest częścią życia i nie możemy w imię „cywilizacji” zabijać drugie tylko dlatego, że jest chory. Tak wiem, za chwilę ktoś może powiedzieć, że pisząc te słowa pewnie nigdy nie cierpiałem. Cierpiałem czy nie, nie o tym chcę napisać. Gdyby przyjąć argumenty zwolenników eutanazji ksiądz Jan Kaczkowski nie powinien żyć już cztery lata temu. Po co? Przecież lekarze mogli mu oszczędzić cierpienia. A tak…

 

Kiedy w poniedziałek Wielkanocny Maja powiedziała mi o śmierci księdza Jana pomyślałem, że Bóg nie mógł wybrać lepszego momentu. A kiedy przeglądałem Facebooka i to wszystko co działo się w mediach społecznościowych, całe to dobro, które wylewało się dzięki Niemu, pomyślałem, że to cierpienie miało sens, a owoce nie tylko w poniedziałek, ale także przez ostatnie cztery lata są piękne. Ile dobrego się wydarzyło, wie każdy, kto w ostatnich dniach, tygodniach, miesiącach miał okazję spotkać się z księdzem Janem, posłuchać go czy chociaż przeczytać o jego niezwykłym życiu. Nie poddał się beznadziei cierpienia, ale żył na pełnej torpedzie. Żył pięknie i tym życiem zarażał innych. Jak wiele zrobił, powiedział, jak to przemieniało innych można by opowiadać długo. Dziś media pokazują życie księdza Jana.

 

I to jest jedno z moich doświadczeń śmierci Wielkiej Nocy. Pierwsza przerażająca, bezsensowna. Bo eutanazja jest straszna. Gdyby mój Tata odszedł, kiedy zaczął chorować pewnie nigdy nie padły by między nami słowa, na które czekaliśmy może nawet całe życie. Wyznanie miłości między nami. Jestem przekonany, że były one ważne nie tylko dla mnie, ale także dla Niego. Niosły ulgę, uwalniały go od strachu. Uruchomiły łzy, które popłynęły mu po policzkach, kiedy rozmawialiśmy ostatnich raz, „chwilę” przed Jego śmiercią.

 

Druga śmierć. Piękna. Bo odszedł człowiek Piękny, ksiądz Jan Kaczkowski. Drogi kapłanie dziękuję Ci za wspaniałe świadectwo Twojego życia. I powtórzę za księdzem Janem: „Zamiast ciągle na coś czekać zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”.

 

Marcin Dybuk

 

foto: Radio Gdańsk

Wsparcie w drodze do maratonu

Kolejne ciężkie treningi maratońskie za mną. Łatwo nie jest. Ale się nie skarżę. Jak mówią trenerzy, teraz musi poboleć, aby później bolało mniej. Mniej, bo o braku bólu w trakcie biegu maratońskiego nie ma mowy. Każdego dnia coś w strategii treningowej jest do poprawienia.

 

Do startu w 2 PZU Gdańsk Maraton – 15 maja 2016 roku – czasu coraz mniej, a po ciężkich środowych i niedzielnych treningach z ekipą Radka Dudycza nogi bolą. Tygodniowy kilometraż to ok 60 km. Wychodzi na to, że dwa razy w tygodniu biegam półmaraton. Tylko czasami brakuje dwóch trzech kilometrów do oczka. Największy problem mam z łydkami i stopami. Rolki pracują na maksa. Codziennie, dwa trzy razy. Duża do czwórek, pasm i łydek. Mała walczy ze stopami. Kulki wspomagają plecy. Jestem w szoku na jak wiele elementów podczas przygotowań trzeba zwrócić uwagę. Witamina C, D, magnez. Kawa odstawiona na bok. Jej miejsca zajęła Yerba. Jedzenie co trzy godziny, a do tego jeszcze trzeba patrzeć na to, co się „wrzuca na warsztat”. Alkohol, słodycze? Zapomnij, powtarzam sobie w duchu.

 

Regeneracja to chyba najtrudniejszy temat. Trzeba się wyspać. Ciężko położyć się do łóżka o odpowiedniej godzinie. Minimum siedem godzin. Profesor Wojtek Radkowski zawsze powtarzał, teraz huczy mi to w głowie, że sen jest jednym z najważniejszych elementów przygotowań. Niestety, najłatwiej skraca się właśnie ten element . Aż organizm mówi dość. Póki pali się żółte światło jest nie najgorzej. Czerwone oznacza, wymusza przerwę.

Rozciąganie to ważny element przygotowań do maratonu. Ale nie jedyny…

 

Chyba każdego dnia zastanawiam się nad kolejnym treningiem. Najlepszym scenariuszem na ten najbliższy, ale także na kolejne. Ustalanie strategii nie jest łatwe. Dużo się uczę. Jednym z elementów wprowadzonych w ostatnich dniach jest wizyta u fizjoterapeuty. Rehasport Clinic odkąd biegam, walczy z moimi dolegliwościami. Mateusz zna moje problemy i to dodatkowo pomaga. Rozluźnianie i jeszcze raz rozluźnianie. Niestety, wychodzą zaniedbania z ostatnich 20 lat. Jest co robić, a przy tych obciążeniach bez wsparcia fachowców jednak się nie da. Przynajmniej u mnie. Raz w tygodniu wizyta u fizjo, do startu już chyba obowiązkowa.

 

Dobra wiadomość z końca minionego tygodnia jest taka, że organizatorzy zdecydowali się zaprosić do udziału sztafety maratońskie. W pierwotnych planach w Gdańsku na królewskim dystansie miałem debiutować z Dawidem. On chciał w ten sposób uczcić 18 urodziny, które ma w maju. Ja 42, które obchodzę w czerwcu, a razem chcieliśmy uczcić 70 urodziny mamy, babci Joli. Niestety, okazało się, że zdrowie nie pozwala Dawidowi przebiec 42 kilometrów. Mógłby, ale w perspektywie straty zbyt duże. Nie ma sensu. Pozostało wsparcie w roli kibica.

 

Wsparcie przyjaciół, znajomych czy w końcu rodziny to może być podczas 2 PZU Gdańsk Maraton wsparcie bezcenne. Nawet jeśli na początku, jak na zdjęciu, tak to nie wygląda. Darek Lulewicz, Rafał Obłuski i Agata Masiulaniec…

 

Aż do piątku, kiedy gdański MOSiR poinformował o sztafetach. Pomysł? Rodzina wystawi sztafetę, która będzie wspierała mnie na trasie. Pobiegnie właśnie Dawid, Aldona i szwagier Marek. Kto jeszcze? Ze znalezieniem czwartej osoby nie będzie problemu tym bardziej, że najkrótszy odcinek podczas sztafety ma 7 kilometrów, a najdłuższy 15. Agata Masiulaniec, biegaczka, blogerka podczas jednej z rozmów zauważyła, że to prawie jak doping. Na szczęście prawie, a to robi różnicę, a dobre słowo w chwili kryzysu od najbliższych się przyda. Nie przebiegną za mnie ponad 42 kilometry. To muszę zrobić sam. Póki co, muszę wybiegać jeszcze ponad 500 kilometrów, aby przygotować się do 2 PZU Gdańsk Maraton. A co się wydarzy 15 maja 2016 roku? Niepewnych jest dużo. Zostało 61 dni…

 

Marcin Dybuk

 

Foto: Paweł Marcinko

„Biegacze 2016” w dobrych rękach

Życie potrafi zaskakiwać. Uwaga: pozytywnie. Takim wydarzeniem była nominacja na dziennikarza/blogera o tematyce biegowej. Po telefonie, który odebrałem od organizatorów poczułem jednak małe zażenowanie. Ale po kolei…

 

Przed tygodniem zadzwonił do mnie Arek Suska z połączonych sklepów Biegosfery i Sklepu Biegacza. Poinformował o nominacji do tytułu „Biegacz 2016” w kategorii dziennikarz/bloger. Ucieszyłem się! Zawsze to miłe, kiedy ktoś dostrzega Twoją pracę. Jeszcze bardziej się ucieszyłem, jak dowiedziałem się w jak zacnym gronie się znalazłem: Agaty Masiulaniec i Piotra Sucheni. I tutaj poczułem dyskomfort. Co ja robię w tym gronie? Agata prowadzi świetną stronę BiegowyŚwiat.pl, a Piotr bloga, na którym dzieli się m.in. ogromną wiedzą na temat biegania. Dyskomfort także dlatego, że na Magiel Rodzinny już dawno nie pisałem o bieganiu w miarę regularnie. Postanowiłem, że nominacja ta będzie dla mnie zachętą, mobilizacją to regularności. Oby się udało! No, ale wracajmy do wydarzenia.

 

W sobotę, 12 marca 2016 roku, kiedy zjawiliśmy się na uroczystości wręczenia nagród w Sklepie Biegacza w Gdańsku, okazało się, że nominowany zostałem dwukrotnie. Także w kategorii Organizator. A dokładnie nominowane zostało Radio Gdańsk za akcję „Pomorze Biega i Pomaga”. Nasza akcja trwa trzeci rok. Najpierw było „Pomorze Biega”. Po roku promowania aktywności doszliśmy do wniosku, że chcemy także, aby biegacze pomogli tym, którzy nie mają tyle szczęścia, co osoby zdrowe. W ciągu dwóch kolejnych lat udało nam się razem zebrać ponad 100 tysięcy złotych i pomóc 12 osobom. A już niebawem startuje kolejny sezon. Warto podkreślić, że obok Radia Gdańsk w tej kategorii nominowani zostali: Sport-Evo i Complexsports.

 

Igor Janik, Arek Suska i moja skromna osoba – Marcin Dybuk ze statuetką dla Radia Gdańsk

 

Trzecią kategorią „Biegacza 2016” był sportowiec roku. O zwycięstwo walczyli: Tomek Grycko, Andrzej Krzyszkowski i Przemysław Słowikowski.

 

I tak, kilka minut po godzinie 14 w sobotę, poznaliśmy laureatów. „Biegacz 2016” w kategorii sportowiec trafił do Przemysława Słowikowskiego. Mistrza Polski w biegu na 100 metrów. Warto wspomnieć, że zdobyte przez niego mistrzostwo było dużą sensacją. „21-letni zawodnik wygrał bieg na 100 metrów. W finale ustanowił nowy rekord życiowy, uzyskując czas 10,39. Poprzedni był gorszy o 0,06 s. Zaraz za metą Słowikowski nie dowierzał w sukces. Dotarło to do niego, kiedy na tablicy świetlnej pojawiły się wyniki. Zalał się wówczas łzami i utonął w objęciach siostry Anny, która również jest sprinterką.” – pisał 19 lipca 2015 roku Onet.sport/Eurosport. W sobotę informację o nagrodzie przyjął dużo spokojniej :).

 

Z uśmiechem informację o zwycięstwie przyjęła Agata Masiulaniec, która została uznana za najlepszego Dziennikarza/Blogera i to do niej trafił „Biegacz 2016”. W tym momencie muszę dodać, że jestem pełen podziwu, że organizatorzy plebiscytu – Sklep Biegacza, docenił osobę, która związana jest z konkurencją – Sklepem Biegowym. Duże słowa uznania za odwagę. A że Agata zasługuje na to wyróżnienie, to inna sprawa.

 

„Biegacz 2016” w kategorii Organizator trafił do Radia Gdańsk. Miło było reprezentować rozgłośnię i odebrać statuetkę z rąk Igora Janika, dwukrotnego reprezentanta Polski na Igrzyskach Olimpijskich.

 

Ich troje laureatów: Przemysław Słowikowski, Agata Masiulaniec i Marcin Dybuk, oczywiście od prawej 🙂

 
Cieszę się, że akcja „Pomorze Biega i Pomaga” została dostrzeżona. Cieszę się, że pomysł, który zrodził się w mojej głowie krótko po tym, jak rozpocząłem pracę w Radiu Gdańsk i zacząłem biegać, rozwija się. Dziękuję wszystkim biegaczom, którzy nas wspierają. Dziękuję redakcji rozgłośni oraz zespołowi marketingu i reklamy, którym mam zaszczyt kierować. Dziękuję także Krzyśkowi Piekło, który co roku narobi się jak mało kto przy akcji „Pomorze Biega i Pomaga”. To wyróżnienie dla nas wszystkich. Gratuluję!

 

Marcin Dybuk

Aktywuj się w maratonie. Pierwszy etap

Pierwszy miesiąc przygotowań do maratońskiego debiutu za mną. Duże straty. Ale jeśli idzie się na wojnę, trzeba się z nimi liczyć. Póki co czasami boli jak cholera, a ma być jeszcze gorzej. Ale ktoś już przede mną powiedział, że ciężko jest lekko żyć… Walczymy.

 

Pod koniec stycznia wystartował projekt „Aktywuj się w maratonie” gdańskiego MOSiR-u. Nie mogło być lepszej okazji, aby pod okiem doświadczonego trenera, Radka Dudycza, przygotować się do maratońskiego debiutu, który po korektach, planowałem w 2016 roku.
Dlaczego po korektach? Kiedy przed cztery laty zacząłem biegać, pochłonęło mnie to doszczętnie. Pierwsze biegi na 10 kilometrów z dużą nadwagą, a jednak z sukcesami. Osobistymi. Masa też zaczęła spadać. „To dlaczego za rok nie wystartować w maratonie” – pojawiła się myśl. I tak jak szybko się pojawiła, tak zgasła. Na szczęście. Dokładnie zgasiła ją kontuzja. A dlaczego na szczęście? Bo, dziś po trzech latach pracy m.in. z fizjoterapeutami, trenerami i samym sobą biegam bezpieczniej dla siebie. No, i już nie wariuję, co jest lepsze dla rodziny.

 


Rafał i ja od prawie samego początku biegania zawsze się o coś zakładamy. Tym razem tego nie zrobiliśmy,

 

ale jak widać, kolega prowokuje cały czas…

 

Tak, więc w 2016 roku planowałem debiut w maratonie. Pierwszy sprawdzian zaplanowałem w październiku 2015 roku podczas półmaratonu. Pod okiem Patryka Sawickiego, po solidnym – pięć startów – sezonie triathlonowym, przygotowałem się do debiutu na 21 km. 1:40:02 to lepiej niż planowałem. Ok, udało się. A teraz czas na loterię. Jak mnie wylosują w Berlinie, to znaczy, że mam wystartować na królewskim dystansie. Aldona zapisała mnie do loterii, w której startuje ponad 100 tysięcy ludzi, a miejsc jest „zaledwie” 40 tysięcy. 1 grudnia losowanie. Jestem wśród szczęśliwców. A wśród nich także Rafał Obłuski, który o rok przez triathlon, przesunął debiut maratoński. Czyli jedziemy razem. Kolega pierwszy start zaplanował jednak w maju w Gdańsku. Ja miałem to zrobić we wrześniu. Jednak w między czasie pojawił się pomysł, aby wystartować w Gdańsku z Dawidem. 19 maja najstarszy syn kończy 18 lat. Wspólnym biegiem mieliśmy uczcić jego 18, moje 42 urodziny w czerwcu i 70-te urodziny, które kończy moja mama dokładnie w dniu 2 PZU Gdańsk Maraton. Mało liczb? To jeszcze jedna. Dawid wyliczył, że w maju suma lat trójki moich dzieci to będzie… 42. Będąc pod urokiem cyferek rozpoczęliśmy 24 stycznia 2016 roku – 24, po odwróceniu daje nam 42 ha ha ha – przygotowania do debiutu.

 

Niestety, pierwsze treningi pokazały,

 

że lekko nie będzie.

 

O zgrozo, jaki człowiek jest naiwny. Wydawało mi się, że jak przebiegłem 21 km to z 42 nie powinno być problemów. To „tylko” dwa razy więcej. Ale jakie. Oczywiście wiem, że w innym tempie, po solidnych 16 tygodniach przygotowań pod okiem Dudycza i jego ekipy, ale jednak to jest zmiana ligi. Przynajmniej dla mnie. To jak w boskie zmiana wagi. Niby potrafi się boksować, a coś podczas walki nie gra. Po kilku treningach szczególnie niedzielnych i środowych nogi potrafią boleć. A bieganie 24 km w lesie, góra dół, dają w kość porządnie. I dobrze. W końcu 4 godziny w debiucie trzeba jakoś złamać.

 

Drugie niestety, to nici z planu biegu z Dawidem. Okazało się, że jego problemy z piszczelami i długie, mocne treningi mogą się dla niego źle skończyć. Nie ryzykujemy.

 

Dawid przygotowuje się solidnie do sezonu triathlonowego,

 

ja stawiam na dwa maratonu.

 

Trzecie, niestety to dziesięć dni, z ponad 30 dni, chorobowego. Przerwa w treningach nie jest dobra. Ale kolejny raz postanowiłem nie ryzykować. Lepiej nie przeginać, kiedy organizm mówi, że jest przemęczony czy przeziębiony. Pierwsze treningi po 10 dniowej przerwie to była masakra. Przejdzie, w końcu do czego jest roller. Potrafi boleć. Ale z drugiej strony ratuje nogi i wspomaga walkę z ewentualną kontuzją.

 

Warto podkreślić, że

 

każde to niestety, niesie za sobą także coś dobrego.

 

Czas pokaże lub potwierdzi jakie.

 

Najbardziej mi żal, że nie pobiegniemy tym razem z Dawidem. To jeszcze nie jego dystans. Chyba tylko raz w życiu pobiegnę maraton – mówił. – No chyba, że podczas Iron Mana. Ale to co innego. Najpierw będzie pływanie, później rower i dopiero bieg – dodawał. Za kilka lat pewnie tak.

 

I jeszcze jeden element przygotowań do maratonu, który mnie zaskoczył. 13 lutego pobiegłem w Biegu Urodzinowym w Gdyni. 10 kilometrów z okazji 90 urodzin jednego z moich ulubionych miast. Plan był prosty. Sprawdzić na co mnie stać na tym etapie. Niestety, piątek przed startem spędziłem w łóżku. W sobotę czułem się już przyzwoicie. Do Gdyni pojechaliśmy z Aldoną. Ona chciałem po dwóch miesiącach przerwy przebiec 10 kilometrów. Treningowo. Patrząc z perspektywy czasu

 

niezbyt to rozsądnie wyglądało.

 

Ona bez treningów, ja przeziębiony. Ale zrobiliśmy to. Aldona na mecie zameldowała się po niespełna godzinie. Super. Jej życiówka to 56 minut.

 

Ja ustawiłem się w strefie poniżej 45 minut. To był plan. Od początku szukałem zająca. Biegłem za dwoma dziewczynami, które przy tempie 4:30 na kilometr miały siły rozmawiać. Silne są – pomyślałem. Około 6 kilometra trochę zacząłem do nich tracić. O, czyżbym słabł? – pytałem siebie. Ale z pomocą przyszła ulubiona ulica Świętojańska i 800 metrowy podbieg. Niby nieznacznie, ale potrafi dać w kość. Mnie mobilizuje. Wyprzedziłem dziewczyny i biegłem w tempie 4:21. Na ostatnich kilometrach jeszcze przyspieszyłem, a końcowe 1000 metrów przebiegłem w 3:56. Pierwszy raz przed metą już nie miałem siły szaleć. Ale to oznaczało, że dobrze rozłożyłem siły. Zapis z gps pokazał, że każdy kilometr biegłem szybciej. Na mecie byłem usatysfakcjonowany. 43:30 to moja nowa życiówka. Jest dobrze. Trenuję dalej.

 

Marcin Dybuk