Taniec zwycięstwa

Pan już nie będzie biegał 10 kilometrów w 40 minut – to zdanie, które usłyszałem od lekarza, który pięć lat temu „opiekował” się moim kontuzjowanym kolanem.

Nie uwierzyłem mu i zmieniłem lekarza. Ale dzisiaj muszę przyznać, że jednak miał rację. Biegam 10 kilometrów w 39 minut i 51 sekund. Od niedzieli 23 września 2018 roku. Złamałem magiczne 40 minut podczas Biegu Westerplatte. Tej samej imprezy, podczas której debiutowałem w 2012 roku. Wtedy przebiegnięcie trasy zajęło mi ponad 53 minuty. Wbiegając na metę 56 odsłony Biegu Westerplatte byłem mega usatysfakcjonowany. Z kilku powodów…

Jeszcze przed startem wiele miłych spotkań. Między innymi z siostrą. To pierwsze nasze biegowe zdjęcie

Niedziela. Budzik ustawiony na 6:15. Jednak zaspałem – 7.15. Szybki prysznic. Śniadanko przygotowane przez Aldonkę i jazda pod Europejskie Centrum Solidarności, skąd autobusy zawoziły zawodników na start, na Westerplatte. Tam też spotkałem się z Marcinem Hinzem, z którym tego dnia mieliśmy walczyć z 40 minutami oraz sobą. Zakład, którego celem była pomoc Zosi (www.siepomaga.pl/zosia)

 

W dobrym towarzystwie

Oprócz mojego konkurenta z drużyny Endure Team spotkałem jeszcze kilka przesympatycznych osób. Dziewczynę z fiordów czyli Magdę Zawalską i Andrzeja Humińskiego, Krzysztofa Wiatrowskiego oraz Adama i Marka Korola. W tym zacnym gronie zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy na start. Droga minęła na miłych rozmowach i żartach. Dobrze, przynajmniej człowiek się nie stresował. Już na miejscu spotkaliśmy Kamila Andrusza i jego brata. Kamil to nasz zająć. To znaczy Marcina i mój. Pogoda sympatyczna. Raz słońce, raz chmury, a niekiedy deszcz. Temperatura około 10 stopni Celsjusza. Idealna. Na Westerplatte oczywiście kilkanaście równie sympatycznych spotkań ze znajomymi i wzajemne życzenia powodzenia. Rozgrzewka 30 minut przed startem.

Od pierwszego do ostatniego kilometra trzymałem się Zająca Kamila. Bez niego chyba nie byłoby tego rekordu

Godzina 10.10 ruszyliśmy. Pierwszy pięć kilometrów bez historii. Biegłem za Kamilem. Tempo 3:57 i nowa życiówka na półmetku – 19:38. Brawo ja – pomyślałem i biegłem dalej. Równo. W tempie 3:57. Tak było do mostu Siennickiego. Tam w naturalny sposób zwolniłem, bo było lekko pod górę. Najgorsze zaczęło się już po zbiegnięciu. Tempo spadło do… 4:20. Wyraźnie to był kryzys.  Masakra. Znowu w okolicach tego cholernego mostu. To już czwarty bieg, gdzie mam jakieś problemy.

 

MKON mnie wykończył

I tu jest moment na wspomnienie wizyty u Ewy Rokickiej i Marcina Koniecznych. Pojechaliśmy z Aldoną zrobić z nimi materiał. Przy tej okazji poszedłem także z Marcinem na trening. Główne zadanie 3 razy 3 kilometry w narastającym tempie. Pierwsza 4:20, druga 4:10 i trzecia 4:00. Biegliśmy razem, kiedy w połowie zadania Marcin stwierdził, że pobiegnie szybciej. I tak zrobił. A ja zostałem i zadania prawidłowo nie wykonałem. Nie byłem w stanie. Później stwierdziłem, że trening z MKON-em zrył mi psychę. Na szczęście Tomek Spalenia, trener kazał trening powtórzyć tydzień później. I tak się stało. Ale doświadczenie to bardzo się przydało.

Mama i żona. Zawsze wspierają. Nie inaczej było w niedzielę

Drugim elementem, który w tym momencie zadziałał na mnie mobilizująco to wyprzedzenie mnie przez Marcina Hinza, tego dnia mojego rywala. Biegłem za nim i chyba gdzieś w podświadomości zbierałem siły na kolejny atak. Przecież chciałem wygrać. Kolejna rzecz to kilka rad Kamila i Pawła Czajkowskiego. Od tego drugiego usłyszałem, że biegnę na 80 procent. Zarzucił, aby poprawić krok, podnieś głowę i biec. Kiedy zobaczyłem 8 kilometr to przypomniałem sobie słowa Kamila jeszcze sprzed startu. Biegniemy do 8 km równo, a dwa ostatnie ile fabryka dała. Tak więc meta blisko – pomyślałem i chyba wtedy wróciłem do tempa poniżej 4 minut. Lekko nie było. Na ostatnim kilometrze przyspieszyłem jeszcze bardziej. 3:45 tyle wskazywał zegarek jak zerknąłem.

Ostatnia prosta

– Nie patrz na zegarek tylko biegnij – krzyknął Kamil.

Biegłem, niczym Forest.

– Biegnij Dybuk!!! – krzyczała Aldona. Kilkadziesiąt metrów wcześniej była Mama.

– Dawaj Marcin!!! – wołała.

Biegłem, dawałem…

Jakieś 100 metrów przed metą popatrzyłem na czas przy mecie. Sekundy leciały tak szybko. To i ja spróbowałem jeszcze coś wycisnąć z siebie. Wbiegłem na metę i padłem. Musiałem chwilę poleżeć. Odpocząć. Wiedziałem, że to zrobiłem. Wielka radość i zmęczenie. W końcu biegam poniżej 40 minut! Zawsze o tym marzyłem i w końcu spełniłem je.

Zrobiłem to. Aldona, Tomek i Kamil osoby, które mają swój wkład w mój sukces

Chwilę później spotkanie z Aldoną, Tomaszem i innymi z Endure Teamu. Dzielenie się pierwszymi wrażeniami. Radością. Podziękowania. Później rozbieganie z Kamilem i jego bratem. I planowanie następnych startów. A może tak rozprawić się z półmaratonem i 90 minutami, a może powtórzyć dobry bieg na 10 km 11 listopada 2018 roku, w 100 rocznicę odzyskania niepodległości i w dniu imienin. Ustalimy z trenerem.

 

Czyste szaleństwo

Kiedy zobaczyłem sms od organizatorów i przeczytałem, że czas brutto to równe 40 minut, a netto o dziewięć sekund lepsze, co dało mi 138 miejsce open i 13 w kategorii wiekowej M40 jeszcze bardziej się ucieszyłem.

Tak się wbiega po marzenie

Ale prawdziwe szaleństwo zaczęło się w domu. Tam czekała na mnie Majka z ciastem i 3 świeczkami. W końcu trójka to moja ulubiona tego dnia liczba. A z adapteru zabrzmiał… Queen. Nie ten kawałek co myślicie. Majka chciała ustawić „We Are The Champions”, ale igła ustawiła się na winylu na „Don’t Stop Me Now” (Nie zatrzymuj mnie teraz). I to chyba jest dobra „wróżba”. Nie mogę się teraz zatrzymywać. Po „Don’t Stop Me Now” poleciało w końcu „We Are The Champions”, a następnie „We Will Rock You”. My przez cały czas się kołysaliśmy. Odtańczyliśmy taniec zwycięstwa. Cudowne uczucie. Świętowanie zakończyliśmy wspólnym obiadem. Do naszej trójki dołączył Kajetan. Niestety, Dawid jest w Warszawie.

Oj, dział się dużo tej niedzieli…

Na mecie zbyt długo nie dali poleżeć

A teraz czas na podziękowania:

Aldonka, która wierzy we mnie nawet jak ja nie wierzę

Dzieciaki fajnie, że Wam się chce kibicować, piec ciasta itd.

Mama Jola, że prawie zawsze jesteś gdzieś na trasie

Siostra, że też biegasz. Kiedyś musimy pobiec razem J

Tomasz Spaleniak, za mega trening, wsparcie i zaangażowanie nie tylko w pracę indywidualną, ale także drużynową

Natalia i Mateusz (Rehasport Clinic) za te pięć lat wyciągania mnie z opresji i doprowadzenie kolana do stanu, który pozwala biegać w takim czasie. Za wszystkie wskazówki

Mrcin Hinz za zakład i wspólne nakręcanie się

Kamil Andrusz za zającowanie i wsparcie na trasie

Paweł Czajkowski za mobilizację i zakład

Magda Zawalska za masaże 🙂

Michał Wysocki za cotygodniowe leczenie ran w ostatnich kilku tygodniach i zawsze znajdowanie czasu

Ola Przytulska za zimową pracę nad moimi kolanami i instrukcje treningowe (mięśnie głębokie i tyłek)

Endure Team oraz Toruński Klub Triathlonowy – za wspólne treningi i obóz

Marek Bartkowski za każdy pojedynek, który nakręcał do cięższej pracy

Teściowie za doping i dobre słowo

Rosselina i Rafał za dobry sportowy, wspólny czas. I za każdy doping, także w tę niedzielę

I każdemu z Was za każdą okazaną życzliwość i uśmiech.

Dobrze, że jesteście

 

Marcin Dybuk

 

 

Nie doceniamy prostych chwil

Trzy obrazki z jednego wyjazdu

 

Jajecznica

W środę miałem służbowych wyjazd do Warszawy. Postanowiłem wyjechać we wtorek i przenocować u Dawida. Mieszka przy Alejach Jerozolimskich. Tak więc wszędzie jest blisko 🙂 Przyjechałem pociągiem o 19.40. Wrzuciłem graty i poszliśmy coś zjeść. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Później obejrzeliśmy ostatni set meczu Polska – Iran na Mistrzostwach Świata we Włoszech i Bułgarii. To był tak zwykły czas, że aż piękny. Nie ukrywam, w ostatnich miesiącach (jest ich już kilkanaście) ciągle pędzę, pędzimy. Aż boje się pomyśleć ile pięknych, zwykłych chwil przeleciało bezpowrotnie. Już nigdy ich nie będzie. Już nie wrócą. Kiedy wróciłem do domu opowiadałem Aldonie o spotkaniu z dorosłym synem. Na pytanie o czym rozmawialiśmy pamiętałem tylko jeden z nich. Reszta była tak zwykła, tak oczywista, że już uleciała. Zapamiętałem za to dużo innych drobiazgów. I to, że rano na śniadanie zrobił jajecznicę. I choć była to zwykła jajecznica, smakowała jakoś inaczej. Może dlatego, że podana przez syna, który już wyfrunął z domu.

 

Mury

Spotkanie było w starym budynku. Stałem na środku i podziwiałem mury i oglądałem zdjęcia. Do spotkania miałem trochę czasu i mogłem zatrzymać się na chwilę i przyjrzeć dokładniej. Było coś w tym majestatycznego. Aby jednak to dostrzec było trzeba się zatrzymać.

 

Dziecko

Powrót ponownie pociągiem. Obok mnie siedziała kobieta z małą dziewczynką. Jechały do Gdyni. Mała miała jakieś dwa lata. Żywe srebro. Wszędzie było jej pełno. Buzia jej się nie zamykała. Nie ukrywam. Na początku trochę mnie denerwowała. Byłem zmęczony i liczyłem, że będę mógł odpocząć. Zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć. Zamiast tego dokładnie słyszałem rozmowy mamy z córeczką. Kobieta poświęcała jej każdą chwilę, odpowiadała na każde pytanie, tłumaczyła to czego nie rozumiała. A jak mała zachowywał się zbyt głośno prosiła o ciszę i znowu tłumaczyła dlaczego ma być ciszej. Nie podnosiła głosu, nie denerwowała się. To było piękne w postawie tej kobiety, a mała… no cóż to tylko dziecko, które jest ciekawe tego świata. Kiedy tak próbowałem zasnąć, bezskutecznie coraz bardziej podobała m się sytuacja, której byłem przypadkowym świadkiem. Coraz częściej się uśmiechałem do sytuacji, dialogów które „działy” się obok mnie. Były tak zwyczajne, że aż… piękne.

 

Morał

Chciałbym umieć częściej zatrzymać się i dostrzec piękno zwykłych rzeczy. Są takie piękne…

 

Marcin Dybuk

 

Ps. To jest zwykły tekst. Chciałem coś napisać niezwykłego, ale wyszło coś prostego.

 

Wietnam widziany z motocykla

Dawid poinformował nas jakiś czas temu, że jedzie z Przyjaciółmi do Wietnamu.

– Gdzie?

– Do Wietnamu…

– yyyy – tak daleko w naszej rodzinie nikt jeszcze się nie wybrał.

 

Nie ukrywam zabrzmiało to dla mnie groźnie. A jak dodał do tego, że planują przemierzyć ten kraj na motocyklach, to poczułem się jeszcze bardziej nieswojo. Czego się bałem? Nieznanego.

 

Przygotowaniom młodzieży przyglądałem się z zaciekawieniem. Słuchałem, pytałem. Dawid jest odpowiedzialnym gościem. Prawie. Bo jazda na rowerze bez kasku do takich nie należy. Ostatnio zaliczył nawet glebę potrącony przez samochód na przejściu dla pieszych. Niedawno, po kraksie wujka obiecywał, że już będzie jeździł w kasku. Zobaczymy!

 

Wracając do Wietnamu. Pożegnanie na dworcu było wymowne. Rodzice czuli się niepewnie. Lot do Singapuru, a następnie do Wietnamu śledziliśmy na aplikacji. Pierwsze informacje o dotarciu w Internecie. Z każdą godziną ich pobytu w Azji uspokajałem się. Radzili sobie, nawet z motocyklami. Nawet wtedy gdy się psuły. A przynajmniej raz dziennie, któraś z trzech maszyn ulegała awarii. Najważniejsze, że jechali do przodu i nic im poważnego nie było. Po relacjach i słowach Dawida widać było, że czuje się dobrze i jest zadowolony z wyprawy. Stwierdziliśmy z Aldoną nawet, że dawno go nie widzieliśmy go w tak dobrej formie.

 

Cieszyliśmy się… szczególnie jak wrócił do domu. Oj, takiej radości już dawno nie było. Szczególnie w wykonaniu rodzeństwa. Przywiózł im prezenty, które sami planowali sobie kupić dopiero po uzbieraniu kasy. Okrzyki i rzucanie się na szyję brata. To był piękny widok.

 

A teraz kilka pięknych widoków z ich wyprawy w Wietnamie.

Z Gdańska do Berlina autobusem. Następnie do Singapuru i Wietnamu samolotem, a dalej już motocyklami…
Było ich trzech… najstarsza z maszyn w dowodzie rejestracyjnym miała datę produkcji 1975, młodszy był z 1988 roku…
Nie zrażali się nawet awariami. Dopiero przed górami wysokimi stwierdzili, że motocykle czas sprzedać i przesiąść się do autostopu…
W dżungli Dawidowi tak się podobało, że chciał tam zostać na noc. Na szczęście nie zrobił tego…
Były góry, były świątynie…
Były inne piękne budowle…
Były i inne atrakcje i kąpiele…
Nie mogło zabraknąć smoka…
Widoki też były…
Nie mogło zabraknąć meczu piłkarskiego w deszczu. Bo w Wietnamie o tej porze pada i to często…
Ładne kwiatki…
I opuszczony park wodny. Łatwiej powiedzieć gdzie ich nie było w ciągu tych prawie 30 dni, które spędzili w Wietnamie…
Wypłynęli na szerokie wody i zapowiadają, że to nie koniec…

Dawid zapowiedział, że za rok wybiera się do Syrii. „Bliżej terrorystów nie można było?” – zapytaliśmy. No cóż poprzeczka idzie w górę 🙂

 

Marcin Dybuk

 

Marcin kontra Marcin, aby wesprzeć Marcina i Zosię

To nie jest łatwe zadanie. Dla żadnego z trzech Marcinów. Każdy z nas podjął się dużego wyzwania. Oczywiście na miarę możliwości.

 

O co chodzi? Po kolei. A dokładnie od końca. To znaczy od trzeciego Marcina, który postanowił pomóc w zbiórce kasy na operację dla dwuletniej Zosi. Dziewczynce nóżki łamią się jak zapałki. Aby to się zmieniło potrzebna jest operacja w USA. Koszt ponad 600 tysięcy zeta. Marcin Konieczny od ponad miesiąca razem z Prezesem Suchym pomagają rodzinie w zbiórce. Popularny MKON zamiast zabrać żonę Ewę na porządny urlop w góry kazał jej przejechać drogę z Olsztyna do Szklarskiej Poręby na rowerze. Kobitka dała radę. To w końcu tylko 600 kilometrów. Ludziska wpłacali za każdy kilometr kasiorę na konto. Nie udało się wprawdzie za każdy kilometr uzyskać tysiaka, ale 6000 złotych wpadło na konto. Obecnie jest ponad 200 tysięcy złotych. Zbiórka trwa dalej.

Siła w tłumie

No i teraz wkraczają do tej historii kolejne Marciny. Już przed rokiem chcieli przebiec 10 kilometrów poniżej 40 minut. Jesienią 2017 nie udało się. Jednemu zabrakło 16, drugiemu 58 sekund. 23 września 2018 roku podczas Biegu Westerplatte drugie podejście. Aby wzmocnić motywację założyli się, a kasa z zakładu ma powędrować na konto Zosi (www.siepomaga.pl/zosia)

 

Na czym polega zakład?

Jest kilka wątków.

  1. Marcin, który przegra wpłaca 50 złotych na konto Zosi
  2. Za każdą sekundę poniżej 40 minut wpłacamy na konto Zosi po 2 złote, czyli jeśli będziemy mieli czas 39:50 wpłacamy po 20 złotych.
  3. Za każdą sekundę ponad 40 minut każdy z nas wpłaca po 3 złote. Czyli jeśli będzie 40:10 na konto Zosi wędruje 30 złotych.
  4. Każdy z Was może obstawić zwycięzcę zakładu Marcin kontra Marcin. Wpłacacie dowolną kwotę na konto Zosi, obstawiacie swojego „konia” w sondzie na FB (wydarzenie Marcin kontra Marcin), a w komentarzu czas zwycięzcy i nagrodę, którą chcecie. My przygotowujemy dla Was nagrody:
    a. Butelka dooobrego wina
    b. Książka „Szybkość i siła po 50-tce”
    c. Książka „Szybkość i siła po 50-tce” druga sztuka
    d. Słoik miodu – w końcu jesień się zbliża
    e. Historyczny złoty kubek akcji „Pomorze Biega i Pomaga” z biegu 11.11. 2015 – Bieg Niepodległości
    f. Historyczny złoty kubek akcji „Pomorze Biega i Pomaga” z biegu 14.06. 2015 – Bieg Piekarczyka w Elblągu
    g. Historyczny złoty kubek akcji „Pomorze Biega i Pomaga” z biegu 4.10. 2015 – Verve 10K Run Sopot
    h. Historyczny złoty kubek akcji „Pomorze Biega i Pomaga” z biegu 31.05. 2015 – Bieg Tura.
    i. Książka “Mój pierwszy triathlon” Steve Trew, bo nie samym bieganiem człowiek żyje

Dodamy tylko, że takich kubków już nie ma. Mają wartość historyczną, a herbata z nich smakuje wyjątkowo

Wygrywają te osoby, które wskażą poprawnie Marcina, który będzie pierwszy na mecie Biegu Westerplatte oraz obstawią dobrze czas lub będą najbliżej tego wybieganego.

 

 

A teraz coś o Marcinach 🙂

Marcin Hinz lat 33, mąż i ojciec dwóch synów. Triathlonista amator, bloger, vloger. Rekord życiowy na 10 km – 40:16. Trener Tomasz Spaleniak

Marcin Dybuk lat 44, mąż i ojciec trójki dzieci. Triathlonista amator, bloger. Rekord życiowy na 10 km – 40:58. Trener Tomasz Spaleniak

To chyba tyle. Zapraszają do zabawy i kibicowania oraz obstawiania TUTAJ w sondzie, a czas zwycięzcy i nagrodę, którą chcecie wpisujcie w komentarzu  🙂

 

 

Marcin Hinz i Marcin Dybuk

 

Jak zostałem Kozakiem

Facebook właśnie mi przypomniał moje przygotowania do pierwszego, oficjalnego biegu. A był to Bieg Westerplatte. I było to sześć lat temu. Przygotowania do wrześniowej imprezy rozpocząłem w czerwcu. Pierwsze dziesięć kilometrów po niespełna miesiącu przebiegłem w czasie 1 godzina, 1 minuta i jedna sekunda. Ale to była radość. Za każdym razem jak o tym pomyślę, to obraz z tamtej chwili wraca. Właśnie kończyłem trening, kiedy Aldona z dziećmi wracała do domu. Fajnie, że mogłem radością z mojego pierwszego biegowego sukcesu dzielić się z nimi.

 

Po debiucie w Biegu Westerplatte. Sześć lat temu

 

Dwadzieścia kilogramów starszy

Od tego momentu minęło już ponad sześć lat. Ponad 2130 dni. Kawał czasu. Przygodę ze sportem rozpocząłem w okolicach 38 urodzin. Tuż przed nimi. Czy wtedy rozpoczął się mój kryzys wieku średniego? Być może. Choć nie myślałem o kupnie motocykla czy sportowego samochodu. Jedyny, ale ciężki objaw, podobieństwo to nadwaga. Było tego jakieś prawie 20 kilogramów.

 

Taki ładny miś był ze mnie 6 lat temu, a już o kilka kg mniejszy niż w czerwcu

 

Silniejszy w dążeniu do celu

Tak więc dziś jestem o 20 kilogramów młodszy. Czuję się dużo lepiej. Ubrania zmieniły rozmiar z XL na M i przez to mi się dużo bardziej podobają. Tak jak samo życie, choć i na tamto nie mogłem narzekać. Sześć lat, a to oznacza, że wiele wody w rzece upłynęło. To był czas sukcesów, ale także porażek, a może lepiej byłoby powiedzieć doświadczeń, niekiedy trudnych, które sprawiały, że stawałem się coraz silniejszy w dążeniu do celu.

 

Cel, marzenie 10 kilometrów biegać z 3 z przodu

 

Jednym z nich jest próba przebiegnięcia 10 kilometrów poniżej 40 minut. Podejmę ją 23 września 2018 roku podczas Biegu Westerplatte. Pierwszy bieg skończyłem z czasem ponad 53 minuty. Przed rokiem już z 40:58. A jak będzie teraz? Ten rok pod wieloma względami nie był i nie jest łatwy. Trenowałem dużo mniej niż rok temu, kiedy zabrakło do złamania 40 minut prawie minuty. Ale nie patrzę na to wszystko w sposób negatywny. Jak sobie myślę o biegu 23 września to wiem, że będzie bolało, że będę musiał kolejny raz opuścić strefę komfortu i mocno zawalczyć o realizację marzenia.

 

Nauczyłem się walczyć o marzenia

Bo właśnie w ciągu tych sześciu lat nauczyłem się walczyć o małe i duże marzenia. W ciągu tych sześciu lat nauczyłem się przede wszystkim pływać, pokonałem strach przed wodą i wystartowałem w triathlonie. Mój dotychczasowy najdłuższy start w tej dyscyplinie to Ironman 70.3 Gdynia. Przepłynąłem 1,9 km w Bałtyku, przejechałem po kaszubskich trasach 90 kilometrów i przebiegłem w nad morzem 21,1 km. Polubiłem triathlon, do tego stopnia, że razem z Aldoną i rodzinką Greczyłów: Adamem i Ewą rozpoczęliśmy organizować fantastyczne imprezy spod znaku Triathlon Energy. A dlaczego fantastyczne? Bo startują w nich i dzięki temu, my ich poznajemy fantastyczni ludzie. Uśmiechnięci, pogodni, przyjaźnie nastawieni do świata. Z wieloma z nich przegadało się nie jeden temat, przepłynęło, przejechało czy przebiegło nie jeden kilometr. Pomogło wyjść ze strefy komfortu wielu osobom, a nawet stać się niepełnosprawnej dziewczynce triathlonistką.

 

Nie przywiązuje się do medali, ale te lubię. Gdynia Ironman 70.3, Maraton Budapeszt, medal z Triathlon Energy w Starogardzie (pierwsza impreza) i Berlin Maraton.

 

Założyłem koronę

Kolejne, nawet starsze niż triathlon marzenie, które udało mi się w tym czasie spełnić, to przebiegnięcie maratonu. Oj, o tym myślałem już od liceum. W końcu się udało. Debiutowałem w Gdańsku z czasem 3:45, później był Berlin. Czas powyżej czterech godzin, ale w stolicy Niemiec co innego było ważniejsze. To był bieg 100 dni po poważnej operacji. Sam nie wiem jak to się stało, że znalazłem w sobie tyle siły, aby tak szybko wrócić do tak poważnego biegania.

 

Przebiec z Rafałem i flagą Gdańska przez Bramę Brandeburską, to było coś

Trzeci maraton to Budapeszt i kolejna lekcja. Przygotowany byłem do biegu poniżej 3 godzin i 30 minut. Skończyło się o osiem minut wolniej. Ale kiedy dziś myślę o tym starcie to wiem, że to był mój najtrudniejszy, a zarazem najlepszy bieg. Kończyłem go w temperaturze powyżej 30 stopni w cieniu. Nogi miałem obolałe do tego stopni, że jak dziś biegam w gorącu to czuję jakby były poparzone. Setki razy myślałem, aby przerwać maraton w stolicy Budapesztu, dwa razy stawałem, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło, a jednak dobiegłem do mety. Jak się położyłem w parku na trawie, to miałem problemy ze wstaniem. Dostałem wtedy porządnie po tyłku, a dziś wiem, że to było coś niesamowitego.

 

Rzeka w końcu pokonana

Półtora roku walczyłem z kontuzją kolana, aby wrócić do biegania. Lekarz powiedział, że nie będę biegał już 10 kilometrów w czasie 40 minut. I mam nadzieję, że miał rację. Że będę biegał z trójką z przodu.

Kiedy już nauczyłem się pływać wróciłem nad Dunaj i przepłynąłem go w kajaku górskim, tym samy z którego uciekłem sześć lat temu. Teraz to ja pokonałem rzekę i przepłynąłem nią 16 kilometrowy odcinek.

 

Dunaj w kajaku górskim. Sześć lat czekałem na ten moment

Jak zostałem Kozakiem

W tym czasie usłyszałem wiele dobrych słów, odebrałem setki gratulacji. Zarówno po biegowych jak i triathlonowych startach. Udawałbym, gdybym powiedział, że nie było to przyjemne. Było. I bardzo to lubię. Jeden z największych, a może największy komplementów jaki usłyszałem padł z ust mojego starszego syna. Podczas debiutu maratońskiego usłyszałem od Niego, że jestem Kozakiem. Cudowne uczucie. Porównywalne z tym, kiedy słyszę od dzieci jak mówią: Kocham Cię.

 

To jest moje największe trofeum. Koszulka, którą dał mi Dawid po debiucie w triathlonie

 

Wsparcie Aldony

Doświadczyłem także wielkiego wsparcia od Aldony. Potrafiła dobrym słowem, czasami mocnym potrząsnąć w trudnych chwilach. Szczególnie kiedy kontuzja się odnawiała i nie można było trenować. Ale także, kiedy przed kolejnymi próbami strach zaglądał w oczy.

 

Bez Aldony nie wszystko by się udało


Bieganie w intencjach

I pewnie tak długo mógłbym pisać o tych ostatnich sześciu latach, bo działo i ciągle dzieje się bardzo dużo. I to dobrego. Na koniec wspomnę tylko o jeszcze jednym. Pięknie się biega i znosi ból w intencjach ludzi, którzy tego wsparcia potrzebują bardziej niż my.

 

Romek bohater

Jedną z takich osób jest mój Przyjaciel Romek. Niesamowity gość, który od dłuższego czasu walczy z rakiem. Kiedy biegnę i mam naprawdę dość myślę o nim, ofiaruję to wszystko za Niego. Jest to moja modlitwa i prośba zarazem o zdrowie dla Niego. W lipcu byliśmy razem na wakacjach w górach. Razem z Wojtkiem pomagaliśmy Romkowi nauczyć się jeździć na rowerze. Przez chorobę amputowano mu nogę. Jednak nie poddał się i żyję pełną piersią. Postanowił nauczyć się jeździć na rowerze. Pojechał na obóz do Jaśka Meli, aby nauczyć się biegać. Silny i piękny facet.

 

Roman co się nie kłania rakowi

Wyjść ze strefy komfortu

Kiedy wróciłem do Gdańska startowałem w triathlonie. Niestety, pływanie zostało odwołane i triathlon przerodził się w duathlon. Od dłuższego czasu mam problemy z bieganiem szybciej drugiej części dystansu. W Gdańsku po przebiegnięciu pięciu kilometrów drugiego biegu poczułem niezwykłą moc. I zamiast zwalniać tak jak zawsze przyspieszałem. Udało się dobrze pobiec. Kiedy zastanawiałem się co takiego się wydarzyło, że w końcu udało mi się przełamać moją niemoc w drugiej części biegu, przypomniałem sobie, że myślałem wtedy o Romanie i jego nauce jazdy. To był dla mnie zaszczyt, że mogłem pomóc Przyjacielowi pokonać strach i ponownie nauczyć się jeździć na rowerze.

I takich pięknych chwil dostarczyły mi ostatnie lata. A wszystko to, bo postanowiłem wyjść ze strefy komfortu. I to wiele razy.

 

Kolejne 3 w życiu

I oby tak było także 23 września 2018 roku podczas Biegu Westerplatte. Marzenie mam, aby z przodu była 3…

 

Marcin Dybuk

 

Ps. Warto do tego jeszcze dodać akcję „Pomorze Biega i Pomaga”. To właśnie podczas biegania zrodził się pomysł akcji. Najpierw tylko biegania, a później także pomagania. W sumie to już ponad 20 osobom udało się pomóc. A ilu biegaczy biega w niebieskich, pomarańczowych i zielonych koszulkach „Pomorze Biega i Pomaga”. Każdy z nich pomógł przynajmniej jednej osobie. Koszulki są cegiełkami.

Możesz pomóc, pomóż. To ma sens

W pomaganiu najlepsze jest… pomaganie. Lepszy od tego jest tylko uśmiech osoby obdarowanej pomocą. W ostatnich dniach doświadczyłem tego widoku. Niesamowite uczucie. Wtedy wszystkie nasze troski znikają albo maleją do wielkości ziarnka piasku.

 

To był jeden z najpiękniejszych uśmiechów jaki widziałem w życiu. I choć opisywanie rzeczywistości nie jest mi obce, to nie potrafię przelać tego widoku „na papier”. Biło z niego coś niepowtarzalnego. W oczach i na twarzy 11-letniej Paulinki widać było szczęście. Niepełnosprawna dziewczynka niesiona była na rękach przez wujka. Rafał właśnie dopłynął do brzegu jeziora, wyciągnął chrześniaczkę z pontonu i zaczął biec w stronę strefy zmian, gdzie czekał już na nich rower i wózek, w którym Paulinka miała rozpocząć drugi etap triathlonu, na dystansie 1/4 Ironman.

 

Szczęście na twarzy

Dziewczynka i wujek byli oklaskiwani przez licznie zebranych nad jeziorem kibiców. I właśnie wtedy, w tym hałasie na jej twarzy pojawił się uśmiech. Zawitało szczęście.

 

Paulinka cierpi na porażenie mózgowe czterokończynowe, spastyczne. Gdyby nie determinacja i poświęcenie rodziców dzisiaj by nie mówiła i nie poruszała kończynami. Jest inteligentna, zabawna i lubi rysować. Przed rokiem razem z wujkiem debiutowała w triathlonie na dystansie 1/8 Ironmana w Starogardzie Gdańskim. Wujek, Rafał Butny, najpierw ciągnął ją w pontonie, następnie na rowerze w wózku, aby na końcu pchając wózek przebiec ponad 5 kilometrów.

 

Paulinka już wtedy na mecie była szczęśliwa, a pytana czy będzie chciała jeszcze raz wystartować w triathlonie, odpowiedziała, że tak. I tak się stało. 19 sierpnia 2018 roku w Chełmży, podczas piątej odsłony LOTTO Triathlon Energy. Nie byłoby tego startu, gdyby nie pomoc wielu z Was.

 

Zebraliśmy kasę na wózek

W ubiegłym roku Paulinka starowała w sprzęcie pożyczonym od Fundacji NEGU. Niestety, w ciągu roku wyrosła z wózka, który został jej użyczony. Niezbędny był zakup nowego. I tutaj z pomocą pospieszyliście Wy. W ramach akcji Pomorze Biega i Pomaga, którą od czterech lat prowadzę w Radiu Gdańsk, gdzie pracuję, zorganizowaliśmy zbiórkę. Potrzebne było ponad 10 tysięcy złotych. Po kilku tygodniach na koncie była cała kwota. Fundacja Się Pomaga zakupiła sprzęt i przekazała dziewczynce.

 

Rozpoczęły się przygotowania do startu. Udało się po raz kolejny. Paulinka i Rafał dotarli na metę LOTTO Triathlon Energy w Chełmży.

 

Spotkała się tam także z inną dziewczynką, która potrzebuje naszej pomocy. Dwuletnią Zosią, która czeka na operację nóżek, które łamią się jak zapałki. Zabieg może być wykonany tylko w Stanach Zjednoczonych, a jego koszt to ponad 600 tysięcy złotych.

 

Mistrzowie też pomagają

W zbiórkę środków dla rodziny z Olsztyna zaangażował się Wojtek Suchowiecki zwany Prezesem i Marcin Konieczny zwany MKON. Między innymi w Chełmży rywalizowali w sztafetach. Organizatorzy (Aldona Dybuk – moja osobista żona i Adam Greczyło – mój osobisty kolega) cyklu LOTTO Triathlon Energy postanowili za każdego zawodnika na mecie przekazać dla Zosi trzy złote. Za każdą sztafetę 33 złote. Parę złotych się uzbierało.

 

Ponadto wydarzyło się coś jeszcze niesamowitego. Do akcji włączył się Robert Karaś. Po tym jak wygrał Mistrzostwa Świata w potrójnym Ironmanie i ustanowił rekord świata (!!!) zaproszony został do Radia Gdańsk. Miałem ogromną przyjemność uciąć sobie z nim pogawędkę. Zaprosiłem go do Chełmży, gdzie mieliśmy zorganizować z nim i jego bratem Sebastianem Karasiem, tym który przepłyną m.in. Bałtyk, spotkanie. Niestety, obowiązki rodzinne nie pozwoliły im przyjechać. Stało się jednak coś spektakularnego. Robert przekazał na licytację medal z Mistrzostw Świata. Kiedy to usłyszałem zaniemówiłem.

– Ten medal? – zapytałem?

– Tak – odpowiedział

– Jesteś pewny? – dopytywałem.

– Tak – dopowiedział z jeszcze większym przekonaniem. – Może uda Wam się coś zebrać „na niego” – powiedział skromnie.

Następnego dnia Robert przywiózł mi z Elbląga ten właśnie medal i życzył powodzenia. I tak rozpoczęła się LICYTACJA – medalu mistrza i rekordzisty świata – Roberta Karasia. Cały dochód zostanie przeznaczony na operację dla Zosi. (www.siepomaga.pl/zosia)

 

Każdy może pomóc

Piszę o tym, choć nie jest to dla mnie łatwe. Łatwiej jest pomagać niż o tym głośno mówić. Ale w ten sposób chciałem pokazać różne oblicza pomagania. Jest to coś niesamowitego. Uśmiech Paulinki, nadzieja rodziców Zosi, gest Roberta, który przekazuje medal, trud i zaangażowanie ludzi, którzy chcą pomóc: Prezesa Suchego, Marcina Koniecznego, Ewy Rokickiej, która na urlop do Szklarskiej Poręby pojechała z Olsztyna na rowerze. Taki chytroplan męża MKON-a. A znajomi za kilometry Ewy wpłacali kasę na operację dla Zosi. W sumie przejechali 603 kilometry i zebrali ponad 6 tysięcy złotych.

Liczą się duże i drobne gesty, jak choćby przekazanie kilku złotych za każdego zawodnika na mecie jak zrobiła to Aldona i Adam. Każdy z nas może zrobić dużo, aby Zosia mogła być poddana operacji, dzięki której w przyszłości będzie mogła chodzić.

Wierzę, że za jakiś czas będziemy mogli zobaczyć uśmiechniętą i szczęśliwą Zosię, tak jak wielu z nas widziało uśmiechniętą Paulinkę w Chełmży.

 

Marcin Dybuk

Każdy kiedyś był na fali

Wyszedłem z baru. Do załatwienia miałem kolejną sprawę. Ruszyłem w kierunku kantoru, gdzie chciałem wymienić złotówki na euro. Szedłem zdecydowanym krokiem, kiedy podszedł do mnie bezdomny. Nie dałem mu nawet dojść do słowa. – Nie mam czasu, spieszę się – powiedziałem – i udałem się w swoim kierunku.

 

 

Kantor był odległy o dobre dwieście metrów. Wymieniłem pieniądze i spojrzałem w stronę, gdzie zaczepił mnie mężczyzna. Zauważyłem, że właśnie stoi przed tymże samym barem mlecznym przy al. Grunwaldzkiej w Gdańsku – Wrzeszczu. Chwilę później dostał „kosza” od kolejnej osoby. Postanowiłem do niego wrócić.

 

– To co pan ode mnie chciał? – zapytałem, po czym po chwili sam sobie odpowiedziałem. – Pewnie obiad?

– Tak, drogi panie – usłyszałem.

– To zapraszam do baru – powiedziałem – i ruszyłem w stronę drzwi.

– Ale ja nie mogę wejść. Pani z baru powiedziała, że śmierdzę i nie mogę wchodzić.

 

To jednak już mnie nie obchodziło, byłem zdecydowany… W barze, Jan, bo tak miał na imię, zamówił placki i chłodnik. Twierdził, że placków nie jadł osiem lat. Nie wydało mi się to prawdą, ale nie wnikałem, postanowiłem nie oceniać. Bardziej chyba mi zależało, aby z nim trochę pobyć. Mimo, że kilka minut wcześniej zjadłem obiad, także i sobie kupiłem zupę. Usiedliśmy i rozmawialiśmy.

 

Mężczyzna od ośmiu lat był bezdomny. Wyszedł z domu, zostawił wszystko, kiedy dowiedział się, że żona go zdradziła. Nie miał dzieci, nie miał nikogo. Latem mieszkał w lesie. Zimą pomieszkiwał na klatkach schodowych, ale ludzie go przeganiali.

– Ludzie się boją – próbowałem tłumaczyć.

– A czy ja im chcę coś zrobić? – zapytał z przekonaniem w głosie.

Nie zawsze rozmowa się kleiła. Kiedy nastawała cisza, on za każdym razem dziękował za posiłek. Mnie to nie przeszkadzało. Nauczyłem się już, że cisza może powiedzieć o człowieku więcej niż tysiące słów, jej „zagadywanie” – również. Z tego spotkania i naszej rwanej rozmowy zapamiętałem szczególnie ten fragment: – Też kiedyś byłem na fali – stwierdził. – Wszystko się dobrze układało. Miałem żonę, pracę w Niemczech, aż pewnego razu wszystko straciłem. Wyszedłem z domu. Spadłem. Życie jest jak fala…

 

Życie jak fala. Każdy ma swoją falę – większą czy mniejszą. Kiedy jesteśmy na wznoszącej, mamy kontrolę nad tym, co się dzieje. Płyniemy do góry, w każdej chwili możemy też zmienić kurs. Ba, możemy nawet odpocząć i przestać płynąć. Niestety, upadki bywają bardzo bolesne. Idziemy pod wodę i mimo walki, toniemy. Czasami nie wiemy co się stało. Wystarczy chwila, aby wszystko stracić. Kiedy mamy trochę siły czy może szczęścia, pojawia się szansa, aby zacząć raz jeszcze. Wtedy naprawdę potrzebujemy pomocy. Czasami ktoś zaryzykuje i podpłynie, ktoś z rodziny czy przyjaciół. W takim momencie bardzo ważna jest uważność – ta chwila, kiedy zatrzymujemy się i wysłuchujemy tego drugiego. Podajemy mu pomocną dłoń.

 

Jan znalazł się prawie na dnie, i wiele dobrego musi się zdarzyć, aby się stamtąd wydostał. Jedno w tym spotkaniu okazało się niesamowitym i pozytywnym doświadczeniem. Świadomość, jak niewiele trzeba, aby poznać drugiego człowieka – nie bojąc się go, nie odpychając, wykazując otwartość i chęć rozmowy. Jan podarował mi kawałek siebie, podzielił się tym, co miał najcenniejszego – szczerością i życiowym doświadczeniem. Ja byłem z nim. Myślę, że każdy wyszedł z tego spotkania bogatszy.           

   

Marcin Dybuk

Nie możesz tego schrzanić

Bez zarzynania się. Taki był plan na aktywny sezon 2018. Nie wchodząc w szczegóły, po ubiegłorocznym miałem dość. Tak więc zaplanowałem w tym roku tylko dwa triathlonowe starty. W czerwcu w Warszawie na olimpijce i w sierpniu Ironman 70.3 Gdynia.

Treningi zacząłem późno, bo dopiero pod koniec stycznia. Pojechałem na obóz zorganizowany przez mojego trenera Tomasza Spaleniaka. To był dobry czas w Gniewinie. Cztery dni aktywności na pływalni, trenażerze i bieżni, a do tego w super towarzystwie. Coś się zaczęło budzić. Trochę się zachciało trenować. I tak rozkręcając się bardzo powoli, bez żadnych spektakularnych sukcesów – a nawet z porażkami, pierwsza w triathlonie przegrana ze Szwagrem – „doczłapałem” się do zawodów w sierpniu.

 

Trener i żona potrafią rozśmieszyć

Enea Iroman 70.3 Gdynia miała być dobrą zabawą. Oczywiście, żeby nie było, trenowałem, ale mało. Tak więc kiedy dzień przed zawodami Tomek powiedział, że jestem w stanie poprawić wynik z ubiegłorocznego debiutu – 5:27 – to się uśmiechnąłem pod nosem. Jeszcze mocniej się uśmiechnąłem jak to samo stwierdziła Aldona. Ale…

Na kartce wypisałem sobie na co mnie stać według mnie samego. Pływanie 2 minuty gorzej niż przed rokiem. Strefy zmian po pół minuty lepiej. Rower 6 minut lepiej, a bieg 2. W sumie dawało to 7 minut lepiej. To może Oni mają rację – pomyślałem w sobotę wieczorem pierwszy raz.

I tej myśli się trzymałem już cały czas. Powalczę na tyle ile będzie mnie stać. Tak więc rano pobudka, jakaś bułka i jedziemy do Gdyni. Szybkie parkowanie i jazda do strefy zmian, aby zostawić co trzeba. Po drodze spotykamy Radka Buszana, który stwierdza, że idzie się „przebiec”. To tak jak ja – pomyślałem. A dlaczego o tym wspominam? Bo Radek zajął trzecie miejsce podczas Mistrzostw Polski w Gdyni i wygrał slota na Mistrzostwa Świta 🙂 Tak sobie chłop „pobiegał”. Może też kiedyś jakieś pudło tak sobie wybiegam w jakiejś kategorii wiekowej 🙂 Jakiejś, bo póki co moja obecna jest najmocniej obsadzona. Nawet Mistrz Świata kurka w niej startuje, czyli Marcin Konieczny. Ale już tak poważnie, to kiedyś chciałbym stanąć na jakimś pudle, w jakiś podrzędnych zawodach. Może za 20, 30 lat się uda. I tutaj jest czas na burę od trenera: Jak będziesz tak myślał, to nigdy nic nie wygrasz – mniej więcej tak by powiedział. I co? Ma rację! Tak więc wierzę, że się uda!

Seria niespodzianek

Ale wracając do Gdyni. Pływanie pierwsze. Jakie było moje zaskoczenie jak 1500 metrów przepłynąłem ze średnią 1:44 na sto metrów. Tak wiem, że pchało od brzegu. Na nawrocie do portu wszystko się wyrównało i zaczęło spychać. Jak wyszedłem z wody to zegarek pokazał 2036 metrów, a czas lekko powyżej 40 minut. Pierwsza niespodzianka. Czas taki sam jak przed rokiem. Nie ma straty! Super! Strefa zmian o 30 sekund szybciej. Druga niespodzianka. Choć nie, to zgodnie z planem.

 

Niebo pociemniało, wiatr zaczął szaleć

Rower, dodam, że na szosie, od początku mocno. Pamiętałem, że przed rokiem dużo straciłem na pierwszych 40 kilometrach. Tak więc pilnowałem mocy. Jechało się. Szczególnie pod górę. Wyprzedzałem. Niestety, traciłem na zjazdach. Ale jak się nie umie zjeżdżać to tak się ma. Jednak nie przejmowałem się. Wiedziałem, że jest dobrze. Robiłem swoje. Aż tu nagle niebo pociemniało, drzewa zaszumiały jakoś tak mocniej i zaczęło lać, a wiatr próbował zepchnąć z drogi. Dosłownie. Kilku gości to nawet zepchnął lub ich kapcie zgubiły przyczepność. Moje miały się dobrze. Tylko raz zwolniłem, a tak kręciłem swoje. Przyznam chwilami na granicy ryzyka. Ale się opłaciło. Rower w strefie T2 okazał się o prawie osiem minut lepszy niż przed rokiem. Strefa także poprawiona o 30 sekund. Wynik? 9 minut było do przodu. Jest dobrze, jest bardzo dobrze – pomyślałem i wybiegłem na trasę półmaratonu.

Było tak dobrze, że się popsuło

I nagle… żarło, żarło i przestało. Pierwszy kilometr, a tutaj ból lewego kolana. A dokładnie to odezwał się przyczep. Skąd ja to znam? Kurka, czy naprawdę już nie mogę przebiec żadnych zawodów bez bólu – zastanawiałem się i wkurzałem zarazem. Tak więc z narastającym bólem uporałem się z pierwszym podbiegiem na Świętojańskiej. W normalnych warunkach to bardzo lubię to małe nachylenie, ale nie teraz. Zatrzymałem się, porozciągałem i ruszyłem. Trochę pomogło, ale nie na długo. Na bufecie mieli jeszcze lód. Włożyłem do kieszonki nad kolanem i biegłem dalej. Chyba trochę zmroziło, bo było lepiej. Niestety, nie zbyt długo. Tempo spadało, a do mety jeszcze było jakieś 14 kilometrów. Uśmiech zaczął znikać z twarzy. Została ostatnia broń. Zacząłem sobie powtarzać: Nie możesz spieprzyć tego dobrego roweru! Biegnij Dybuk, biegnij!

 

Tańczyłem na mecie

Nie wiem ile razy, ile setek razy powtórzyłem to zdanie. Dużo, bardzo dużo. Ale dobiegłem do mety z czasem tylko o dwie minuty gorszym niż w debiucie. Średnie tempo 5:08, a czas całkowity Ironman 70.3 Gdynia 5:20:39. Na mecie wielka radość. Satysfakcja. Nawet sobie zatańczyłem. Jeszcze mogłem, bo kilka minut później to już ledwo chodziłem.

Mam z zwyczaju analizować każdy start. Wyciągać z niego wnioski. I po zawodach w Gdyni tak jest. Oczywiste, ale moje:

Wierzyć żonie i trenerowi 🙂

Głową można wygrać bardzo dużo 🙂

Nie zawsze warto się napinać. Na luzie też można robić życiówki

Uśmiechanie się podczas rywalizacji jest bardzo przyjemne. Nie tylko dla mnie 🙂

Potwierdza się , że fajnie być profesjonalnym amatorem 🙂

 

A teraz moje Westerplatte

Teraz przede mną wyzwanie, które od początku tego roku było małym marzeniem, na którym chciałem się skoncentrować. 23 września 2018 roku podczas Biegu Westerplatte złamać 40 minut w biegu na 10 km. Przed rokiem zabrakło 59 sekund. Dlatego do tego startu podchodzę już dużo poważniej. Trening przez Tomka, tradycyjnie rozpisany. Zająca, który ma pomóc dobiec do mety też już mam. Dzięki Kamil. W ciągu ostatniego miesiąca przygotowań muszę zwrócić uwagę jeszcze na wiele ważnych szczegółów. Robię to, ale to już temat na inny wpis.

 

Marcin Dybuk

 

Ps. No i nie można zapomnieć, że to były zawody podczas, których Daniela Ryf pobiła rekord świata na dystansie popularnej „połówki”. O, nawet staliśmy na tym samym starcie i rywalizowaliśmy na tej samej trasie. To też było fajne 🙂

 

 

Zapracowałem na moje sukcesy

Niekiedy na sukces, co tam niekiedy, zawsze, musisz długo pracować. W tym tygodniu doświadczyłem dwóch.

Pierwszego w górach. I dojście do tego miejsca zajęło mi 6 lat, o czym pisałem już szerzej wcześniej. Tak więc nie będę jeszcze raz przypominał tej HISTORII.

Drugi to start w Triathlon Gdańsk, który stał się duathlonem. Tych zawodów nie było w kalendarzu startów w tym roku. W ogóle nie miało być mnie w tym czasie w mieście. Stało się inaczej i dzięki temu podjąłem decyzję, że wystartuję, i że będzie to dla mnie mocny trening. Celem głównym jest złamanie 40 minut podczas Biegu Westerplatte na 10 km, który odbędzie się 23 września. Przed rokiem zabrakło 59 sekund :).

 

Bieganie zamiast pływania

Tak więc bez zbędnego ciśnienia spakowałem rzeczy i udałem się w niedzielę rano nad morze. Już w sobotę stan wody w zatoce pozostawiał dużo do życzenia i mówiło się, że z triathlonu zrobi się duathlon. Mnie taki scenariusz odpowiadał. W końcu to oznaczało dwa solidne biegania z rowerem w środku. Tak też się stało.

Pierwsze 5 kilometrów zacząłem spokojnie, ale bez zbędnego oszczędzania się. Z rezerwą. Biegło się dobrze. Czas 23:27 i 306 miejsce w stawce blisko 800 startujących. Szału nie było, ale też nie wiedziałem na co mnie stać, po dość ciężkim okresie treningowym m.in. w górach gdzie jeździłem i biegałem pod górę :).

Trauma w tunelu

Rower to kolejna niewiadoma i do tego tunel pod martwą Wisłą. Lekka trauma sprzed roku, kiedy widziałem upadek Karoliny, a do tego niewiele brakowało, abym w nim także uczestniczył sprawił, że nie rozpędzałem się na zjeździe, a nawet hamowałem. Dodatkowo po pierwszej wizycie wiedziałem, że wjeżdżanie do niego w większym towarzystwie mi nie służy. Tak więc trzy kolejne razy robiłem wszystko, aby wjeżdżać do niego sam lub w jak najmniejszym towarzystwie. To oznaczało szarpanie na podjazdach i chęć ucieczki przed tunelem jak największej grupie osób. Bolało, ale się udawało. Niestety, ceną był brak płynnej jazdy. Ale trening dobry.

 

W końcu przełamanie

Na drugi bieg schodziłem zadowolony i… zmęczony. Tempo pierwszych trzech kilometrów 4:40. Dobre. Plan utrzymać takie do końca biegu. Dwa kolejne niestety, wolniejsze około 5 minut na kilometr. Półmetek i wtedy coś pękło. Od Jacka usłyszałem, że to dobry moment na przyspieszenie.

– A dlaczego nie – pomyślałem i zacząłem sobie wyznaczać kolejne cele na trasie. Dogonić najpierw Maćka, później Marka i Michała. I tak biegłem kilometr za kilometrem. Wyprzedzałem i czerpałem moc z wyprzedzanych. Aż do momentu, kiedy wyprzedził mnie Skorpion. Zawodnik, który miał na stroju skorpiona. Postanowiłem nie tracić go z oczu i biegałem za nim. Chyba na 9 kilometrze go wyprzedziłem i jeszcze przyspieszyłem. Już po wszystkim podziękowaliśmy sobie za wspólną mobilizację, bo on jak go wyprzedziłem też nie odpuścił.

 

62 miejsce wśród 40-latków

Na metę wbiegłem z czasem 2:27:21, co dało mi 184 miejsce w całej stawce i 62 wśród 40-latków. Dziesięć kilometrów przebiegłem w czasie 45:56, co dało 118 wynik. Satysfakcja była, szczególnie, że pierwszy raz od dłuższego czasu drugą część dystansu udało mi się przebiec mocniej niż pierwszą. Średnia kilometra 4:33, co oznacza, że drugie pięć kilometrów biegłem około 4:20. Na tym etapie treningu jestem zadowolony z tego biegu.

 

Sięgnąć marzenia

Po zawodach, krótka analiza startu z Tomaszem Spaleniakiem. Okazuje się, że i trener zadowolony z roboty, którą wykonałem tak więc niedzielny start uznaję za udany :). Przede mną za trzy tygodnie Enea Ironman 70.3 Gdynia, oby jednak tym razem jako triathlon. Ostatni start w tym krótkim sezonie to Bieg Westerplatte na 10 kilometrów i próba sięgnięcia kolejnego marzenie. Złamanie wspomnianych 40 minut.

A jutro kolejny trening… Bo przecież, nic w życiu się nie udaje, wszystko trzeba wypracować. I tego się trzymam.

Marcin Dybuk

 

Foto: GOS/Triathlon Gdańsk, Karolina Janyga i ja 🙂