Pokazała ego miejsce w kącie

Trzy dyscypliny. Trzy inne „wcielenia” i na każdym etapie wielka determinacja. Jeżeli chcesz uprawiać triathlon, nie bój się – nie utoniesz, choć tak wszyscy boją się tego pierwszego etapu. Ale bądź prawie pewien, że jedyne, co musisz utopić to swoje ego.

 

 

Triathlon to wielka frajda i duża dawka emocji. Świetna społeczność. To mobilizacja, przyjmowanie i pokonywanie słabości. Wbrew pozorom najważniejsza nie jest meta, ale okres przygotowania do startu, którego w tym roku mnie z różnych powodów, zwyczajnie zabrakło. Decydując się na ¼ IM niczego nie byłam pewna. Cel – ukończenie dystansu i fun na mecie. Czas to kwestia drugorzędna, przynajmniej oficjalnie 🙂 Moja forma „na granicy”. Podjęłam wyzwanie, kierując się sercem. Bo dobrze jest się zatrzymać, by usłyszeć siebie.

 

Cegiełka do cegiełki

Powrót do treningów po przerwie pod koniec czerwca okazał się arcytrudny. Miałam wrażenie, że cała siła fizyczna po prostu wyparowała, jakbym musiała budować wszystko od nowa. Przepłynięcie 200 metrów na otwartym akwenie sprawiało trudność. Zadyszka! A gdzie 950m? Kilka kilometrów biegiem było jak wejście na Mount Everest. „Głowa” szaleje. Podpowiada różne scenariusze. I to jest właśnie najlepszy moment, żeby zatrzymać całą swoją bezsilność, „podnieść się” i z mozołem, powoli iść do przodu.

 

Możesz się poddać?

To jest ten moment, kiedy możesz (nie musisz) zgodzić się na każdy scenariusz. Nawet taki, który niektórzy mogą uznać za porażkę. Przecież można zrezygnować przed startem lub zejść z trasy. Świat będzie istniał dalej. To jest ta chwila, kiedy dobrze jest zajrzeć w siebie i zobaczyć, co jest w głębi i czego naprawdę chcesz. Po co startujesz? Może dla wyniku, a może przez te ekstremalne doświadczenia chcesz poczuć, że żyjesz, że coś, co wydawało się nierealne oto staje się faktem. Albo robisz to, bo jest Twoje od początku do końca.

 

aldona tri

 

Zobaczyć strach, brak pokory, chęć walki, mobilizację i zgodę na „cokolwiek”. Wulkan sprzeczności. To moment, kiedy warto pójść dalej, choć nie masz pewności, co będzie na końcu. Porażka czy wygrana? Po prostu „płyniesz”, ale nie bezwiednie. Tego właśnie doświadczyłam w tym roku.

 

Morze niemocy

Startuję w triathlonie, bo lubię. Kocham i nienawidzę ten sport. Kocham, kiedy wymagania, które ze sobą niesie uczą mnie więcej o sobie samej, kiedy dostrzegam bardziej bliskich i ich codzienne zmagania i uczy czekać na wynik. Cierpliwość. Nienawidzę, kiedy zaczyna się wszędzie panoszyć, zabierać czas na to, co kocham bardziej od Tri – rodzinę, inne pasje, spotkania z przyjaciółmi, film, książkę etc.

 

Tegoroczny start był sprawdzianem pokory i cierpliwości. Lubię wiele rzeczy robić po swojemu. Sama. Jak wielu z nas oczekuję szybkich efektów. Nie ma w tym nic złego. Tym razem musiałam dać się poprowadzić, głównie Marcinowi, ale też swojej intuicji. Pokazać mojemu ego miejsce w kącie. Przyjąć swoją niemoc. Stawiać kroki nie będąc pewna gruntu. Zakumplować się z morzem, którego zaczęłam się uczyć dopiero 10 dni przed startem w Gdańsku. Powoli, bez żadnej gwarancji.

 

Aldona tri2

 

W morzu potrzebowałam prawie całego dystansu do czerwonej bojki, żeby w końcu popłynąć, jak należy. Emocje! Rywalizacja! Chęć bycia „w czubie”! Trzeba to było pogrzebać. Jestem ambitna. To nie było proste. To był wyścig z myślami, zniechęceniem, brakiem sił. Nie myślałam wtedy o mecie. Chciałam po prostu dopłynąć. Kiedy wsiadłam na rower celem było przejechanie trasy, choć wiedziałam, że taki dystans umiem pokonać. Doping dalszych i bliższych znajomych, męża i dzieci. I tylko chwilami przemykało w głowie wspomnienie następnego etapu. Wbiegając na ścieżkę huczało mi w głowie: 10,55km – czy ja to dobiegnę? Wbiegłam na metę obsypana płatkami z róż. Czy mogłam to lepiej wymyśleć? Dzieło miłości.

 

Nie jestem z żelaza

Kiedy słyszę, że jestem w ¼ Ironman uśmiecham się życzliwie i nie potrafię znaleźć w sobie odrobiny z tego żelaza. Po prostu, jestem sobą. Ukończyłam ten dystans, jak wiele kobiet i mężczyzn przede mną, na dłuższych niż mój dystansach. Kolejni pewnie podejmą wyzwanie.

 

aldona tri3

 

Chcę smakować życie. Triathlon jest tylko jednym z nich. Wciąga bardzo i daje kopa energii. Dobry, pozytywny. Ale to nie jest danie główne. To ma być środek… Do czego, to się jeszcze okaże.

 

Aldona Dybuk

 

Ps. od męża: I ten niepowtarzalny, niesamowity, piękny, cudowny uśmiech. Jak ja bym chciał się nauczyć tak cieszyć każdym etapem triathlonu jak Aldonka 🙂

 

Uważność, na to co nieoczekiwane

Mozolna droga pod górę ma sens. Można dostrzec więcej. A to, co spotykasz ma wyraźne kształty. Wyostrza się wzrok, bo trzeba bardziej uważać. Patrzeć pod nogi. Jesteś skupiony. Więcej słyszysz, jakby lepiej widzisz. Zatrzymujesz wzrok na szczególe, na tym, co jest blisko, wokół ciebie.

 

Kiedy we wrześniu wędrowaliśmy w górach, obiektywnie w nie najlepszych warunkach, pośród deszczu i gęstej mgły to właśnie przyroda przywołała mnie do pionu. Pozwoliła żyć chwilą. To było łagodne „przełączenie”.

 

Wędrowaliśmy ciągle w górę, błoto, kałuże, strumienie deszczu pod butami i żadnych widoków. Żadnej perspektywy, po prostu nic z pozoru ciekawego. Mgła spowiła wszystko. Widoczność na kilka metrów. A jednak za tą mgłą cały czas była przestrzeń, piękne połoniny, szczyty do zdobycia, widoki. Była w tym jakaś głębia. To właśnie mgła trzymała na wodzy rozbiegany, pędzący wzrok. Pozwalała skupić się tylko na tym, co pod nogami, blisko. Kamieniach, liściach, trawach, na bliskiej osobie, na tej wędrówce.

 

Kiedy droga wiedzie bardzo stromo w dół lub w górę musisz być uważny. Słyszysz swój oddech. Można poczuć siebie. Równina jest dobra dla nabrania sił, wytchnienia, ale chyba jednak wolę się „wspinać” lub schodzić nisko. To zwykle nie jest przyjemne. Budzą się wtedy różne uczucia, emocje, postawy. Często takie, jakich nie chcemy. Ale ten trud, jeśli z nim nie walczyć, ale przejść krok za krokiem jest wielkim sprzymierzeńcem. Cierpliwość.

 

Kiedy patrzymy daleko w horyzont, żyjemy od wydarzenia do wydarzenia, od celu do celu, można zgubić to, co pomiędzy. Rzadko jest wtedy przestrzeń na coś nieoczekiwanego, bo przecież wszystko jest zaplanowane, ułożone. Nie ma miejsca na nieoczekiwane zwroty akcji, niespodzianki.

 

Lubię plany, ale bardziej wolę tę niepewność. Zawsze przecież coś może nie wyjść, potoczyć się inaczej. Trzeba wtedy szukać wyjścia gdzie indziej, często w nieznanym otoczeniu, budować na nowo, przełamywać bariery, swoje przyzwyczajenia i wyobrażenia, podejść inaczej. I choć często na początku ogarnia strach i przerażenie, to właśnie jest „miejsce przełamania”. Punkt zwrotny. To chwila, kiedy trzeba puścić pasy bezpieczeństwa, by przylgnąć do serca i pójść za nim.

 

Rezygnacja jest sztuką. Dzisiaj ma być dużo i intensywnie, jak najwięcej bodźców. Ja wolę intensywnie, ale uważnie.

 

Kiedy Przemek Trzaska, będąc pod wrażeniem naszych rodzinnych trzech debiutów w triathlonie pytał – Co Wy odkryliście w tym sezonie dzięki triathlonowi? Zatkało mnie. Co ja odkryłam? – pytałam sama siebie. Triathlon pojawił się w moim życiu w ubiegłe wakacje, kiedy dowiedziałam się o starcie Iwony Guzowskiej we Frankfurcie na dystansie Ironman. Później sama Iwona opowieściami o startach sprawiła, że powiedziałam sobie – kiedyś tego spróbuję. To musi być fajne. Aż wreszcie ta dyscyplina sama zapukała do moich – naszych drzwi.

 

W okresie intensywnych treningów triathlon irytował mnie chwilami do bólu, zabierał czas, spotkania z przyjaciółmi, czas na książkę i gazetę, wyjście do kina, spontaniczne spotkania. Ale w zamian dał organizację, siłę fizyczną, spotkania ze wspaniałymi ludźmi, poznałam lepiej swój organizm, odkrywałam siebie inną, a przede wszystkim dał fun. Ten czas przygotowań wyostrzył wzrok i pokazał inny smak życia. Jednak przede wszystkim dzięki triathlonowi odkryłam, że nie on jest moją pasją i centralnym punktem. Nie żyję dla triathlonu, ale triathlon ma być dla mnie, ma służyć mnie, mojemu rozwojowi, naszej rodzinie. Jeśli tylko zacznie się rozpychać znowu pokażę mu palcem drzwi.

 

Aldona Dybuk

Jeszcze dla Was, dla siebie zatańczę

Zapisałam się na 1/8 Ironmana w Brodnicy – oznajmiłam rodzicom. O! A co to za pokazy? – zapytała mama. To nie pokazy, tylko zawody. Pół kilometra płynę, później 22,5 rower i 5,3 bieg. Zobaczyłam przerażenie w jej oczach. Tata podskoczył lekko na krześle ze swoim – No wiesz?! Dziecko! Później poszło jak domino. – Ty chyba oszalałaś! To bardzo duży wysiłek. Martwię się o Ciebie!

 

No tak. Tego mogłam się spodziewać. Wiadomo – RODZICE. Zawsze będą się o nas martwić. A biorąc pod uwagę fakt, że jestem kobietą wagi piórkowej, nie powinno mnie to właściwie dziwić. Ale dla mnie to woda na młyn – pełna mobilizacja! Wróćmy jednak do początków.

 
 

Treningi start!

Decyzja była zaskoczeniem nawet dla mnie. Przyszła sama. Nieproszona. Nagle i jest! 5 tygodni do startu. Za mną rok biegania, dwa baseny tygodniowo od miesiąca i rower od wielkiego dzwonu. Plan treningów rozpisany na każdy dzień, raz w tygodniu relaks. Gapię się na niego codziennie. Kolorowe kratki zaczynają mnie przerażać. Chyba za dużo o tym myślę. A może to mój perfekcjonizm, który próbuję poskromić, a on jeszcze bardziej dochodzi do głosu. Tylko ode mnie zależy, czy wpuszczę go do serca. A może po prostu zmęczenie. Czuję, że moje-nasze życie przechyla się nie w tym kierunku. Balans. Jak go złapać? Dzisiaj plan wykonany. Ale jak będzie dalej? Mam wrażenie, że trening za bardzo zadomowił się w naszym życiu. Chwilami zaczyna uwierać jak kamień w bucie. Mam go dość. Wszystko we mnie krzyczy.

 
 

Koślawy taniec w wodzie

Maj. W wodzie spędzam dużo czasu. Tu jest najwięcej do zrobienia. To nie ma związku z „moim” pływaniem w jeziorze. Wtedy to ja wyznaczałam dystans. Teraz czuję, że dopiero raczkuję. Jak ja przepłynę 500 m? Czy to pierwszy kryzys? Panika? Zatrzymuję się na trzecim basenie. Nie dam rady!!! Słyszę stanowcze trenera Dawida – Płyń! Chwilami nie wiem, gdzie prawda, a gdzie fałsz. To nie jest tak łatwe jak taniec.

 

Pierwsze 50 – 25 metrowych – basenów za mną. Wychodzę z wody i nie jestem zmęczona. Sama nie wiem, co mnie tak unosi. Chyba mój mały sukces. To uczucie, że mogę dać radę. Że właśnie zrobiłam milowy krok w przygotowaniach do triathlonu. Ale najważniejsze – poznałam siebie. Kiedy płyniesz kolejny i kolejny basen i wydaje Ci się, że za chwilę po prostu wyskoczysz z wody, bo brakuje powietrza, jeśli nie ulegniesz złudzeniu, panice – wygrałeś. Czuję, że to ja panuję nad moimi emocjami i ciałem, a nie one mną targają. Liczy się tylko „dalej”. Zawsze jednak jest ten procent niepewności. Przecież każdy ma jakieś ograniczenia. Może zdarzyć się coś nieoczekiwanego, co zburzy misterny plan. Trzeba być na to przygotowanym. Nie wiem, czy ukończę triathlon. To wielka niewiadoma. Chcę wystartować i finiszować. Jestem tego pewna.

 
 

Rower, bieg i babskie żale

Już wiem, że trasa na zawodach będzie wymagająca. Sporo podjazdów. Ćwiczę więc je po pracy. Ile się da. Czasu brakuje. Ulica Łostowicka – Havla i tak w kółko. Mięśnie palą, ale jadę. Muszę je przyzwyczaić, obudzić. Innym razem górka w matemblewskim lesie wydaje się nie do pokonania. Marcin już dawno zniknął na górze, ja jeszcze się zmagam. Nie odpuszczam łatwo. Górka jest moja. Kolejny etap za mną, a ja pokonuję następny podjazd na coraz twardszej przerzutce. To moje małe sukcesy zapisane w mięśniach i pamięci. Jest dobrze. Czuję satysfakcję. Znowu wierzę, że się uda. I tak na przemian.

 

Ale w domu jestem coraz mniej obecna. Inaczej niż dotychczas. Marcin, mimo przygotowań do swojego triathlonu, rezygnuje z części treningów. Dzisiaj mój plan jest priorytetem. On jest więcej z dziećmi, kupuje dla mnie odżywki, pilnuje, żebym wzięła witaminy, jak co rano zrobi śniadanie. Jest w cieniu. Wie, że to dla mnie ważne. Moje.

 

Bieganie odpuszczam najbardziej. Tu zrobiłam już dużo, a 5 km w Tri to niewiele. Ćwiczę zakładkę. Mam siłę. Okazuje się, że drzemie jej we mnie całkiem sporo. Najwięcej w moim sercu. To siła walki, pokonywania mojego własnego zwątpienia. Start zbliża się wielkimi krokami. Rozmowy z dziewczynami z teamu na czacie i te w przeciągu na basenie dodają siły. Bardzo niepozorne. Im też ciężko. One też mają dość. W rozmowach pomiędzy treningami odbywa się największa giełda żali, słabości, relacja z codzienności i zmęczenia. Bo bywa tak, że nie masz siły wstać z łóżka. Ociężałe nogi i ręce, głowa krzyczy – dosyć! Życie weryfikuje nasze plany treningowe. One też mocno trzymają za mnie kciuki!
 
 

Ready! Steady! Go!

brodnica aldona3

 

8 czerwca. Zielone Świątki. Mój start! Jestem dziwnie spokojna. Tylko po reakcji ciała czuję, że adrenalina rośnie. W drodze do Brodnicy wzruszenie. Łzy spływają po policzkach. Czuję, że ja już jestem na mecie. I tysiące pytań w głowie.

 

Na miejscu spontaniczna zbiórka ze znajomymi, którzy będą się zmagać razem ze mną. Pianka już opływa ciało. Czepek i okulary w dłoni. Ostatnie pozowane zdjęcia. Później oswojenie z wodą. Gotowi na linii startowej. Ruszyłam! Dystans do pierwszej bojki to walka z samą sobą. Wszystko inaczej. Wszystko nie tak. Moja świetna żaba nie wychodzi. Gdzie się podział mój rytm i styl? Mam to w nosie. Zrezygnować? Nie! Płyń! Wraca obraz z basenu. Więc płynę. Byle do przodu – myślę. Po nawrocie już lepiej. Wychodzę! Kiedy biegnę do strefy zmian lekko kręci mi się w głowie. To od nadmiaru emocji. Czuję radość i mobilizację.

 
 

Strefa rezerwy

Ściągam piankę. Już jestem gotowa na rower. Zdejmuję z ramy, biegnę i wsiadam za belką. Żadnego czasomierza i kilometrażu. Jestem zdana na własną intuicję. Ta podpowiada ostrożność. To dopiero drugi etap. Po drodze „pozuję” do zdjęć. Jestem w dobrej formie. Słyszę w głowie porady Iwony – pij koniecznie, jak tylko czujesz pragnienie. Przy dojeździe słyszę doping. Odstawiam rower, jeszcze kask i kątem oka widzę Marcina biegnącego wzdłuż strefy zmian. Wiem, że będzie na początku ostatniego dystansu.

 

Triathlon burza

 

Pierwsze 1,4 km biegniemy razem. Krótka wymiana zdań. Samopoczucie. Nogi księżycowe. Krótka kolka, ale jest ok. Syn Dawid czeka z wodą. Suchość w krtani przy 31 stopniowym upale doskwiera najbardziej. Mijam transparent „Aldona z burzy zrodzona”, słyszę głośny doping dzieci i rodziców. Teraz jestem sama, a na końcu meta. Za mało wody. Wodna kurtyna robi swoje. Ostatni kilometr lekko przyspieszam. Stać mnie na więcej, ale jeszcze w to nie wierzę. Przekonam się o tym dopiero za tydzień, na dystansie 10 km, kiedy „złamię” godzinę.

 

Meta! Gratulacje i kwiaty. Zdjęcia. Jesteś triathlonistką! – słyszę. A do mnie to jakby nie dociera. Fajnie, no i co? Dotarło do mnie za to, że droga przygotowań była ważniejsza od finiszu. Dużo się o sobie dowiedziałam. Czuję się dziwnie. Na Facebook’u gratulacje, a ja jakby w innym świecie. Dopiero po dotarciu do domu głośny okrzyk frajdy i radości stopniowo uwalnia emocje. Naprawdę to zrobiłam! Trochę przy okazji.

 

Jestem z siebie dumna. Srebrną opaskę z nadgarstka ściągam dopiero we wtorek. Przypinam do naszej rodzinnej tablicy, na której wieszamy bilety i inne pamiątki z fajnych, ważnych dla nas wydarzeń. Są na niej m.in. bilety z koncertu Depeche Mode w Mediolanie czy U2 w Chorzowie. Mam wrażenie, że radość i satysfakcję rozpakowuję jak pudełko wyjątkowych czekoladek. Powoli. Już postanowiłam. Będę wchodzić po kolejnych stopniach triathlonu, bo meta to dopiero początek.

 
 

Nie tylko triathlonem żyje człowiek

Pierwsza niedziela po starcie. Tym razem nie należy do mnie. Duma z Bursztynowego Mikrofonu Marcina, a później sprint w butach na koturnie i czerwoną sukienką do kostek w ręku. Majka ma występ z grupą ze szkoły tańca, gdzie razem chodzimy, choć każda na swoje zajęcia. Imprezy prawie się nakładają, więc pędzę ile sił. Marcin z chłopcami w Radiu jeszcze odbiera gratulacje.

 

Maja będzie tańczyć street dance. Jest świetna. Tak samo, jak ja uwielbia tę formę ekspresji. Zanim stanie na scenie z koleżankami, starszymi o 5 lat, obserwuję innych tancerzy. Jazz w wykonaniu młodych ludzi porywa moje serce, jakbym tańczyła razem z nimi. Taniec! Moja zdradzona miłość.

 

Ale dzisiaj to wiem. Jeszcze dla was zatańczę. A najbardziej dla siebie. A co później? Mam pełną głowę marzeń.

 

Aldona Dybuk

Mój home-triathlon wszedł do realu

Stało się! Jest decyzja! Startuję w 1/8 triathlonu 8 czerwca w Brodnicy. Już sama myśl sprawia, że serce bije mi dwa razy szybciej, mam w brzuchu motylki i miliony pytań w głowie. Czuję, że mi słabo, jakbym za chwilę miała stanąć na starcie. I tak oto mój home-triathlon przeszedł z wirtualu do realu. Po prostu wylazł ze mnie.

 

Przepłynąć, przejechać na rowerze i przebiec. Jedno po drugim. To zadanie na najbliższy miesiąc. W międzyczasie zdążyłam się już przekonać, że bieganie po 10 km na rowerze jest jak stąpanie po księżycu. Przynajmniej przez pierwszy kilometr. Miałam wrażenie, że uczę się chodzić. Później jest już tylko lepiej. Ale na początek jeszcze jezioro. 500 m! Niby dystans niewielki. Jednak kiedy uświadomiłam sobie, że to cały trójbój to prawie trzygodzinny wysiłek, mina mi trochę zrzędła.

 

Improwizacja na gitarze

Jak przepłynąć pół km? Tylko i aż! Czas nie jest ważny. Byle zmieścić się w tym, który wyznaczył organizator. Jeszcze miesiąc temu takie pytanie w ogóle nie przyszłoby mi do głowy. Przecież tyle razy wypływałam na pełne jezioro. Po prostu. Wchodziłam do jeziora i płynęłam, jak długo i ile chciałam. Ale od tego czasu dużo się zmieniło. Po treningach pod okiem team’u Argonaut wiem, jak się pływać powinno. Teraz moje jeziorowe wyczyny mogłabym nazwać freestylem, do tego dla zaawansowanych. Jak improwizacja na gitarze – cały czas jesteś zaskoczony.
 

Rowerowa kozetka

A rower? Przecież to trzeba wyjeździć. Kiedy? Pierwszy rowery trening pod okiem mojego osobistego trenera (czyt. Marcin) do łatwych nie należał. Okazało się, że czym innym jest rozmowa w kuchni przy obiedzie lub wspólnej kawie, albo wypad z dzieciakami na dwóch kółkach. Ale już „treningowa jazda” na rowerze do takich przyjemności zdecydowanie nie należy. Dopiero po 13 km schowaliśmy pazury i uzgodniliśmy role. Ja upchałam głęboko niezależność i upór, a w zamian za to „grzecznie” wykonywałam polecenia Marcina. Koniec końców poszło nieźle i kamień spadł mi z serca. Przynajmniej wiem, że na rowerze zmieszczę się w czasie.

 

U siebie

Tak wiele niewiadomych. Czas jest, choć niewiele. Dystans niby nie duży, a jednak… Czy dam radę? Czy zmieszczę się w czasie? Jak zareaguje moje ciało? Z jednej strony obawy, strach. Z drugiej determinacja i chęć walki, zmierzenia się ze sobą, a nade wszystko z trójbojem, z własnym organizmem pcha mnie do przodu. Jeszcze bardziej, bo będę u siebie. Tak blisko moich rodzinnych miejsc. Czuję mobilizację i wielką pokorę. Bo przecież wszystko może się zdarzyć. Bo nie chcę by ta decyzja zawłaszczyła sobie całe moje i nasze życie. Lubię wolność! Niezależność! Wolność wobec siebie, wobec decyzji i wolność wobec najbliższych. Choć ta ostatnia nie jest łatwa, bo wymaga odwagi.

 

Wiem, że ten cel jest w zasięgu ręki. Trzeba podejść do niego i do siebie tak jak w relacjach z dziećmi. Łagodnie, ale stanowczo! Wymagać, ale wymaganiem nie zdeptać, „nie zabić”. A nade wszystko zachować czujność. I nie dać się zwariować.

 
Aldona

Jak znaleźć balans bez endorfin?

Nie należę do ludzi, którzy łatwo się poddają. Lubię próbować do skutku. Często tak długo, aż odbiję się od ściany. To nie zawsze jest dobre. Dlatego uczę się rezygnować. Jednak najlepiej wychodzi mi rezygnacja z siebie. Ale wiem, jak o siebie zawalczyć i uczę się tego w swoim tempie. Myślę, że kobiet myślących podobnie jest więcej.

 

Dobrowolnie zrezygnowałam w starcie w ¼ triathlonu. Zrobiłam to w wolności, choć ze smutkiem. Nie wiem, czy do końca, ale w zgodzie z sobą. Dlatego podjęłam swój mały home-triathlon, namiastkę swoich indywidualnych przygotowań obok Marcina. Nie było postanowień, przemyśleń. Zrodził się sam, mimowolnie. Z potrzeby serca. Zrównał się z moim krokiem. Czuję, że tego potrzebuję. Coś gna mnie w tym kierunku, choć nie na oślep. I nie wiem do końca dlaczego. Żeby sprawdzić siebie? Swoją wytrzymałość? Coś udowodnić? Komu? Może sobie? A może najbardziej, żeby zobaczyć jak to jest. Poczuć zmagania Marcina. Towarzyszyć. Nie wiem.

 

W tej cichej drodze jednak potrzebny jest umiar i łagodność dla siebie, bo życie toczy się swoim rytmem. Sprawy wyrastają jak grzyby po deszczu, jest praca, tysiące drobnych spraw, prasowanie, sprzątanie, zbieranie rozrzuconych rzeczy po domu, sierść psa na podłodze, dzieci potrzebujące uwagi i rozmowy, niekiedy interwencji, kiedy skaczą do siebie jak dwa rozjuszone koguty. Trzeba być blisko. Nie stracić ich z oczu, ale jeszcze bardziej nie stracić samej siebie.

 

Równowaga. Czy jest możliwa kiedy podejmujesz się takiego wyzwania? Biegasz, trenujesz ciężko. Walczysz! Czy czujesz, kiedy zaczynasz ją tracić? Chwiać się? Jak wszystko się zaczyna zacierać, łączyć. Czy raczej zakładasz przysłowiowe słuchawki, zwiększasz decybele i biegniesz udając, że wszystko jest dobrze. Pokonasz każdą przeszkodę! Możesz ją zabiegać. Ale może ten bieg to ucieczka?Staje się nałogiem? To może być karuzela, z której trudno wysiąść. Upadek może zaboleć. Nie tylko nas.

 

Czy zatem słuchasz swego serca? Czy jesteś z nim w kontakcie? Czy endorfiny tak przesłoniły myślenie, że jedyne, co najlepiej odczuwasz to przekonanie, że potrzebujesz ich mieć jeszcze więcej. I dążysz wytrwale do celu. Bo musisz. Bo świat wygląda lepiej. Ma inne, lepsze kolory. Na pozór nic w tym złego. Ja też lubię endorfiny i zmaganie.

 

Tyle, że nic nie musisz. Możesz! Masz wybór. Masz wolność – słabą i kruchą. Tak łatwo ją spętać, gdy cel staje się dążeniem samym w sobie. Z pierwszego zachwytu wolnością, może stać się niewidzialnym zniewoleniem.Dla mnie drogą na zewnątrz! Gdzieś na bezdroża. Tymczasem naprawdę poznam siebie, gdy skieruję uwagę do środka.

 

Jak złapać balans? Jak cały czas trzymać się mocno siebie, swojego serca? Złapać balans „na trzeźwo”, bez endorfin. Bez nakręcania.

 

Mój home-triathlon, czy aktywność w ogóle nie ma być zniekształcony. Ma być czysty. Mobilizacja i walka jest ważna. Bardzo! Ale potrzebna jest pokora. Zawsze coś lub ktoś może Cię zaskoczyć. Czy dasz się wtedy pogrążyć, bo nagle stracisz coś, co stało się środkiem Twojego życia? Czy wyprostujesz i pójdziesz dalej. Może wbiegniesz na metę, a może trzeba zejść z podniesioną głową z trasy, by spróbować innym razem. To trudne. Chwilami do granic. Może czujesz strach, kiedy czytasz te słowa. To właśnie ten strach może złamać Cię w pokonywaniu kolejnego dystansu. Lepiej spojrzeć mu w oczy wcześniej, by nie zwątpić, by nie wygrał na ostatniej prostej. By wycofać się w wolności, co nie znaczy łatwo. Trzeba mu powiedzieć – tak, możesz mnie pokonać, ale może ja pokonam Ciebie. Wzmocnić Cię może pokora, która drzemie w walecznym sercu.

 

„(…) zawsze coś lub ktoś nas zaskoczy, bez trudu zdarzy się coś, co zburzy nasz ład, naszą pewność, nasze poukładane życie” – przeczytałam kilka dni temu. Dobrze mieć w sobie zgodę na „niespodzianki” – zwłaszcza te mniej przyjemne. Żyjemy w rozkrzyczanym świecie. Tysiące spraw absorbuje nas z zewnątrz. To dobrze. Ale naszą siłą niech będzie spokojne serce, które podpowiada, nie narzuca, nie ma w nim przemocy.I mądrość, która nie szpanuje. Lecz delikatnie wskazuje właściwy kierunek.

 

Aldona

Mama Mai, żona Taty, ale przede wszystkim Aldona

Pływanie na klawiaturze, czyli mój home-triathlon

Autorką tego tekstu jest Aldona. To jej „odpowiedź” na moją walkę z demonami. Ten tekst jest dopełnieniem mojego obrazu. „Nie poddał się. Wszedł do basenu znowu. To pragnienie wolności od lęku było silniejsze. Bo wolność potrzebna jest każdemu z nas, zwłaszcza od tego, co nie pozwala żyć w pełni i trzyma w paraliżującym ucisku.” A to zdanie, które mnie powaliło.

 

I jak? – zapytałam. Beznadziejnie! – usłyszałam wściekły głos Marcina. Po chwili zniknął w holu. Zaczął nerwowo rozpakowywać torbę. Tak było po pierwszych zajęcia na basenie. Tego akurat się nie spodziewałam. Szczerze? Nawet się trochę przestraszyłam. Ta sytuacja od razu mnie obudziła. Nerwowo myślałam, co powiedzieć.

 

Cóż, wyobrażałam sobie, że powrót z zajęć będzie wyglądał zupełnie inaczej. Można by rzec sielankowo. W głowie dudniło jedno pytanie. A co, jeśli zrezygnuje? Jeśli się wycofa? Co zrobić? Zerwałam się na równe nogi i chodziłam za nim po mieszkaniu wypytując o szczegóły i dodając otuchy. Cóż, trzeba się z tym zmierzyć – pomyślałam.  Ale co możesz powiedzieć komuś, kto panicznie się boi, kto zbliża się do czegoś, co go paraliżuje i przeraża, by przekonać się po pierwszej próbie, że nadal tak jest. A strach przed  wodą, której się tak panicznie boisz, nie chce odejść, nie odpuszcza. Zaczęliśmy rozmawiać. Już wiedziałam, że Marcin się nie podda. To mnie uspokoiło. Ale jego przygnębienie nie minęło. Martwiłam się. Do czasu… kolejnych i kolejnych zajęć na basenie. Później już było tylko lepiej, lub jak kto woli pasmo drobnych sukcesów z treningu na trening.

 

Cofnijmy się jednak kilka miesięcy wstecz. Zaczęłam biegać dokładnie rok temu. Właśnie w marcu stawiałam pierwsze kroki u boku Marcina. Moje początki dla niego nie były łatwe. Lubię robić rzeczy „po swojemu”. Nawet bardzo. Tak zaczęłam biegać. Później udziały w biegach masowych. Jednym słowem – standard. Wspólne treningi nie tylko dzięki temu, że z nim stawiałam pierwsze kroki. Ale też dlatego, że nabawił się kontuzji kolana i musiał zejść na mój poziom. Było fajnie.

 

Ale z upływem czasu zaczęliśmy marzyć razem o udziałach w większych dystansach. Wspólnych.  Wreszcie o triathlonie. Mini triathlonie. Pewnie nie stałoby się tak, gdyby nie Iwona Guzowska, kobieta Ironman. Ta sama, która potrafi wykrzesać z siebie nadludzką wytrzymałość fizyczną i taką samą otwartość na drugiego człowieka. Sprawiła, że zaczęłam myśleć o tym na serio, ale bez przywiązania. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Choć nie wiem, czy kiedykolwiek przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Kocham taniec i jest on zdecydowanie na pierwszym miejscu, ale ta aktywność stała się dla mnie równie ważna. Jednak najbardziej cenne było to, że robiliśmy to razem.

 

I wtedy pojawiła się myśl. Jedna czwarta triathlonu. Może wzięlibyśmy w tym udział razem? Moglibyśmy się przygotować. Tylko ja musiałbym pokonać wodnego demona – usłyszałam od Marcina we wrześniu 2013 roku. Ten pomysł bardzo mi się spodobał. Choć wątpliwości mnie nie opuszczały na krok. Ale w nawale obowiązków i braku inicjatywy z zewnątrz ten projekt na jakiś czas zniknął z naszej małżeńskiej agendy dyskusji, by powrócić w grudniu.

 

Pytania, dylematy, analiza obowiązków, potrzeb naszych i dzieci szybko zweryfikowała moje – nasze  małe marzenie. Nie ma szans, żeby przygotować się razem. Jednocześnie. Pod znakiem zapytania stanął także udział Marcina. Choć nie jesteśmy zbyt dużą rodziną. Mamy tylko trójkę dzieci, to każde z nich potrzebuje czasu i uwagi może nawet większej, niż wtedy, kiedy byli maluchami. Do tego dochodzi życie zawodowe, wyjścia rodzinne, aktywność, którą tak bardzo lubimy i wreszcie my, nasz czas, który jest świętością. Jak to poukładać, jak to posklejać w całość?

 

Było mi żal. Bardzo żal. Już w styczniu wiedziałam, że najwyżej jedno z nas ma szansę zmierzyć się w tej dyscyplinie, która tak mnie intryguje i wzbudza podziw do dzisiaj. Decyzja o udziale Marcina była bardzo trudna. Dojrzewała w nas przez kilka tygodni. Co mnie przekonało?

 

Podeszłam do tego wybiórczo. A nawet jeśli nie wystartuje, bo w jakimś momencie trzeba będzie zrezygnować, to podejmie próbę. To jest największą wartością. Zmagać się i próbować. I co najważniejsze – przełamie strach przed wodą. W to wierzyłam od początku.

 

Trudno jest patrzeć na ukochaną osobę, kiedy jesteście w wodzie i każdy Twój niespodziewany ruch, dotknięcie wywołuje u niego paraliż mięśni i przerażenie. Tak było. Dzisiaj to już przeszłość.

 

Ustaliliśmy więc zasady udziału. Wszystko poukładaliśmy. Treningi wystartowały. Priorytetem były oczywiście te na basenie. Reszta, jak będzie przestrzeń. W taki oto sposób od miesiąca stałam się cichym towarzyszem Marcina w jego zmaganiach, trudach, gorliwości badania techniki kraula, żabki, czy grzbietu. Chodzenia w wodzie. Ale głównie kompanem w odkrywaniu frajdy z basenu. Tak! Wielkiej radochy! Bo po pierwszych trudnych doświadczeniach na basenie nie zniechęcił się. Nie poddał. Wszedł do niego znowu. To pragnienie wolności od lęku było silniejsze. Bo wolność potrzebna jest każdemu z nas, zwłaszcza od tego, co nie pozwala żyć w pełni i trzyma w paraliżującym ucisku.

 

Kiedy po 2-3 zajęciach na basenie poszliśmy na basen i spa nie mogłam napatrzeć się na jego radość z pływania. Właściwie trudno było się skupić na pływaniu i spuścić go z oczu. Bawił się wodą jak dziecko. Ćwiczył. To dawało mu relaks, zadowolenie. Kiedy siedzieliśmy w saunie, którą oboje uwielbiamy, on po chwili uciekał do basenu. To nie ten sam Marcin – myślałam i cieszyłam się bardzo.

 

A co ze mną i moim małymi fantazjami? Nie wiem! Nie trzymam się tego kurczowo. To niezdrowe. Po cichu liczę, że kiedyś staniemy na starcie ¼ triathlonu razem. Ale nie będzie to z pewnością w tym roku. Dzisiaj doba jest dla mnie za krótka. Chcemy robić to, co lubimy, ale chcemy też żyć, smakować je tyle, ile się da. Z bliskimi! Dziećmi. Zamykać drzwi przed pośpiechem tam, gdzie to tylko jest możliwe. Na treningi może chodzić tylko jedno z nas. Kiedy Marcin „ucieka” o 5.20 na basen, ja niedługo po jego wyjściu wyprawiam dzieci do szkoły, siebie do pracy i czekam na jego powrót. Innym razem „pływam” w pościeli, raz na lewym, raz na prawym boku. To mój indywidulany styl 🙂 Lub tak jak dzisiaj, gnana wewnętrznym przynagleniem. Nie mogę spać, siedzę i piszę te kilka słów „mojego triatlonu”. Jest 5:24. To istne szaleństwo, które jednak daje mi radość.

 

Po części czuję się tak, jakbyśmy przygotowywali się razem. Kiedy on wychodzi ja nie mogę zasnąć. Basen o 22 w czwartki jest także moim po części. Wprawdzie często zasypiam nad książką, by obudzić się tuż przed jego powrotem. Bez budzika. Taki mamy synchron 🙂

 

Aldona Dybuk
Mama Mai, żona Taty, ale przede wszystkim Aldona

 

Ps. TUTAJ znajdziesz tekst o walce z demonami, przełamywaniu strachu Taty, czyli Marcina Dybuka

Zatrzymaj się! Poszukaj siebie…

Wierz w siebie! Dbaj o siebie! To Ty podejmujesz decyzję! Reszta to bullshit! I tu właściwie powinien być bardzo długi wielokropek. Hmm! Mogłabym nawet zakończyć ten wywód, z którego sama nie wiem, co ostatecznie wyjdzie.

 

Poza tym trudno w jednym zdaniu zmieścić natłok myśli, wrażeń z piątkowego (14 marca 2014 roku) spotkania społeczności Geek Girls Carrots. No i trochę czasu od tego upłynęło :). Jednak ostatecznie cały przekaz spiął się „duchową klamrą” lub jeśli wolisz puentą „fun&resting”. Dlaczego? Każdy z prelegentów nawiązywał wprost lub pośrednio do szukania siebie i zatrzymania w całym tym zgiełku życia, zamieszaniu i przeróżnych sprawach. Bez względu na to, gdzie jesteś i czym się zajmujesz. Dowiedzieć się o sobie możesz wtedy, kiedy masz dla siebie czas. Umiesz nacisnąć hamulec lub jak to woli wyłączyć silnik. Popatrzeć sobie w oczy w lustrze, uśmiechnąć. Wyjechać na wakacje z rodziną lub znajomymi. Pokrzyczeć w lesie, a później śmiać się głośno z własnej głupoty :).

 

Smakowanie. Choć czasami smak nie jest zadowalający. To jest życie w realu. Ono nie polega na sztucznym nakręcaniu. Jeśli tak jest, przypominamy nakręcone zabawki. Kiedy mechanizm się skończy, taki na przykład nakręcony piesek zatrzymuje się często w dziwacznej pozie albo upada. W realu jest czasami tak, że lądujemy wtedy na dnie rozpaczy, rozbici o ścianę, bo podążając drogą udajemy, że nie ma zakrętów, kolein i górek. Wszystko jest idealne. Ładujemy się: Będzie dobrze. O! To jest chyba ten niedoinformowany optymizm, który tak podkreślał Michał Woroczyński z Fido Intelligence. A tak nie jest. I dobrze! Bo te górki, kałuże i ostre zakręty uczą nas chyba najwięcej o sobie, o człowieku w ogóle. Przede wszystkim tego, że czujemy.

 

Wracając jeszcze do Michała z Doliny Krzemowej. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dlaczego? Swoją bezpośredniością. Nie wiem, czy to była gra, reżyserka. Ja to kupiłam. Nie! Przyjęłam. I powiem Wam, że kiedy skończył miałam przekonanie, że wiedział, o czym mówi. Chciał coś przekazać, czymś się podzielić. Podczas niedługiej prelekcji nie pozostawiał złudzeń. Nie opowiadał bajek jakie to życie start-up’ów jest bez skazy, idealne. Mówił twardo – To bzdura! Przy tym chyba szkoda mu było czasu na sztuczną formę. W końcu śpieszył się na imprezę do przyjaciół. Jego poszukiwanie zawodowe, jeśli tak to można ująć, skądinąd na początku nieco bulwersujące (serwisy randkowe), nie poszło na marne. Rozbijał, czy raczej rozbijali się o różne skały, ale one zaprowadziły go do jakiegoś miejsca. Jakiego? Jedni nazwaliby to swego rodzaju mądrością, inni nauką, a wg mnie do odkrywania, co jest w życiu ważne. Być autentycznym. Nie tylko kalkulować, ale rozglądać się naokoło, bo nie jesteś samotną wyspą.

 

Więcej nie piszę, bo i tak jest za długo. Oklaski dla pozostałych prelegentów: Marcin Kowalik Black Pearls, Damian Derebecki Interizon i wreszcie Moniki Synoradzkiej, GGC Poznań, która przyjechała z całą rodziną. Dziękuję za okazję do „smakowania” nowego. To ekscytujące!

 

A teraz, wybaczcie mi drogie koleżanki z GGC. Nie lubię tego ciągłego podkreślania o kobietach, gdzie ich więcej, a gdzie mniej, choć uważam się za 100 procentową babkę. To jednak bardzo było miłe, kiedy nawet w Dolinie Krzemowej doszli do wniosku, że bez nas ten autobus, który ma różne określenia – świat, gospodarka, przemysł, technologie etc. etc. – daleko nie ujedzie! A najważniejsze, że to nie są pobożne życzenia, tylko fakty. Ale jak wszędzie, potrzebny jest umiar 🙂

 

Aldona Dybuk
Mama Mai, żona Taty, ale przede wszystkim Aldona

 

Ps. Na zdjęciu Michałowi Woroczyńskiemu z Fido Intelligence dziękuje za spotkanie Monika Bogdanowicz z Geek Girls Carrots.